Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Sobotni marsz rozpoczyna się od brutalnych zatrzymań. Kilkudziesiąt funkcjonariuszy OMON-u otacza niewielki tłum bezbronnych kobiet, brutalnie wpycha je do stających obok więźniarek.

„Moje serce bardzo mocno bije ze strachu, patrzenie na to jest nie do zniesienia” - mówi Larisa, która przyszła na pokojowy protest na znak solidarności ze wszystkimi, którzy teraz znajdują się w izolatorach (miejscach tymczasowego aresztu). Zlękniona Larisa odeszła od tłumu, z przerażeniem zaczęła obserwować wszystko, co się dzieje, z bezpiecznej odległości.

Tymczasem funkcjonariusze organów ścigania rzucają się na każdego, kto trafi pod ich rękę. W obawie przed ewentualnymi aresztowaniami kobiety zaczynają przeskakiwać przez ogrodzenie tarasu pobliskiej kawiarni.

- Lekarza, szybciej lekarza - dochodzą krzyki z tłumu. W pobliżu słychać pisk i dziecięcy płacz. Zatrzymania trwają.

- Wstyd. Dlaczego to robicie? To przejaw waszej słabości, a nie siły - krzyczą protestujący do odjeżdżającej więźniarki przepełnionej ludźmi. Jedna z nich, 73-lenia aktywistka Nina Bahinskaja, próbuje zablokować samochodowi drogę.

Jak później wyjaśniła, w ten sposób chciała zapobiec wywozowi zatrzymanych uczestniczek protestu. Jednak funkcjonariusze OMON-u brutalnie odepchnęli Ninę.

Ludzie, którzy z zawodu powinni ochraniać i bronić, przez kilka miesięcy atakują i biją obywateli swego kraju. Dziś nie zwracają już uwagi na wiek i płeć. Dziewczęta, babcie, kobiety wyrażające swoje obywatelskie przekonania dla milicji są jedną masą, którą ich zdaniem należy zmiażdżyć.

Przez cały tydzień przedstawiciele organów ścigania starali się, jak mogli, bardziej zastraszyć protestujące kobiety. Przybyłe na pikietę z flagami i plakatami brutalnie zatrzymywano w pobliżu kościoła św. Szymona i św. Heleny w centrum Mińska. Aresztowano je i wsadzano do aresztu za śpiewanie opozycyjnych piosenek na uniwersytetach. Porwano je i wrzucono do busów z przyciemnianymi szybami po marszach. Ich łańcuchy  przyparto do ścian budynków, podczas gdy próbowały chronić mężczyzn własnymi ciałami przed ewentualnymi zatrzymaniami.

https://twitter.com/nexta_tv/status/1303444958003769345

Jednak dziś znowu maszerują tradycyjnym, sobotnim kobiecym marszem, udowadniając, że się nie boją, że nie można ich złamać, ich oburzenia nie da się ukryć.

- Myślę, że każda z nas, wychodząc na dzisiejszą akcję, była gotowa na zatrzymanie i użycie siły. Mówi  uczestniczka protestu Julia. - Kilka minut wcześniej omówiłyśmy nawet, jakie rzeczy należy zabrać do więzienia. Jaką paczkę można przekazać, co do niej trzeba włożyć - dodaje jej przyjaciółka Liza. Kobiety przyznały, że nie boją się protestować, jest im wszystko jedno, czy trafią do więzienia.

- Jesteśmy tu dla przyszłości swojej i naszych dzieci - mówią

Dziś uczestniczki protestu stosują nowe taktyki. Kolumny powstają w różnych miejscach miasta, później łączą się i przemieszczają znaną tylko im trasą.

Z portretami kobiet zatrzymanych tydzień temu (m.in. aktywistek Poliny Zyl, Anastasii Kirik, Darii Lozowskiej) krzycząc: „Za naszą Maszę!” (Maryja Kolesnikowa – liderka opozycji, która 9 września została aresztowana), po raz kolejny pomimo wszelkich przeszkód idą głównymi ulicami Mińska.

Tym razem trzymając w rękach oryginalne plakaty oraz naczynia kuchenne - to one sprawiają, że marsz jest nie tylko masowy (uczestniczyło w nim ok. 10 tys. osób), ale też najgłośniejszy.

Po zakończeniu akcji wracające kobiety śpiewają piosenki w metrze, skandując: „Do zobaczenia jutro!”.

I mimo dzisiejszych zatrzymań (ok. 40 osób) obiecują, że na jutrzejszy niedzielny marsz wyjdą już całą rodziną.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.