Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Seks, psychologia, życie: zapisz się na newslettery "Wysokich Obcasów"

Dom jak klatka

Miko Czerwiński, 30 lat

„Wyłaźcie! Zakaz pedałowania!” Tak wrzeszczał sąsiad z bloku. Raz w miesiącu pił z kolegami i przychodzili pod nasze okna. Nie były wysoko, bo na pierwszym piętrze. Atakowali tylko wieczorem. Z partnerem tak się baliśmy, że gasiliśmy wszystkie światła i zamykaliśmy drzwi. Udawaliśmy, że śpimy, a tak naprawdę skradaliśmy się do okna. Nasłuchiwaliśmy: poszli czy nie?

Wysokie Obcasy Extra na Prenumerata24.pl
ZAMÓW MIESIĘCZNIK Z BEZPŁATNĄ DOSTAWĄ DO DOMU

Sąsiad mieszkał w tej samej klatce. Szybko się połapał, że jesteśmy parą, bo przecież współlokatorzy nie chodzą ciągle razem do sklepu. Jego żona mówiła nam „dzień dobry”. On tylko wyzywał. Widocznie było mu mało. Pewnego razu wychodziłem z mieszkania i chciałem zamknąć drzwi. Chwilę manewrowałem kluczem, ale nie chciał wejść do zamka. To dlatego, że sąsiad go zakleił. Na drzwiach zostawił wlepkę: „Karny kutas za parkowanie”. Jakiś czas później zaczął na nich pisać. Obklejał jeszcze klatkę schodową i tablicę ogłoszeń.

Czy zareagowaliśmy? Nigdy, choć facet zabrał nam dom, najbezpieczniejsze miejsce na świecie. Czuliśmy się w nim jak w klatce. Strach był tak duży, że po kilku miesiącach uciekliśmy. Przeprowadziliśmy się do innego mieszkania. Dalej jednak żyliśmy w Krakowie.

Nie po raz pierwszy byłem atakowany ze względu na swoją orientację. Zaczęło się w gimnazjum. Gdy koledzy z klasy zaczęli się naśmiewać z „pedałów”, czyli słabszych, czułem, jakby mówili o mnie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że nie jestem heteroseksualny. Ci, którzy mnie dręczyli, czasem jeszcze rozciągali skarpetki i wciskali je w nogawki spodni. Wyglądali jak rowerzyści. „Tak noszą pedzie” – szydzili. Unikałem ich towarzystwa, na przerwach chowałem się po korytarzach. Bo kogo nie śmieszyły „pedały”, nie należał do klasowej elity. Ich zachowanie zgłosiłem wreszcie nauczycielom. Odpowiedzieli: „Musisz się zaprzyjaźnić z kolegami”. Ręce mi opadły.

O tym, że jestem gejem, powiedziałem w liceum. Najpierw zwierzyłem się wybranym znajomym, później rodzicom, którzy zapytali tylko: „Jesteś pewien?”. „Oczywiście”. Ciekawiłem się, czy coś przeczuwali, bo dawałem im sygnały. „A masz koleżanki, które interesują się dziewczynami?” – zagadywałem kiedyś mamę na basenie. Mama chyba nie rozumiała, że pytałem również o siebie. W wieku 23 lat zrobiłem jeszcze coming out na Facebooku. Niektórzy usunęli mnie ze znajomych.

Po liceum przeniosłem się na studia do Londynu. Tam zachwyciłem się normalnością. Pary homoseksualne chodziły po ulicy za rękę, a na uczelni działał klub LGBT i nikt nie czepiał się wykładowcy, który był osobą transpłciową. Chciałem takiego szacunku w Polsce. Dlatego wróciłem do niej po trzech latach i pierwsze, co zrobiłem, to wpisałem do przeglądarki: „organizacje LGBT Kraków”. Znalazłem Queerowy Maj, z którym zacząłem organizować Marsz Równości w mieście.

Najbardziej zapamiętałem edycję sprzed kilku lat. Sam przemarsz? Spokojny. Gorzej pod koniec. Nas, uczestników, było trzystu, z kolei kontrmanifestujących – pięciuset. Gdy rozchodziliśmy się do domów, policja radziła: „Wracajcie w grupach”. Na przystanek tramwajowy szedłem więc z czterema znajomymi. Kolega niósł flagę w kolorach tęczy. Podbiegło do niego czterech młodych gości. Na oko – 18-latki. Dziś już znam ten typ agresorów: szukają adrenaliny, szarpią, tłuką i wieją. Jeden z nich wyrwał koledze flagę, zamachnął się nią. Chciałem zareagować, ale nagle poleciałem do tyłu. Ktoś mnie pociągnął i rozerwał mi koszulkę. Zdążyłem się cudem wyrwać. Pobiegłem po policjantów, którzy stali niedaleko. Na ich widok napastnicy wyrzucili flagę i zwiali.

Od tamtej pory stałem się czujniejszy na ulicy. Wieczorem rozglądałem się za siebie pięćdziesiąt razy. Zwłaszcza przed wejściem do klatki.

Jeśli ktoś podejrzany szedł moją stroną ulicy, przechodziłem na drugą. Mimo to nie uniknąłem kolejnych ataków. Pięć lat temu wybrałem się wieczorem z partnerem na krakowski Kazimierz. Chcieliśmy wrócić do domu tramwajem. W drodze na przystanek spotkaliśmy dwie pary. Mieli nieco ponad 20 lat. Choć nic im nie zrobiliśmy, dziewczyny zaczęły podjudzać chłopaków: „Zróbcie coś z pedałami”. No to krzyknęli: „Jak was wydymamy, przestaniecie pedałować! Bierzecie z dupy do ryja!”. Potem na nas ruszyli. My w długą, bo właśnie zajechał tramwaj. Wskoczyliśmy do niego. Tamci nie zdążyli.

Jak się wtedy czułem? Potraktowałem to jako kolejny etap odczłowieczania mnie. I widzę, że dziwi cię, jak spokojnie o tym opowiadam. Cóż, przyzwyczaiłem się. Ale działam dalej, żeby inni przyzwyczajać się nie musieli.

Fot. Zuza Krajewska/Warsaw Creatives dla Kampanii Zalando 'Historie ukryte w ubraniach'

Kopniak

Paulina Brzoza, 29 lat

To było w święta. W domu ja, mama i babcia. Leciał akurat odcinek „Chirurgów”, w którym pocałowały się aktorki. Na ich widok mama aż się skrzywiła. Rzuciła, że to choroba. Jeszcze bardziej zaskoczyła mnie babcia: „Gejów rozumiem, ale nie lesbijki”. Wolałam przemilczeć, że sama nią jestem. Miałam wtedy 21 lat i nadal nie godziłam się z własną orientacją.

Pierwszy raz poczułam coś do dziewczyny, gdy byłam 15-latką. Poszłam na imprezą sylwestrową i spodobała mi się koleżanka. Złapałam ją za rękę. Żeby pan wiedział, jaki mnie wtedy dreszcz przeszedł. Po powrocie do domu stwierdziłam jednak, że jestem nienormalna. Uważałam tak do czasu studiów. Dopiero wtedy powiedziałam sobie: Paulina, nie podobają ci się faceci, nie walcz z tym.

W wieku 25 lat postanowiłam, że czas pogadać z mamą. Pojechałam na weekend do rodzinnego Malborka. W sobotę wieczorem usiadłyśmy przed telewizorem. Czekałam na blok reklamowy, żeby wreszcie się odezwać. Minął pierwszy, drugi, czwarty, a ja nic.

W końcu wzięłam głęboki wdech i wymamrotałam: „Powiem ci coś, co na początku wydaje się super. Ale potem już niekoniecznie. Jestem w szczęśliwym związku. Tylko, no, z kobietą”. Rozryczałam się. A mama przytuliła mnie i wyszeptała: „Kocham cię”.

Pierwszej agresji doświadczyłam niedługo później. Pojechałam z ówczesną dziewczyną do Torunia. Spacerowałyśmy za rękę po starówce, było pełno ludzi. Z tłumu wyłamał się nagle starszy mężczyzna, taki typowy pijaczyna. Ruszył na nas i krzyknął: „Ej, wy, kurwy!”. Nie odpowiedziałyśmy. Momentalnie przestałyśmy trzymać się za ręce, mnie aż zamurowało. Zawsze sądziłam, że za dnia nikt nas nie zaatakuje. Po powrocie do domu lęk zastąpiła wściekłość. Na to, że muszę się tłumaczyć z miłości, że ktoś chce mnie za nią zwyzywać albo uderzyć.

Głupio przyznać, ale od tamtego wydarzenia zaczęłam unikać chodzenia za rękę z moją dziewczyną. Strach jednak nie powstrzymał mnie przed jeżdżeniem na Marsze Równości. W 2019 roku wybrałam się na pierwszą edycję w Białymstoku. Pojechałam tam ze stowarzyszeniem My, Rodzice, które zrzesza matki i ojców dzieci LGBT. Moja mama jest jego członkinią. Nie chciała odpuścić tego wyjazdu. Dziś nie wiem, co było gorsze: to, że mi towarzyszyła, czy to, że oglądałaby w wiadomościach, jak biją jej córkę.

Problemy zaczęły się już po wyjściu z samochodów. W drodze na marsz mijaliśmy grupki facetów. Rzucali w nas jajkami, butelkami i racami. Nie mogliśmy dopchać się do innych uczestników imprezy. Dojrzeli nas policjanci i kazali iść boczną uliczką. Błąd. Uliczki nikt nie pilnował. Gdy w nią weszliśmy, za plecami wyrosła nam banda facetów. Nie zauważyłam jej. Skupiłam się na mężczyźnie, który akurat przejeżdżał obok rowerem. Wyzywał nas. Na zamieszaniu skorzystał gość z tamtej grupy. Rozpędził się i grzmotnął mnie z kopa w plecy. Poleciałam do przodu. Ledwo ustałam. Byłam oszołomiona. Ocknęłam się po kilku sekundach, gdy już uciekał. Usłyszałam szloch mojej mamy. Zaczęła dygotać. Jej widok bolał bardziej niż sam cios.

„Policja! Pomocy!” – krzyczeli rodzice. Nasz strach potęgowała wąska uliczka. Nawet chciałam ruszyć w pościg za napastnikiem, ale zjawili się funkcjonariusze. Otoczyli nas, zagradzając mi drogę. Facet zwiał. W eskorcie policji dotarliśmy do punktu, w którym startował marsz.

Idąc ulicami Białegostoku, zapomniałam o kopniaku. Tuliłam mamę, bo leciało w nas szkło i race. Słyszałam wszystkie możliwe bluzgi. Kontrmanifestujący stanęli nam na drodze. Skandowali: „NIE PRZEJ-DZIE-CIE!”. Palili tęczowe flagi. Skakali po nich. Nad głowami latał helikopter. Tak nisko, że mamie zdmuchnął okulary z nosa. Czuliśmy się jak na polowaniu, w którym byliśmy zwierzyną.

Na innych marszach machałam do ludzi, którzy nas wyzywali. Uśmiechałam się do nich. W Białymstoku? Chciałam przeżyć. I żeby nic nie stało się mamie.

Po marszu dochodziłam do siebie przez tydzień. Potrafiłam nagle wybuchnąć płaczem. Postanowiłam jednak, że koniec z przeprosinami, że żyję. Pomyślałam: ile można się ukrywać? Mam udawać hetero? Wyjechać z Polski? To nie rozwiąże problemu.

Mimo wszystko cały czas mam nadzieję na normalność. Dlatego z koleżanką Magdą z Kampanii przeciw Homofobii postanowiłam działać. W firmie, w której pracuję, zorganizowałyśmy szkolenie o LGBT. Chciałyśmy wyjaśnić podstawy: sam skrót, temat orientacji, sytuację prawną osób nieheteronormatywnych. Dodatkowo motywowało nas pewne wydarzenie z mojej firmy. Jeden z kolegów, który tam ze mną pracuje, jest gejem. Ktoś z pracowników wysmarował o nim list do zarządu. Między innymi pisał, że ten mężczyzna jako osoba homoseksualna jest roznosicielem HIV.

Wybrałam się wtedy do osoby odpowiedzialnej za szkolenia. Zaproponowałam jej wykład o LGBT. Trochę się zmartwiła o moje bezpieczeństwo. Widząc jednak zapał, z jakim mówiłam, odpuściła. Wykład z Magdą zorganizowałyśmy w czasie pracy. Na trochę ponad sto osób z firmy zapisała się prawie połowa. Podzieliliśmy je na dwie grupy. Ja zaczynałam szkolenie, Magda kontynuowała. To wtedy przyznałam się, że jestem lesbijką. Mój coming out zrobił wrażenie na kolegach i koleżankach. Po wykładzie najbardziej jednak wzruszyła mnie znajoma. Gdy sala była już pusta, podeszła i bez słowa mnie przytuliła.

Fot. Zuza Krajewska/Warsaw Creatives dla Kampanii Zalando 'Historie ukryte w ubraniach'

Bucior na piersi

Wojciech, 32 lata

Najpierw wtajemniczyłem przyjaciół. Zrobiłem to po skończeniu osiemnastki. Przyznali, że moja orientacja niczego nie zmienia. Rodzice? Mamy słabszy kontakt. Tata dowiedział się przez Skype’a. „Nie rozgrzebujmy tego” – poprosił. I koniec gadki.

Ani on, ani mama nie mają pojęcia, że za bycie gejem byłem bity. Pierwszy raz dostałem w sylwestra. Z moim chłopakiem i dwójką znajomych wybraliśmy się na domówki. Z ostatniej wyszliśmy między pierwszą a drugą w nocy. Dreptaliśmy Marszałkowską, ja z partnerem za rękę. Wtedy jeszcze nie myślałem, że to akt odwagi. Przed nami wyrosła grupa dresików. Dwóch chłopaków i dziewczyna. Podczas mijania uderzyli któregoś z nas barkiem. „Co jest, pedały?!” – rzucili. Wybuchło zamieszanie. Dziewczyna zaczęła mnie dusić, kolegę wyrżnęli na ziemię. Skopali go. Znajomemu zabrali torebkę, z którą chcieli uciekać. Nie zdążyli. Po policjantów pobiegł chłopak z naszej paczki. Mieliśmy szczęście, że w sylwestra było sporo patroli. Funkcjonariusze capnęli napastników. Stanęli między naszymi grupami. Tamci darli się: „Jak was znajdziemy, to zęby powybijamy!”.

Na komisariat przy Wilczej pojechaliśmy innym radiowozem niż sprawcy. Zeznawaliśmy całą noc. Zaznaczyłem, że dostałem na tle homofobicznym. O piątej nad ranem obdukcja. U mnie: obdarte ręce i kolana, guz na głowie. Do tego pęknięty wyświetlacz telefonu. Pamiętam, że któryś z kolegów miał zbity nos i łokieć.

Prokuratura zarzuciła napastnikom naruszenie naszego zdrowia, ale z obrażeniami nieprzekraczającymi siedmiu dni. Dostali dwa lata zawiasów i 100 zł nawiązki dla każdego z nas.

Dziewczyna, która mnie dusiła, nie miała ukończonych 21 lat. Przydzielono jej kuratora. Nie, nie cieszyłem się z wyroku. Sąd stwierdził, że atak był krytyczną reakcją wobec nas. Nie słuchał, gdy powtarzałem: „Zostałem pobity, bo jestem gejem”. Dlatego w 2014 roku odwołałem się do Strasburga. Nie zaskarżyliśmy z kolegami napastników, tylko Polskę. O to, że w naszym prawie nie ma kary za napaść na tle homofobicznym. Sprawa ciągnie się do dziś.

Sytuacja z Marszałkowskiej to moja trauma. Czasem wolałbym mieć złamaną nogę niż psychikę, bo zacząłem rozglądać się na ulicy. W miejscu napaści widzę ciągle tych dwóch chłopaków i dziewczynę. Przestałem nawet chodzić z partnerem za rękę. Samo wyszło.

Co dziwne, po pobiciu postanowiłem reagować na zaczepki. Podchodziłem do nich z zimną krwią. Nie pokazywałem strachu, żeby nie podsycać agresji napastników. Ale mimo tej strategii umysł sam za mnie decydował. Tak było pewnej nocy na parkingu obok Pałacu Kultury. Szedłem ze znajomym do domu. Miał na sobie białą koszulkę na ramiączkach. Nie spodobała się dwóm facetom, którzy nas mijali. Ich zdaniem ramiączka były zbyt cienkie. „Pedały tak noszą” – stwierdzili. Potem jeden z nich zrobił półobrót i grzmotnął znajomego prosto w klatkę. Pociągnąłem kumpla za koszulkę, żebyśmy uciekali. Gdy się oddaliliśmy, spojrzeliśmy, co z jego klatką piersiową. A tam czarny ślad buciora. Kolega nie chciał ciągać się po komisariatach. Nie powiadomiliśmy policji.

Po tym przypadku stwierdziłem, że osoba nieheteronormatywna musi wiedzieć, gdzie może chodzić i w co się ubrać, żeby nie dostać łomotu. Na przykład gdy zakładam koszulkę z tęczą, nigdy nie wsiadam do nocnego autobusu. Ani nie kręcę się w okolicach Centralnego. Wybieram za to knajpy ze znaczkami: „Strefa wolna od nienawiści”. Albo te na placu Zbawiciela.

Raz z moim obecnym partnerem zapuściliśmy się na Pragę-Północ. Tam zaczepiło nas dwóch łysych facetów. „Macie zapalniczkę?” – zagadnęli. A potem dodali: „Który z was to baba, a który facet?”.

Serce zaczęło mi walić. Bałem się o partnera, nie o siebie. Ale zamiast uciekać, odpowiedziałem: „To tak nie działa. Obaj jesteśmy mężczyznami”. Myślałem, że nas pobiją. A oni tylko rzucili na odchodnym: „W gównianym kraju przyszło wam żyć”.

I mieli rację. Kampania prezydencka spotęgowała mój lęk, bałem się słów, że jestem ideologią, nie człowiekiem. Przypominały mi slogany sprzed pogromów. Tak się wystraszyłem, że uciekłem na miesięczne zwolnienie chorobowe. Wyjechałem z partnerem na wieś. Wyciszałem się przy zbieraniu truskawek, zrywaniu porzeczek czy wygrzebywaniu ziemniaków.

Po powrocie do Warszawy usłyszałem, jak Andrzej Duda kajał się za ostrą kampanię. Bardzo dziękuję, panie prezydencie, ale na przeprosiny już za późno. Wkrótce stanie się komuś to, co mnie na Marszałkowskiej.

Fot. Zuza Krajewska/Warsaw Creatives dla Kampanii Zalando 'Historie ukryte w ubraniach'

Korale

Adrian Holc, 23 lata

Dzień po maturze z angielskiego spakowałem się do auta i wyjechałem z rodzinnego Człuchowa do Warszawy. Przez pierwsze dwa lata mieszkałem z przypadkowymi osobami. Potem z partnerem, o którym nie wiedzieli rodzice. Przed ich odwiedzinami zawsze wynosiłem z sypialni swoje rzeczy: koszule, spodnie, bieliznę, laptopa. Spaliśmy wtedy oddzielnie. Najśmieszniej było przy stole. Jedliśmy wszyscy obiad, leciała telewizja, wyglądaliśmy jak rodzina.

Niestety, nie zdążyłem powiedzieć mamie, że jestem gejem. Zrobiła to bliska mi osoba, u której dorabiałem w pizzerii. „Adrian przychodzi do mnie z chłopakiem – wytłumaczyła jej. – Akceptuję ich i wspieram jak druga matka. A ty?”. Też akceptowała. Tylko miała mi za złe, że nie podzieliłem się z nią tak ważną rzeczą. A przecież od gimnazjum dawałem jej sygnały. Chodziliśmy razem na solarium, do lumpeksów. Gdy miałem 16 lat, zaproponowała mi nawet kolczyk w uchu. Zapłaciła za niego. Sądziłem, że się domyśla. Błąd.

Kiedy zostałem pierwszy raz zaatakowany? Dziesięć lat temu. Koledzy szybko zrozumieli, że mam za dużo koleżanek. Jako jedyny chłopak zbierałem kolorowe karteczki do segregatora i odmawiałem gry w nogę. Zaczęli więc pluć na mnie. Mówili, że ja, pedał, powinienem skończyć w Auschwitz. Raz zabrali mi plecak i rozsypali książki po szkole. Rechotali, drąc się: „Każda ciota lubi po sobie sprzątać!”. Zgłosiłem to nauczycielce, która wysłała mnie do psychologa. Tam usłyszałem: „Homofobia? Musisz sobie z nią radzić”.

Sam wykombinowałem, że przemoc będzie boleć mniej, gdy zacznę robić z siebie pajaca. Na przykład przed zajęciami prosiłem kolegę, żeby po odczytaniu obecności zgasił światło. Na ten znak krzyczałem: „Granat!”, i wybiegałem z lekcji. Dzięki temu byłem chwilowo dla klasy Adrianem, nie pedałem.

W Człuchowie nigdy nie dostałem po gębie. Ale gdy ubrałem się w koszulkę z tęczą i spacerowałem po mieście, słyszałem docinki. Że wyglądam niepoważnie, że powinienem zastanowić się nad sobą, bo straszę dzieci. Dlatego po skończeniu osiemnastki zacząłem wyjeżdżać. Głównie na imprezki do Trójmiasta. W Gdańsku przesiadałem się na Szybką Kolej Miejską i dojeżdżałem do Sopotu. Dreptałem Monciakiem, skręcałem w lewo, po czym stawałem przed klubem gejowskim. Miejscowa bandyterka wiedziała, że kręcą się tam geje. W Człuchowie mówili o mnie: kolorowy i wygadany. A tu: „Jesteś ścierwem. Zaraz cię dojedziemy!”. Nie, nigdy się nie odważyli. Wystarczyło jednak kilka imprez w Sopocie, żeby coś we mnie pękło. Rozumiesz, byłem wtedy tylko bezbronnym 18-letnim dzieciakiem. Popadłem w kompleksy.

Fot. Zuza Krajewska/Warsaw Creatives dla Kampanii Zalando 'Historie ukryte w ubraniach'

Niszczyć zacząłem się po przeprowadzce do Warszawy. Schudłem z 90 kilo do 60. Przy 190 centymetrach wzrostu to niedowaga. Zachorowałem na anoreksję, potem na bulimię. Ze szpitala odbierał mnie tata. Gdy się trochę podleczyłem, wróciłem do latania po warszawskich klubach. W jednym z nich zostałem pierwszy raz uderzony. Stałem przy barze, obok rozmawiała znajoma para, która wiedziała o mojej orientacji. Ona przyjaźnie mnie zaczepiła. Po chwili on się zamachnął. Walnął mnie z otwartej ręki w twarz. Wrzeszczał, że podrywam jego narzeczoną. „Jak gej może to robić?” – wydusiłem. Dziwne uczucie dostać za to, kim jesteś. Przecież to nie mój wybór, że nie śpię z Kasią czy Basią. Jedni mają włosy blond, inni czarne. Ty lubisz lody czekoladowe, ja śmietankowe. Mało tego, nawet próbowałem mieć dziewczynę. Ale to tak, jakbyś wsadził lampkę do kontaktu, a ona by nie świeciła. I nie mówię tu o ciele, tylko mózgu. Rozumiesz, zero reakcji.

Przyzwyczaiłem się, że gdy idę w tęczowej koszulce, z okien lecą na mnie pety. Albo wyzwiska, jeśli stoję z innym facetem na przystanku i pokazuję mu coś w telefonie. Ludziom tyle wystarcza. Nazywają nas cwelami albo pedałami. Czy przechodnie kiedyś zareagowali? Nie.

Napastnikom często nie podobał się mój wygląd. Jestem stylistą i zdarzało mi się zaszaleć z ubiorem. Na przykład malowałem usta na czerwono, wkładałem buty na platformie, futro, korale. Szedłem tak na dyskotekę. Zgoda, to odważna stylizacja, ale nie na tyle, żeby mnie bić! A przez nią dostałem już na wejściu do klubu. To samo zdarzyło się, gdy wychodziłem z niego z grupą znajomych. Czekało na nas kilku facetów, zaczęli mnie szarpać, rozerwali futro i korale, które rozsypały się po ulicy. W amoku uciekliśmy nad Wisłę. Przez wysokie buty skręciłem kostkę.

Mówisz, że ostro. Wcale nie. Mam kumpli, którym z powodu orientacji łamano nosy i żebra. Mnie lała się tylko krew. No i czułem się potem jak śmieć. Bo dla napastników pobicie osoby homoseksualnej jest jak wyrzucenie śmieci. Zaraz o tym zapominają. Dziś jakoś sobie z tym radzę. Ale do niedawna myślałem: może byłoby lepiej, gdybym się nie urodził?

Imię jednego z bohaterów zostało zmienione.

***

Kampania Zalando „Historie ukryte w ubraniach”

Kampania Zalando „Historie ukryte w ubraniach” powstała we współpracy z Kampanią Przeciw Homofobii i marką MISBHV. Z rzeczy zebranych od osób, które padły ofiarą agresji ze względu na swoją orientację seksualną, powstała kolekcja unikatowych ubrań symbolizujących nadzieję i walkę o równe prawa społeczności LGBTQIA+. Autorką zdjęć jest Zuza Krajewska, a za całość kampanii odpowiadała agencja 180heartbeats + JUNG v. MATT

Jakub Lendzion, KPH:

– Misją Kampanii Przeciw Homofobii jest doprowadzenie do poszanowania godności każdego człowieka, niezależnie od jego orientacji seksualnej i tożsamości płciowej. Dzięki temu, że nasze dążenia są zbieżne z założeniami nowej kampanii marki Zalando, udało nam się nawiązać współpracę.

Łącząc siły, możemy zdziałać o wiele więcej, dlatego środki przekazane nam przez Zalando przeznaczymy w całości na najbardziej palący w ostatnim czasie obszar naszej działalności, jakim jest wsparcie psychologiczne i prawne osób doświadczających dyskryminacji lub przemocy motywowanej homofobiczną i transfobiczną nienawiścią. W ciągu minionego roku prawnicy i prawniczki KPH obsłużyli ponad 200 spraw, a nasz zespół psychologów i psycholożek odbył setki konsultacji. Organy państwa nieustannie zawodzą w tym zakresie, a liczba osób zgłaszających się do KPH z prośbą o pomoc stale rośnie, dlatego ufamy, że dzięki dodatkowym środkom finansowym uda nam się dotrzeć do jeszcze większej liczby osób, które tego wsparcia potrzebują. Poradnictwo prawne i psychologiczne skierowane do osób LGBT to tylko jedna z gałęzi działalności KPH, poza tym skupiamy się na pracy rzeczniczej, edukacji, budowaniu szerokiego ruchu sojuszniczego oraz organizujemy akcje i kampanie społeczne.

***

Zdjęcia Zuza Krajewska/Warsaw Creatives dla kampanii Zalando "Historie ukryte w ubraniach", autorem koncepcji sesji jest agencja 180heartbeats + JUNG v. MATT. "Wysokie Obcasy" są partnerem kampanii.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.