Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Ninę Bagińską znają dzisiaj wszyscy Białorusini bez względu na to, czy popierają opozycję, czy należą do nielicznej grupy wspierającej obowiązujący reżim. Obecna na wszystkich akcjach protestu 73-letnia niewysoka, drobna, siwa kobieta, zawsze z uszytą samodzielnie biało-czerwono-białą flagą stała się jednym z najbardziej znaczących symboli zmian i walki o wolność.

Jej nazwisko znane jest nawet Aleksandrowi Łukaszence, który zresztą wcale tego nie ukrywa i dwa tygodnie temu zwrócił się do siłowików z ironiczną prośbą, by „nie ruszali Bagińskiej, bo nie będzie miał kto wychodzić z protestem na place”.

Wtedy Nina Bagińska wyśmiała jego wypowiedź, oskarżając go o fałsz i dwulicowość. Jak się okazało, słusznie. W czwartek do jej mieszkania, z wydanym przez prokuratora nakazem rewizji, zapukała grupa niezidentyfikowanych osób w kominiarkach, którym towarzyszyli funkcjonariusze OMON-u. Z wypowiedzi Niny Bagińskiej, z którą tego wieczoru skontaktował się niezależny białoruski portal Tut.By, wynika, że siłowicy szukali nielegalnych substancji, które rzekomo miała ukrywać wnuczka kobiety Jana. Niczego jednak nie znaleźli.

„Kiedy przyszli i zapukali do drzwi, powiedziałam im, że nie mogę ich wpuścić. Mieszkanie formalnie należy do moich dzieci, a ja byłam sama w domu. Wtedy jeden z nich mnie odepchnął, wcisnął w kąt, a reszta zaczęła chodzić po mieszkaniu. Bałam się, że coś podrzucą, narkotyki, walutę albo nie wiadomo, co jeszcze, przecież wiem, do czego są zdolni”, opowiadała Bagińska.

Represje, jakim poddawana jest ona i jej dzieci, nie są jednak związane tylko z ostatnią działalnością aktywistki. Nina Bagińska zaangażowana jest w walkę z reżimem od 1988 r. Był to początek końca spełniania się ich zawodowych marzeń. Wtedy jako 42-letnia geolożka, absolwentka Mińskiego Instytutu Radiotechnicznego oraz Instytutu Ropy i Gazu w Iwano-Frankowsku pracowała na jednym z uniwersytetów technicznych w Mińsku. 30 października 1988 r. wzięła udział w pokojowej akcji pamięci, która odbyła się w uroczysku Kuropaty. Tego dnia Białorusini wyszli na ulice, by upamiętnić i oddać hołd ofiarom represji stalinowskich. Był to efekt pracy Zenona Pozniaka i Jewgienija Szmygaliowa, którzy w gazecie „Literatura i Sztuka” opublikowali tekst o zbrodniach popełnionych przez NKWD, precyzując liczbę ofiar. Czytelnicy gazety, mający wcześniej świadomość represji stalinowskich, byli zszokowani ich skalą, kiedy dowiedzieli się, że w pobliskich Kuropatach rozstrzelanych mogło być nawet 200 tys. osób. Akcja zakończyła się brutalną pacyfikacją, a przeciwko jej uczestnikom użyto gumowych, milicyjnych pałek, armatek wodnych i gazu łzawiącego.

42-letnia Bagińska, widząc tę nieuzasadnioną brutalność na własne oczy, powiedziała sobie: „jeżeli nie jesteś takim bydłem jak oni, będziesz pomagać walczyć z reżimem młodym!”. Obietnicy dotrzymała.

Wojująca flagą

Od tego momentu Bagińska zaczęła mówić wyłącznie po białorusku, zainteresowała się historią i kulturą Białorusi, szyć biało-czerwono-białe, tradycyjne, historycznie flagi, które dzisiaj, w dobie Łukaszenki, są przez władze nieoficjalnie zakazane. Poskutkowało to utratą przez nią pracy – w 1994 r., po dojściu Łukaszenki do władzy, została zwolniona z uniwersytetu z powodu przygotowania raportu w języku białoruskim.

Nina Bagińska od lat bierze udział we wszystkich wolnościowych akcjach, protestach i marszach pamięci. Należą do nich akcje z okazji nieuznawanego przez Łukaszenkę „Dnia Wolności”, przypadającego 25 marca i upamiętniającego powstanie niepodległego państwa białoruskiego. Bagińska uczestniczy też zawsze w obchodach „Dziadów” w Kuropatach i „Czarnobylskim szlaku”, czyli corocznym marszu białoruskiej opozycji, odbywającym się w rocznicę katastrofy elektrowni jądrowej w Czarnobylu.

Aktywistka działa również na własną rękę i samodzielnie przeprowadziła wiele akcji. Jedna z najgłośniejszych odbyła się w 2014 r. i była reakcją na rosyjską agresję względem Ukrainy. Bagińska spaliła wtedy przed siedzibą białoruskiego KGB radziecką flagę.

Ta i setki innych akcji przeprowadzonych na przestrzeni ostatnich 32 lat sprawiły, że kobieta była wielokrotnie zatrzymywana przez milicję, karana mandatami za manifestowanie swoich poglądów, a nawet odbywała karę aresztu w więzieniu Okrestino. Dzisiaj władze zajmują co miesiąc połowę jej emerytury. W ten sposób zmuszają ją do opłacenia mandatów, które Bagińska uważa za niedemokratyczne i niesprawiedliwe. Obecnie winna jest państwu ponad 16 tys. dol.

Kiedy spotykam ją w Mińsku na rynku Komarowskim, gdzie odbywał się happening pod hasłem „Kobiecy łańcuch solidarności”, stoi sama, skromna, z czerwono-białą-flagą uniesioną wysoko nad głową. Pytam ją o strach i ewentualne konsekwencje letnich protestów, a ona z uśmiechem mówi mi: „Nie boję się siłowików, jestem stara, co mogą mi zrobić? Co mogę stracić? A chcę walczyć, wspólnie z młodymi, o wolność. Wie pani, nigdy nie żyłam w wolnym kraju. Nigdy. Mam swoje lata i chciałabym doczekać momentu, kiedy Białoruś będzie wolna. Wierzę w młodych, to oni są naszą siłą napędową, to ich trzeba słuchać!”.

***

"Za naszą i waszą wolność, za naszą i Waszą swobodu - zwyciężycie!" - tym zdaniem redaktor naczelny "Gazety Wyborczej" Adam Michnik kończy przesłanie do narodu białoruskiego, które otworzy gazetę 5 stycznia.

Białorusini od wielu miesięcy wychodzą na ulice miast i miasteczek, by protestować przeciwko reżimowi Łukaszenki po sfałszowanych wyborach prezydenckich.

Nadchodzą prawosławne Święta Bożego Narodzenia - czas, gdy ludziom najbardziej potrzeba ciepła domowego, bliskości rodziny i spokoju w ojczyźnie. Nie będzie to dane naszym białoruskim sąsiadom. Dlatego zwracamy się do nich z serdecznymi wyrazami wsparcia i solidarności.

5 stycznia dedykujemy "Gazetę Wyborczą" naszym dzielnym siostrom i braciom z Białorusi. Piszemy o opozycjonistkach i opozycjonistach, którzy idą na czele ruchu społecznego. Nasi korespondenci opowiedzą o swoich doświadczeniach podczas relacjonowania protestów. Przypomnimy przejmujące zdjęcia pokazujące pokojową walkę o wolność i sprawiedliwość na ulicach Mińska i innych miast i miasteczek Białorusi oraz okrutne represje ze strony reżimu spadające na protestujących obywateli.

W roku 1981 dla Polaków - również walczących wtedy pokojowo o wolność i sprawiedliwość - nieocenione były świadectwa solidarności płynące z zagranicy. Dzisiaj więc to my jesteśmy myślami z Wami, bracia i siostry Białorusini.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.