Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W 2000 r. Alicja Tysiąc, matka dwójki dzieci, dowiedziała się, że jest w ciąży. Kilku niezależnych lekarzy stwierdziło, że poród obarczony jest dużym ryzykiem, bo w trakcie może dojść do odwarstwienia siatkówki oka. To oznaczałoby utratę wzroku. Alicja Tysiąc chciała zrobić legalną aborcję, ale ostatecznie nie otrzymała na nią zgody. Podczas porodu spełnił się czarny scenariusz – kobieta prawie całkowicie straciła wzrok. W 2003 r. przy wsparciu organizacji feministycznych złożyła skargę przeciwko Polsce do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Ten w 2007 r. orzekł, że została bezprawnie zmuszona do donoszenia ciąży. Alicja Tysiąc stała się głosem kobiet pozbawionych wyboru. Dziś kobiece środowiska wspierają ją w walce o zdrowie.

Jest pani jedną z osób, które dwadzieścia lat temu odczuły na własnej skórze, że tzw. kompromis aborcyjny nie działa. Co pani czuje dziś, gdy widzi, że zamiast do przodu robimy krok w tył?

– Czuję ogromną złość i bezsilność. Państwo pokazało właśnie, że za zdrowie i życie kobiety nie będzie brało odpowiedzialności. Po raz kolejny, jako kobieta, nie czuję się w tym kraju bezpiecznie.

Dwadzieścia lat temu odebrano mi godność. Zostałam wrakiem człowieka z nieuleczalną chorobą oczu. A przecież ja tylko walczyłam o realizację przysługującego mi prawa.

Alicja Tysiąc podczas porodu prawie całkowicie straciła wzrokAlicja Tysiąc podczas porodu prawie całkowicie straciła wzrok 

Była pani w ciąży, a poród stanowił zagrożenie dla pani zdrowia i życia, co stwierdziło kilku lekarzy. To jedna z przesłanek, która dopuszczała – i wciąż dopuszcza – legalną aborcję. Dlaczego więc w pani przypadku prawo nie zadziałało?

– Problem polegał na tym, że każdy realizował je, jak chciał.

W moim przypadku ostatnie zdanie należało do śp. dr. Dębskiego. Przypomnę, że to właśnie dr Dębski podważył opinie innego specjalisty i zakazał aborcji. A mnie groziła całkowita utrata wzroku, ale też śmierć na skutek pęknięcia macicy. Po porodzie prawie kompletnie straciłam wzrok. Mój lekarz miał rację, a dr Dębski się pomylił.

Może problemem nie była jego zła wola, a nieprecyzyjne przepisy? Werdykt Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z 2007 r. na złożoną przez panią skargę na państwo polskie w pewnym sensie to potwierdza. Trybunał orzekł, że polskie przepisy w sprawie aborcji są niejasne, a możliwość penalizacji lekarzy za aborcje, do których nie było wystarczających podstaw medycznych, może być na lekarzy skutecznym straszakiem.

– Rzeczywiście, kilku okulistów bało się wystawić zaświadczenie o wskazaniach do aborcji, choć w bezpośrednich rozmowach potwierdzili, że poród jest dla mnie poważnym zagrożeniem. Znalazł się jednak specjalista, który nie miał w sobie strachu i takie zaświadczenie wystawił. Dr Dębski odbył ze mną pospieszną rozmowę, która zaczęła się na korytarzu. Dopiero kiedy zobaczył moje zdenerwowanie i płacz, zaprosił do gabinetu. Rozmowa jednak była krótka. Powiedział: "Alu, możesz mieć jeszcze ośmioro dzieci". Moim zdaniem to nie była kwestia strachu.

Przez dwadzieścia lat doświadczyła pani wielu krzywd. Skrzywdziło panią państwo, ale też ludzie. Która krzywda boli bardziej?

– Każda krzywda bardzo boli, nie da się tego zmierzyć ani porównać. Przez ostatnie dwadzieścia lat życie tak mnie przeczołgało, że musiałam podjąć leczenie u psychiatry. Wyzwiska i hejt spadły nie tylko na mnie, ale też na moje dzieci.

Ludzie zgotowali pani i pani rodzinie piekło.

– Najgorsza była przemoc psychiczna wymierzona w dzieci. Doświadczały w szkole szykan ze strony rówieśników, nauczycieli, katechetów oraz dobrych rodziców katolików. Chwilami to było nie do wytrzymania.

Kiedy jedno z moich dzieci było w gimnazjum, katecheta popchnął je, bo uważał, że nie ma prawa chodzić z nim po jednym korytarzu. Do akcji wkroczył szkolny psycholog, przepraszał. Przeszło mi wtedy przez myśl, by złożyć do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. Ale zrezygnowałam ze strachu przed konsekwencjami. Moje dziecko było wystarczająco przerażone.

Szykan doświadczyła także pani najmłodsza córka. Wypominano jej, że mama, będąc z nią w ciąży, chciała tę ciążę przerwać. Jak to wpłynęło na córkę, panią i wasze relacje?

– Choć minęło tyle lat, córka wciąż otrzymuje obrzydliwe wiadomości. To nie ma końca.

Kiedy była młodsza, wracała ze szkoły i pytała, czy ją kocham. Bo nauczycielka, która akurat była w ciąży, mąciła jej w głowie.

Córka była wtedy małą dziewczynką, wielu spraw nie rozumiała. Ale osób, które próbowały ją do mnie zniechęcić, było więcej. Na szczęście ich działania nie przynosiły skutku. Mamy z córką bardzo dobry kontakt, zawsze tak było. Nigdy nie miałyśmy przed sobą tajemnic, na bieżąco przegadywałyśmy wszystkie problemy.

Dziś córka także staje w obronie praw kobiet, uczestniczy w strajkach. Dla złośliwych i ciekawskich: do niczego jej nie namawiałam, to była jej decyzja.

Jak przez ostatnie 20 lat wyglądało pani życie?

– Życie z bardzo słabym wzrokiem jest cholernie ciężkie. Poza tym człowiek inaczej funkcjonuje, gdy rodzi się niewidomy i to jest jedyne życie, jakie zna, a inaczej, gdy niespodziewanie traci wzrok i wszystkiego musi się uczyć na nowo. A ja przecież miałam wtedy małe dzieci. Wśród lekarskich zaleceń najważniejsze były zakazy: schylania i dźwigania. Ale będąc mamą małych dzieci, nie sposób nie schylać się i nie dźwigać.

Jak wyglądała i wygląda pomoc państwa dla kobiety, dla matki, która znajduje się w takiej sytuacji?

– Pomoc państwa? Renta socjalna, a dalej radź sobie sama.

Była pani w stanie, gdy dzieci już podrosły, podjąć jakąś pracę?

– Pomimo słabego wzroku, starałam się zawsze coś robić. Liczyłam przede wszystkim na siebie, ale wynikało to z tego, że nie chciałam obciążać innych swoimi problemami. Wiem, że nie tylko ja mam trudne życie, że każdy ma swoje kłopoty. Pracowałam w wielu zakładach pracy chronionej dla osób niepełnosprawnych. Pracowałam dla Unii Pracy między, m.in. u prof. Adama Gierka, i w Fundacji Feminoteka. Pomagałam i pomagam kobietom, które szukają wsparcia i porady. Jeśli sama nie jestem w stanie pomóc, kieruję je do organizacji, w których mogą zasięgnąć porady ekspertów: prawników i psychologów. Lubię pomagać, bo dzięki temu czuję się potrzebna.

W jakim stanie jest dziś pani wzrok?

– To jest ratowanie resztkowego widzenia: walczę o to, co mi zostało, abym mogła w miarę samodzielnie funkcjonować. Przeszłam dwie operacje. Ale nadal wisi nade mną groźba całkowitej ślepoty.

Co można zrobić, by do tego nie dopuścić? I w jakim zakresie NFZ pokrywa koszty leczenia?

– Miesięczna kuracja, czyli lekarstwa, zastrzyki i ozonoterapia, to koszt około 10 tys. złotych. Na NFZ liczyć nie mogę. Terminy są strasznie odległe, moje lekarstwa i zastrzyki nie są refundowane. Jedyne, co państwo częściowo refunduje to szkła do okularów. Tyle że wyrobienie okularów przy mojej wadzie – 27 dioptrii – to koszt około 3,5-4 tys. NFZ refunduje w sumie za jedno i drugie szkło 140 zł, do tego dochodzi refundacja z PFRON-u, czyli 100 zł. I tyle. Na taką pomoc mogą w Polsce liczyć osoby o znacznym stopniu niepełnosprawności. Leczę się dzięki ludziom dobrej woli, którzy mnie wspierają.

To, że chcemy walczyć o jakość swojego życia i o swoje zdrowie, to coś oczywistego. Ale pani walczy o swoje zdrowie nie tylko dla siebie. Wychowuje pani wnuczkę.

– Moja 2,5-letnia wnusia jest niepełnosprawna. Na wizytę na cito do genetyka czekamy już rok. To jest jakaś bujda o pomaganiu niepełnosprawnym osobom w tym kraju. Wnusi w 2019 zmarła mama. Nie chcę jednak rozmawiać na ten temat, jeszcze nie jestem gotowa.

Jedno z haseł protestu brzmi "Nigdy nie będziesz szła sama". Czy mimo tego hejtu, szykan, ze strony tzw. obrońców życia, czuje pani i czuła, że nie jest sama i że było warto dać swoją twarz i historię walce o dostęp do aborcji w Polsce?

– Pomimo tego, co od dwudziestu lat robią "obrońcy życia", zawsze czułam wsparcie i ogromną solidarność kobiecych środowisk. Nie potrafię wyrazić, jak jestem wdzięczna tym wszystkim dziewczynom, które były przy mnie na różnych etapach życia. I bardzo się cieszę, że działają dziś organizacje, które pomagają kobietom w niechcianej ciąży. Dzięki nim żadna kobieta nie zostanie bez pomocy, każda dostanie wsparcie finansowe, emocjonalne i logistyczne. Mam tu na myśli przede wszystkim Aborcyjny Dream Team i Aborcję bez Granic (+48 22 29 22 597). Sama przed laty nie mogłam liczyć na tego typu pomoc.

Choć dwadzieścia lat temu nie byłam świadoma, do jakiego stopnia ludzie potrafią być podli i jak łatwo przychodzi im ocena innych – także tych, o życiu których nie mają pojęcia – nigdy nie żałowałam, że dałam tej sprawie swoją twarz i historię. Mamy prawo decydować o swoim ciele. Mamy prawo do wyboru. Walka o dostęp do aborcji to walka o godność.

Jeśli chcesz wesprzeć zbiórkę na ratowanie wzroku Alicji Tysiąc, wejdź na stronę pomagam.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.