Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wczorajszy wiec Swietłany Cichanouskiej stał się najbardziej masową akcją w historii Białorusi. W parku "Drużby narodow" w Mińsku zebrało się ponad 60 tysięcy osób.

A o tej kandydatce na urząd prezydenta Białorusi jeszcze trzy miesiące temu nikt nie słyszał. Z wykształcenia lingwistka i tłumaczka, żona znanego, krytycznego wobec władzy blogera Siergieja Cichanouskiego, na białoruską scenę polityczną trafiła przypadkiem, kiedy CKW odmówiła zarejestrowania „grupy inicjatywy” jej męża. Na dokumentach, które Swiatłana złożyła w jego imieniu, brakowało podpisu niedoszłego kandydata, bo ten przebywał już wtedy w milicyjnym areszcie. Cichanouska zdecydowała się więc zarejestrować samą siebie. W dużej mierze ze złości na łukaszenkowski system i bezprawie, które nie tylko wyeliminowały z i tak nierównej konkurencji jej męża, ale na dodatek zamknęły go z powodu chęci walki o wolność w więzieniu:

władze nie uwzględniły tego, że za każdym silnym mężczyzną stoi równie silna kobieta”, powie w jednym z wywiadów.

Podczas wystąpień na wiecach zawsze stoi w środku, między wspierającymi ją Weroniką Cepkało, żoną niedopuszczonego do wyborów polityka, i Mariją Kaliosnikową, szefową sztabu Wiktora Babariko, którego KGB aresztowało na progu CKW, nim zdążył zarejestrować swoją kandydaturę. Niewysoka brunetka, bez doświadczenia politycznego czy medialnego, nieśmiało uśmiecha się do zgromadzonego tłumu, który skanduje „Swieta! Swieta! Swieta!” i „Wierzymy! Możemy! Zwyciężymy!”. Podczas jednego z pierwszych wystąpień liczba zebranych osób tak bardzo ją porusza, że przez pierwszą minutę płacze. A później przemawia: mocno i mądrze, wzbudzając zachwyt Białorusinów.

Jestem tutaj nie dla władzy. Jeśli wygram, w ciągu pół roku zorganizuję nowe, uczciwe, sprawiedliwe wybory z udziałem wszystkich kandydatów. Po raz pierwszy od dwudziestu lat mamy tyle siły, że możemy zwyciężyć. Mamy dwie drogi: słuchać dalej obietnic albo wziąć sprawy w swoje ręce i zbudować nową Białoruś. Jestem prostym człowiekiem, kobietą, matką, która chce, byśmy w końcu mieli takie życie, na jakie zasługujemy

Cichanouska nie przypomina żadnej ze znanych nam polityczek. Nie przeszła żadnych kursów czy szkoleń, które przygotowałyby ją do tej niespodziewanej dla niej samej roli. W swoich wypowiedziach bywa niedyplomatyczna. Pytana przez rosyjskich dziennikarzy o wspólne, rosyjsko-białoruskie problemy, krótko ucina, że „to może wasze problemy, my mamy inne, poważniejsze”. Nigdy nie interesowała się specjalnie polityką, nie ma wyrobionego zdania na każdy temat, nie zna historii, co zresztą przyznaje, ale z absolutną, rozbrajającą szczerością, obiecuje w wywiadzie, że sprawdzi, co oznacza termin „dekomunizacja”, ale na razie nie jest w stanie się na ten temat wypowiedzieć. Nikt nie powiedziałby o niej, że jest uosobieniem podręcznikowego feminizmu, bo Swiatłana Cichanouska od początku podkreśla, umniejszając przy tym swą rolę, że bierze udział „tylko” po to, by odebrać Łukaszence władzę, a państwem rządzić później będzie prezydent, wybrany w zorganizowanych przez nią, uczciwych, demokratycznych wyborach. Ona chce wrócić do męża, dzieci i smażenia kotletów. I choć zupełnie nie jest to zgodne ze współczesnym wyobrażeniem o kobiecej sile, to nie da się jej Swiatłanie odmówić. „Pokonajmy swój strach”, apeluje do Białorusinów, choć trudno nie zauważyć, że ona sama już dawno to zrobiła.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.