Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pokojowy protest kobiet przeciwko przemocy reżimu - po sfałszowanych przez Łukaszenkę wyborach prezydenckich. Mińsk, 13 sierpnia 2020Pokojowy protest kobiet przeciwko przemocy reżimu - po sfałszowanych przez Łukaszenkę wyborach prezydenckich. Mińsk, 13 sierpnia 2020 Fot. Jedrzej Nowicki / Agencja Gazeta

Białoruska walka o władzę już na wiele tygodni przed tym, jak przeistoczyła się w „kwiatową”, bo nastawioną na brak rozlewu krwi rewolucję, zyskała kobiecą twarz. W kraju, w którym patriarchat wciąż ma się dobrze, a mężczyźni twardo obstają przy tradycyjnym podziale obowiązków, oczekując od kobiet, których co prawda gotowi są zajadle bronić przed uzbrojonymi po zęby siłowikami, m.in. codziennego obiadu i porzucenia pracy zawodowej na rzecz wychowywania dzieci, większość mężczyzn gotowych jest przyznać: „prawdziwym prezydentem naszego kraju jest kobieta – nasza Swieta”.

- Nie ma dla nas różnicy, czy to kobieta, czy mężczyzna przejmie władzę. Kobieta też jest w stanie świetnie poradzić sobie na tym stanowisku. Nasze dziewczyny są dzielne, odważne i silne. To, że biorą udział w pokojowych akcjach protestu jeszcze bardziej nas dopinguje, no bo jak by to wyglądało? Dziewczyny wychodzą z kwiatami na marsze, ryzykując nierzadko własnym bezpieczeństwem, a my mamy siedzieć w domach i czekać aż same obalą dyktatora? -  mówi mi Andriej, jeden z uczestników protestów, który ze względu na udział w tzw. akcji rowerowej został zatrzymany i ukarany tygodniowym aresztem.

Ta kobieca rewolucja, choć teraz widzimy ją w punkcie szczytowym, rozpoczęła się kilka miesięcy temu. Najpierw ze względu na Swiatłanę Cichanouską, żonę aresztowanego jeszcze przed wyborami, znanego z krytyki władzy blogera Siarhieja Cichanouskiego, potencjalnego kandydata na urząd prezydenta, później dzięki pracy tzw. „Zjednoczonego sztabu” wszystkich trzech prawdziwie opozycyjnych sił, którą uosabiały Swiatłana Cichanouska, Weranika Cepkało i Marija Kalesnikowa.

Fot. Jedrzej Nowicki / Agencja Gazeta

Trzeba jednak podkreślić, że Cichanouska jest w tej historii pierwszą kobietą, która otwarcie stanęła do walki o władzę, choć w jej przypadku należałoby raczej powiedzieć - o odebranie jej dyktatorowi Aleksandrowi Łukaszence, a co za tym idzie – o wolność, demokrację i uczciwe wybory. Ryzykowała przy tym wszystkim: wolnością, bezpieczeństwem swoim, dzieci, rodziny, wreszcie nawet życiem. W taki sposób bowiem również kończyły się losy niektórych śmiałków mających odwagę stanąć do walki z łukszenkowskim reżimem.

Wyszydzana przez panującego od dwudziestu sześciu lat prezydenta Białorusi w licznych, publicznych wypowiedziach i wywiadach, dopuszczona do udziału w wyborach „dla żartu”, by, jak sama mówiła, „otoczenie Łukaszenki mogło się pośmiać z kury domowej”, udowodniła sobie i całemu światu, że rewolucja ma kobiecą twarz: „Odkryłam w sobie pokłady miłości do mojego narodu i ojczyzny, a także siłę, o jaką nigdy bym siebie nie podejrzewała”, mówiła mi podczas naszej rozmowy – jednej z trzydziestu, jakie tego dnia, jednego z ostatnich podczas kampanii, przeprowadziła z dziennikarzami z całego świata. Cichanouska, mimo ogromnego stresu, obciążenia i zagrożenia, którego niewątpliwie była świadoma, podczas tej rozmowy sprawiała wrażenie wyjątkowo spokojnej i opanowanej. Patrząc prosto w oczy odpowiadała na wszystkie, nawet najbardziej nieprzyjemne pytania i choć do końca zdawała się wierzyć w ludzkie sumienie i uczciwość, mające doprowadzić do porażki obowiązującego, autorytarnego systemu Łukaszenki, przyciśnięta pytaniem do ściany o możliwe scenariusze po wyborach odpowiedziała,: „gdyby pojawiło się zagrożenie [dla mojego] życia, to - mając wybór między życiem a śmiercią - zawsze postawię na życie.

W tym momencie Cichanouską od dłuższego czasu wspierały Weranika Cepkało, żona Walerego Cepkało, niedoszłego kandydata na urząd prezydenta, który na długo przed rozpoczęciem głosowania musiał emigrować z dziećmi do Rosji, pozostawiając niejako żonę na polu bitwy, oraz Marija Kalesnikowa, muzyczka, dyrygentka, flecistka, szefowa sztabu Wiktara Babaryki, cieszącego się ogromną popularnością bankiera, również niedopuszczonego do udziału w wyborach, w dodatku aresztowanego jeszcze przed zarejestrowaniem swojej kandydatury przez KGB. Ta ostatnia jako jedyna pozostała na Białorusi już po ogłoszeniu wyników, by kontynuować na miejscu swoją pracę i walkę o wolność.

Kiedy spotykam się z nią w Mińsku po serii trzech dni brutalnej pacyfikacji protestów obywateli przez OMON jest skoncentrowana, zajęta i poważna. Pod oczami, mimo starannego makijażu widać cienie, w oczach – determinację i zmęczenie. Mimo odpowiedzialności i liczby obowiązków, jakie na nią spadły, Marija bywa nawet bardziej responsywna od swojego sekretarza prasowego. Nie zostawia bez odpowiedzi żadnego telefonu, a na każdą wiadomość, którą jej wysłałam, otrzymałam wyczerpującą odpowiedź. Ze względu na brak czasu, na wywiad wpada jak po ogień, tuż przed nagrywa materiał video, w którym zwraca się do Białorusinów uczestniczących w protestach z prośbą, by unikali prowokacji siłowików, z kolei od razu po ma naradę.

- Nie czuję się politykiem, ale wiem, że ciąży na mnie ogromna odpowiedzialność. Wiele osób pokłada we mnie ogromne nadzieje. A ja robię wszystko, by moich rodaków nie rozczarować - mówi.

Tego samego dnia Białorusinki po raz pierwszy przeprowadziły akcję solidarnościową z osobami brutalnie zatrzymanymi podczas pierwszych protestów antyrządowych, pobitymi i torturowanymi, m.in. w mińskim areszcie Okrestino. Na tzw. „Komarowce”, przy budynku, w którym mieszczą się hale targowe rynku komarowskiego, zebrało się ich kilkaset. Zorganizowały się w jedną noc na czacie w komunikatorze Telegram. Jedną z uczestniczek akcji na Komarowce była Jana, studentka z Mińska.

Jana: - To był impuls. O czacie w Telegramie powiedziała mi w środę rano koleżanka. Poprosiłam ją, by mnie do niego dodała. Myślę, że wszyscy byliśmy wtedy w szoku – nikt nie spodziewał się takiej przemocy i brutalności ze strony milicji czy OMONu. Dwa dni wcześniej byłam na akcji protestu na stacji metra Puszkinskaja i do dzisiaj nie jestem w stanie ubrać w słowa swoich odczuć. Do dzisiaj nie mogę spać, nie potrafię opanować drżenia rąk. Boję się, ale jednocześnie miałam wtedy poczucie, że muszę zrobić cokolwiek, choćby wyjść z kwiatami na tę milczącą akcję, by pokazać, że siłowicy nie są bezkarni i że takie zachowania wobec obywateli nie przejdą.

Czat, o którym wspomina Jana, obserwuje dzisiaj kilkanaście tysięcy osób. W pierwszych wiadomościach, tuż sprzed akcji czytam: „Co możemy zrobić? Trzeba zadziałać tak, żeby nas zobaczyli i usłyszeli. Może marsz? A może lepiej zebrać się gdzieś, gdzie nie przeszkodzimy kierowcom? Może lepiej stanąć niż maszerować?”, pytała Katia. „Dziewczyny, boję się, a co, jeśli nas zatrzymają? Mam małe dziecko”, pyta zaniepokojona Sunflower92, „Pamiętajcie o kwiatach. Ja kupiłam białe róże. Mam 50 sztuk, mogę się z wami podzielić”, pisze Ania, „Jak mogę pomóc przy organizacji akcji?” Daria, „Ubierzmy się na biało. To kolor wolności, niewinności i pokoju”, Swieta.

W białych, letnich sukienkach, z kwiatami w rękach, z rozpuszczonymi włosami i, nierzadko, umalowanymi na czerwono ustami, kilkaset mieszkanek Mińska stanęło na ponad godzinę na Komarowce. Mimo wyraźnego poparcia mińczan, nieustannie trąbiących w znaku solidarności, unoszących ręce w znaku pokoju i przynoszących kobietom kwiaty, ręce wielu z nich drżały.

Olga, dziennikarka: - Myślałam, że przyjdzie nas 20, może 50. Kiedy zobaczyłam, jak wiele nas jest, rozpłakałam się. Stałyśmy tam razem, ramię w ramię, ale i tak się bałam, mam wrażenie, że podobnie mogli czuć się ci, którzy czekają na rozstrzelanie. Wokół nas pełno było przecież milicji, komunikującej przez megafon: „Obywatele, rozejdźcie się. Bierzecie udział w nielegalnym zgromadzeniu, łamiecie przepisy”. Odwagi dodawałyśmy sobie nawzajem, ale wspierali nas też przechodnie. Nigdy nie dostałam tylu kwiatów, co podczas tej akcji. Podchodzili do nas mężczyźni, podchodziły nawet babuszki, które na Komarowkę przyszły po twaróg i chleb: „Dziękujemy wam, dziewczyny”, mówiły. Ja wzięłam udział w akcji, bo od dawna nie czuję się w moim kraju bezpiecznie i dobrze, ale ostatecznie popchnął mnie do tego widok oczu mojej sąsiadki, rozpaczliwie poszukującej swojego syna, który przepadł podczas akcji protestu. Później wyjaśniło się, że został zatrzymany i przewieziony do aresztu Okrestino.

Przed aresztem Okrestino, znajdującym się na obrzeżach miasta, tego dnia i każdego kolejnego zbierał się tłum. Kobiety, mężczyźni, dzieci – każda z tych osób to osobna historia, choć zawsze z jednym punktem wspólnym. Wszystkie łączyły poszukiwania bliskich, którzy przepadli w trakcie protestów. Tylko w pierwszych trzech dniach podczas powyborczych, antyrządowych akcji w całej Białorusi zatrzymanych zostało ok. 8 tysięcy osób. Wg oficjalnych danych przytaczanych przez ONZ, 450 osób było torturowanych, przede wszystkim w Okrestino, choć dyrektor Centrum Obrony Praw Człowieka „Wiasna” Aleś Bialacki bierze pod uwagę, że takich osób mogło być znacznie więcej. - Nie jesteśmy w stanie określić nawet dokładnej liczby osób poszkodowanych, bo wiele z nich po wypuszczeniu z więzienia, aresztu czy milicyjnego autobusu bało się pójść do szpitala. Setki, a może tysiące skatowanych osób dochodziło do siebie bez pomocy lekarzy we własnych domach - tłumaczy.

Na jedną z takich osób przed murami aresztu Okrestino czekała Natalia, mieszkanka Mińska. Delikatna i drobna. Ciemnowłosa. Zapłakana. W pierwszych miesiącach ciąży. Pod murami Okrestino, które zyskało po 9 sierpnia niechlubne miano „współczesnego obozu koncentracyjnego” ze względu na udokumentowane przez obrońców praw człowieka przypadki tortur i brutalnych pobić, do jakich dochodziło na jego terenie, przesiadywała całymi dniami w oczekiwaniu na męża, który nie wrócił do domu po jednym z protestów. Czekała na niego często z dzieckiem.

Fot. Jedrzej Nowicki / Agencja Gazeta

Natalia: - Czekam tylko na cud. Na to, że go wypuszczą i znowu będzie normalnie. Bezpiecznie. Że wrócimy do dawnego życia, choć czasami mam wrażenie, że to niemożliwe.

Od ludzi mieszkających obok wiem, że nocą z aresztu często dobiegają krzyki. Głośne. Zwierzęce. Widzę tych, których wypuszczają. Mają zupełnie puste oczy. Jak gdyby uszło z nich całe życie. Bardzo się boję. Mam wrażenie, że ktoś mi wyrwał pół serca.

Po kilku dniach dostaję wiadomość: „Wyszedł. Wypuścili go. Jest w domu". - Wiem, że obiecałam, że się spotkamy, by o tym porozmawiać, ale tak się boję. Tak się boję, że znowu go zabiorą. Nie przeżyję tego drugi raz, proszę wybaczyć i zrozumieć - pisze.

Pod murami Okrestino poznaję też siostrę Andrieja, dziewiętnastoletnią Katię: - Wyszedł z domu na protest, kiedy nie wrócił, od razu zorientowaliśmy się, że coś jest nie tak. Nie odpowiadał też jego telefon, a Andriej wie, jak bardzo stresuje to naszą mamę. Przychodzę tutaj codziennie, często z rodzicami. Wiemy, że Andriusza jest w środku, nie wiemy jednak, kiedy go wypuszczą. Próbowaliśmy to ustalić, ale urzędnicy i siłowicy traktują nas bardzo chamsko, wyprowadzili nawet z równowagi mamę, która, w odróżnieniu od taty, jest bardzo porywcza. Kiedy usłyszała, że „gówno ich obchodzi, gdzie jest jej bękart”, prawie rzuciła się na siłowika. Musieliśmy ją przytrzymywać.

Kobiety znajdowały się jednak także po drugiej stronie murów. Daria ma dwadzieścia lat, od urodzenia mieszka w Mińsku. Polityką zaczęła interesować się niedawno, jak zresztą większość Białorusinów. Na spotkanie przychodzi w koszulce z napisem w języku białoruskim, który można przetłumaczyć: „Jesteśmy razem”. Kiedy o nią pytam, od razu opowiada, że kupiła ją, bo 50 proc. uzyskanych przez producenta dochodów przekazanych ma zostać osobom poszkodowanym podczas protestów antyrządowych, które rozpoczęły się 9 sierpnia. Jedną z takich osób jest sama Daria.

Daria: - 11 sierpnia wyszłam z pracy razem z kolegami i koleżankami. Było nas dziesięcioro. Chcieliśmy przejść się do centrum, żeby zobaczyć, co się dzieje, jak wygląda kolejny protest. Zdążyliśmy przejść kilkaset metrów, kiedy drogę zajechał nam niebieski, nieoznakowany busik, jakich w Mińsku wiele w ostatnim czasie. Zaczęliśmy uciekać... Wszyscy pobiegli w prawą stronę, a ja uznałam, że to nielogiczne, więc zaczęłam biec w lewo. Wtedy mnie złapali, z miejsca uznali za organizatorkę. A potem... potem się zaczęło.

Daria spędziła w areszcie Okrestino pięć dni. W celi, w której powinno przebywać pięć osób, siłowicy zamknęli czterdzieści kobiet. Wśród nich znalazły się także osoby przypadkowe, m.in. dziewczyna, która wyszła wieczorem do sklepu po batonik twarogowy i wodę mineralną, kobieta, która wracała z pracy, matka dwóch synów, którzy zostali zatrzymani dwa dni wcześniej, rozpaczliwie próbująca wykorzystać możliwość bezpośredniej rozmowy z siłowikami, by dowiedzieć się, czy jej dzieci żyją.

Daria: - Myślę, że nie postradałam zmysłów dlatego, że w moim domu obowiązywały surowe zasady wychowania. Od dziecka musiałam przestrzegać wielu nakazów i zakazów. Tak rodzice uczyli mnie dyscypliny. Kiedyś tego nienawidziłam, dzisiaj jestem im za to wdzięczna, bo to w dużej mierze mnie ratowało. Na komisariacie i w Okrestino wszystkich nas bito. Najbardziej zapamiętałam chyba tzw. „schody śmierci”. To taka praktyka stosowana na komisariatach. Zatrzymani muszą wejść po nich na trzecie, czwarte piętro, a na co drugim stopniu stoi funkcjonariusz OMONu lub milicjant, który bije i obraża tych, którzy po nich wchodzą. Bili szczególnie chłopaków, dziewczyny głównie obrażali. Jak? Nazywali nas dziwkami, grozili, że „puszczą nas w obieg”, że zgwałci nas każdy siłowik obecny w tym budynku”.

O schodach śmierci i o tym, co działo się na komisariatach, opowiada także reporter redakcji „Znak” Nikita Teliżenko, zatrzymany 10 sierpnia w Mińsku:

Ludzie leżeli na podłodze jak żywy dywan. Siłowicy zmuszali nas do tego, byśmy po nich chodzili. Było mi z tym bardzo źle, ciągle kogoś nadeptywałem, ale nic nie widziałem. Krzyczeli do nas: „Wszyscy na podłogę, twarz przy podłodze!”. A ja wiedziałem już wtedy, że nie ma gdzie się położyć, że wokół leżą ludzie w kałużach krwi.

Daria: - Każdego z leżących biło dwóch, a nawet trzech OMONowców. W pewnym momencie, po kilkunastu godzinach takiego piekła, przestaje się słyszeć krzyki. Myśli się tylko o tym, żeby, leżąc czy klęcząc, bo żądano od nas przyjmowania różnych pozycji, nie poruszyć się i nie ściągnąć na siebie uwagi. Pierwszy raz uderzono mnie jeszcze na komisariacie. Milicjantka, która żądała od nas dokumentów, uderzyła mnie w twarz. To jej zawdzięczam też swoje „więzienne przezwisko”. Nazwała mnie „różyczką”, bo miałam na sobie różową kurtkę. Paradoksalnie, Okrestino przyniosło mi miłość. Do aresztu trafiłam z przyjacielem, po kilku dniach – wyszłam z narzeczonym. Mieszkamy razem. Razem chodzimy też do psychologa, by zrozumieć to, co się wydarzyło”.

Fot. Jedrzej Nowicki / Agencja Gazeta

Daria, mimo traumy, nadal uczestniczy w akcjach protestu, choć dzisiaj, zgodnie z białoruskim prawem, w przypadku ponownego zatrzymania, grozi jej odpowiedzialność karna i kara pozbawienia wolności na okres do siedmiu lat.

Inaczej działa Sasza Zwieriewa, partnerka Eduarda, syna Wiktara Babaryki, niedoszłego kandydata na urząd prezydenta. Obaj mężczyźni od ponad dwóch miesięcy przebywają w areszcie KGB. Spotykam się z nią w jej mieszkaniu, w sierpniu – Sasza wychodziła z domu tylko wtedy, kiedy musiała skompletować paczkę dla któregoś z zatrzymanych. Chciała w ten sposób uniknąć bycia zatrzymaną z zaskoczenia na ulicy.

Sasza: - Nie znam dnia ani godziny. Nie wychodzę z domu. Jeśli będą chcieli mnie zatrzymać, niech zabiorą mnie z domu, niech powiedzą przynajmniej dlaczego. Chcę mieć świadomość, co się dzieje. Nie chcę być zaciągnięta przez kilku mężczyzn do nieoznakowanego samochodu, nie wiedząc przy tym, czy właśnie uprowadzają mnie przestępcy, czy milicja. Wiktar Dmitrijewicz [Babaryka] został wepchnięty przez ludzi w cywilu na tył własnego samochodu i odwieziony do aresztu KGB. Obcy człowiek prowadził jego samochód, podczas gdy on był powalony na tylnym siedzeniu - opowiada.

Oprócz Babaryków, Sasza nie ma rodziny. Jej babcia, jedyna krewna, zmarła krótko po zatrzymaniu Babaryków.

Sasza: - Powtarzałam sobie, że nie mogę płakać, waliłam pięścią w kierownicę samochodu i w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że moim największym zmartwieniem jest, że nie wiem, jak pogodzić organizację pogrzebu babci z kupieniem wszystkich rzeczy do paczki dla Edika. Złapałam się na tym, że obmyślam najszybszą trasę do domu babci, żeby zabrać paszport, ale też taką, żeby po drodze móc wstąpić do sklepu ze zdrową żywnością, bo Eduard prosił mnie o owsiane sucharki.

Dzisiaj Sasza jest w Kijowie. Wyjechała ze względów bezpieczeństwa, paczki dla Edika i Wiktara przekazują jej bliscy. Ona sama działa na odległość. Zbiera pieniądze dla poszkodowanych, rozmawia z dziennikarzami, rozpowszechnia informacje o reżimie.

Sasza: - Kocham Białoruś i głęboko wierzę, że uda nam się uwolnić ją z rąk tyrana. Nie możemy tylko się poddać. Nie ma już odwrotu.

Wiarę w wolność i młodzież ma w sobie także Nina Bagińska – wytrwała uczestniczka każdego protestu, która stała się już niejako symbolem walki z reżimem Łukaszenki. Poznaję ją podczas jednego z pierwszych protestów, później spotykam na wszystkich kolejnych. Niewysoka, siwiutka, 73-letnia. Zawsze z nową, własnoręcznie uszytą biało-czerwono-białą flagą, którą za każdym razem zabiera jej milicja lub funkcjonariusz OMONu. Biorąc mnie za Rosjankę, odpowiada po białorusku:

Nina: - Nie mam nic przeciwko Rosjanom i językowi rosyjskiemu, ale my mamy swój, własny, białoruski. Ja sama nauczyłam się go już jako dorosła osoba. Nie boję się siłowików, jestem stara, co mogą mi zrobić? Co mogę stracić? A chcę walczyć, wspólnie z młodymi, o wolność. Wie pani, ja nigdy nie żyłam w wolnym kraju. Nigdy. Mam swoje lata i chciałabym doczekać momentu, kiedy Białoruś będzie wolna. Wierzę w młodych, to oni są naszą siłą napędową, to ich trzeba słuchać!

Fot. Jedrzej Nowicki / Agencja Gazeta

Nie wszystkie kobiety białoruskiej rewolucji biorą udział w akcjach protestu. Marię poznaję w szpitalu, na oddziale, na którym leżą osoby przewiezione z Okrestino. Pobici, skatowani, zniszczeni fizycznie i psychicznie mężczyźni, z którymi udaje mi się porozmawiać tylko dzięki zaangażowaniu medyków – oni również chcą, by świat dowiedział się o tym, co dzieje się na Białorusi. Masza jest wolontariuszką. Do szpitala chodzi codziennie po liturgii w cerkwi. Zanosi bandaże, wodę, jedzenie, pampersy dla dorosłych – produkt, który wielu tym, którzy przeżyli Okrestino, jest niezbędny do funkcjonowania.

Maria: - Mieszkam niedaleko szpitala. Jeszcze zanim zaczęłam się udzielać, wiedziałam, że jest źle. Karetki słychać było przez cały czas. Przywozili ludzi skatowanych, pobitych do nieprzytomności, na krawędzi życia i śmierci. Bardzo się za nich modliłam. Po jednej z takich modlitw zrozumiałam, że to nie wystarczy, że przecież mogę działać. Wśród znajomych z cerkwi rozpowszechniłam informację o zbiórce pieniędzy. W ciągu godziny udało nam się zebrać kilkaset dolarów. Kupiliśmy z mężem baniaki z wodą, jedzenie, wszystko to, o co prosiły pielęgniarki, nawet przetarte obiadki w słoikach dla dzieci – wielu z Okrestino straciło w areszcie wszystkie zęby. Zawsze byłam daleka od polityki, na poziomie duchowym wierzę, że Bóg wszystkim, nawet tym najbardziej grzesznym, a może zwłaszcza im – wybaczy. Ale jako człowiek, jako matka, żona, Białorusinka – nie jestem w stanie zrozumieć tego, co się wydarzyło.

Ostatni marsz kobiet, który odbył się w Mińsku 29 sierpnia zgromadził ponad dziesięć tysięcy kobiet i dziewcząt. Białorusinki ponownie przeszły ulicami miasta z kwiatami w dłoniach, w sukienkach, z coraz odważniejszymi hasłami na ustach. Oprócz tradycyjnych „Łukaszenka do awtozaku [milicyjny autobus]!”, „Niech żyje Białoruś!”, czy „Wolność!”, w stronę siłowików dziewczyny skandują: „Żadna wam nie da!”, czy „Zdechniesz sam!”. Ręce pełne kwiatów drżą już nie wszystkim:

Żenia, dwadzieścia trzy lata: - Strach to to, co działa na ich korzyść. A odwaga nie polega na tym, by się nie bać, tylko by umieć sobie ze swoim strachem poradzić. Obserwowałam wybory, a przynajmniej starałam się, bo ani razu komisja wyborcza nie wpuściła mnie na salę. Mimo to, codziennie podczas przedterminowego głosowania, a także 9 sierpnia przychodziłam i stałam przed drzwiami lokalu wyborczego. Liczyłam ludzi. Wtedy zrozumiałam, że to nie ja się boję. To tamta strona się boi. Siłę poczułam w momencie, kiedy zobaczyłam, jak komisja wyborcza ucieka z lokalu wyborczego, eskortowana przez OMON. Bali się nas – zwykłych, pokojowych ludzi.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.