Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jak opisać fenomen, który w świecie sportu nie ma sobie równych? Można na przykład tak: uczestniczka pięciu letnich igrzysk olimpijskich i zdobywczyni siedmiu medali olimpijskich (trzy złote, dwa srebrne i dwa brązowe); rekordzistka świata w biegach na 60, 100, 200, 300 i 400 m, w sztafecie 4x100 m oraz na... 440 jardów; 53-krotna rekordzistka Polski.

Można również w ten sposób: już w 1974 r. uznana przez międzynarodowe agencje prasowe za najlepszą sportsmenkę świata; najlepsza (do dziś) lekkoatletka świata w historii w rankingu amerykańskiego magazynu "Track & Field News"; siedmiokrotna zdobywczyni Złotych Kolców - nagrody dla najlepszej polskiej lekkoatletki; czterokrotna laureatka plebiscytu czytelników "Przeglądu Sportowego" na najlepszego sportowca Polski.

Ale jej życie to przecież nie tylko sport, trzeba więc jeszcze dodać: urodziła się w 1946 r. w Leningradzie, gdzie wojenne losy rzuciły jej rodziców - ojca Jakuba Kirszensteina i matkę Eugenię Rafalską urodzoną w Kijowie. Ciężko trenując, bez taryfy ulgowej ukończyła studia ekonomiczne na Uniwersytecie Warszawskim. Ponad 50 lat przeżyła w szczęśliwym małżeństwie ze Sławomirem Januszem Szewińskim i urodziła dwóch synów. Mówiła o sobie, że z natury jest optymistką, że nawet przegrana czy trudna sytuacja mobilizują ją do działania. Inni wspominają ją jako osobę pogodną, bezkonfliktową i skromną. Jej mąż wspominał: "Przy łagodnym charakterze Ireny było rzeczą wprost niemożliwą, żeby dochodziło między nami do spięć".

Zmarła na nowotwór w 2018 r. w wieku 72 lat. Niespełna rok przed śmiercią powiedziała "Wysokim Obcasom": "W tej chwili najbardziej mnie cieszy, że ludzie jeszcze mnie pamiętają". Oczywiście, że pamiętają: w czerwcu tego roku w plebiscycie ogłoszonym z okazji stulecia "Przeglądu Sportowego" Irena Szewińska została wybrana na Sportowca Stulecia i Olimpijczyka Letniego Stulecia. Wiadomo: królowa jest tylko jedna.

Warszawa, 1960: początek

"Skłamałabym, twierdząc dziś, że w latach szkolnych marzyłam o karierze sportsmenki" - wspominała Szewińska czasy, gdy była jeszcze dzieckiem, "dość anemicznym, choć wyrośniętym nad wiek". I właściwie niczym, poza tym wzrostem, nie wyróżniała się spośród koleżanek. No, może jeszcze jednym: trudno ją było oderwać od książek i wygonić na podwórko. Chodziła na zajęcia kółka dramatycznego i kurs tańca towarzyskiego, świetnie się uczyła. Nie bez powodu więc mama sądziła, że córka będzie raczej naukowczynią niż sportsmenką. Ona sama stwierdziła: "Dosyć późno odkryto we mnie lekkoatletyczny talent, czym byłam szczerze zdumiona". Owo "dość późno" wydarzyło się, kiedy miała 14 lat: by wytypować kandydatki do międzyszkolnych zawodów, nauczycielka wuefu zmierzyła uczennicom czas na 60 m (na szkolnym korytarzu, boiska w szkole nie było). Jedna z nich, długonoga Irena, musiała pobiec jeszcze raz, bo wuefistka sądziła, że zepsuł się stoper. I tak to się zaczęło…

Tokio, 1964: olimpijski debiut

"Irena Kirszensztein (!) ma wszelkie dane, aby stać się rewelacją światową w roku olimpijskim, zdolną do największych niespodzianek" - notka zamieszczona w roczniku Polskiego Związku Lekkiej Atletyki w 1963 r. okazała się prorocza. Następny rok był bardzo trudny, ale pełen sukcesów: Irena zdała maturę i egzaminy wstępne na studia, mimo nawału nauki zakwalifikowała się na igrzyska w Tokio i przywiozła aż trzy medale: dwa srebrne (w skoku w dal i biegu na 200 m) oraz złoty (w sztafecie 4x100 m). "Żegnałem ją jako nieźle zapowiadającą się sportsmenkę, a wróciła gwiazda stadionu, obsypana medalami" - podsumował przyszły mąż Janusz Szewiński. Wraz z medalami pojawiła się sława: ponieważ zmagania sportowców były już transmitowane w telewizji (mama Eugenia z tej okazji kupiła sobie nawet odbiornik), 18-letnia sportsmenka stała się rozpoznawalną osobą i razem z Ewą Kłobukowską, z którą tworzyła słynny duet K-K, znalazła się w pierwszej dziesiątce plebiscytu "Przeglądu Sportowego".

Moskwa, 1980: żegnaj, bieżnio

To były jej piąte - po Tokio, Meksyku, Monachium i Montrealu - igrzyska olimpijskie. Choć nękały ją kontuzje, miała nadzieję, że uda jej się wywalczyć medal na 400 m. W eliminacjach przybiegła trzecia, w półfinale dał o sobie znać naderwany mięsień łydki. Z trudem dobrnęła do mety i zajęła ostatnie miejsce. "Było mi bardzo przykro, że w Moskwie pokonała mnie kontuzja, a nie zawodniczki. Ta końcowa porażka nie zniechęciła mnie jednak do sportu" - stwierdziła. Tak zakończyła się jej blisko 20-letnia kariera. Biegała jednak nadal, tyle że już nie na stadionach, ale po lesie - tak dla siebie, by utrzymać się w formie i korzystać z dobrodziejstw ruchu na świeżym powietrzu. I zachęcała do tego innych. Bo jej zdaniem sport nie tylko służy zdrowiu, ale również uczy dyscypliny, pokonywania trudności i… przegrywania.

Już nie trenowała i nie startowała, ale wciąż miała pełne ręce roboty: założyła fundację Vita Activa promującą aktywny styl życia i do końca aktywnie działała na rzecz sportu i sportowców. PZLA, PKOl, MKOl, Komitet Kobiecy IAAF, Polskie Stowarzyszenie Sportu Kobiet - by wymienić tylko niektóre organizacje.

Sukces: talent, warunki i praca

Talent? Niewątpliwie, niewiele osób dostaje taki dar. Warunki? Zdecydowanie tak: ważyła 60 kg, miała 176 cm wzrostu, a do tego "nogi do samej ziemi", no i ten "wiatr w nogach", który niósł ją po bieżni. Praca? Przede wszystkim, bo jak wspominała jej mama: "Owszem, talent u niej był niebywały, ale do tego dochodzi mrówcza, systematyczna praca". Jeden z jej trenerów, Andrzej Piotrowski, dodawał jeszcze konsekwencję i niezawodność: "Jeśli Irena miała się położyć spać o dziesiątej, to się kładła (…). Jeśli miała coś zjeść o określonej porze, to na pewno to zjadła". A jadła jak każdy obywatel siermiężnego PRL-u, nigdy nie stosowała żadnej diety i nie korzystała ze wsparcia specjalistów od żywienia (ani, nawiasem mówiąc, psychologów sportowych - takie to były czasy). Odżywki? Zapomnijcie. Co najwyżej zupa mleczna na śniadanie i kiełki pszeniczne, które - jak wspomina jej mąż - były wtedy modne.

Cel: pokonać przeciwności

Jak każdego wyczynowca nękały ją kontuzje, ale był jeszcze jeden problem: słaby wzrok powodujący kłopoty z oceną odległości. W solowych biegach to nie przeszkadzało, ale w skoku w dal i w sztafecie - już tak. Dla zminimalizowania ryzyka w sztafecie wolała biegać na ostatniej zmianie, żeby tylko raz brać udział w przekazywaniu pałeczki. Niestety, zdarzało jej się ją upuścić - tak jak na igrzyskach w Meksyku w 1968 r. Rozżalone przegraną współbiegaczki uznały, że Irena gwiazdorzy i lekceważy zespołowy start, grając tylko na siebie. Co gorsza, to zdarzenie zostało wykorzystane przeciwko niej w antysemickiej nagonce, jaka tamtego roku rozpętała się w Polsce: że zrobiła to specjalnie, że chciała zaszkodzić Polsce i że po cichu zbierała pieniądze na… izraelską armię (jedną z autorek tych wyssanych z palca donosów była zresztą koleżanka ze sztafety).

Kobiety: Skok o tyczce? Dlaczego nie!

Czy panie powinny się brać do dyscyplin zarezerwowanych dotąd dla mężczyzn? "Jeśli są chętne do uprawiania tych specjalności, to dlaczego im zabraniać? (…) Zajmowanie się określonymi sportami lub rezygnacja z ich uprawiania musi zależeć od samych zawodniczek" - zadeklarowała w jednym z wywiadów (jednak, jak powiedziała, do uprawiania boksu raczej by ich nie zachęcała). Był to rok 1990, panie już startowały w trójskoku i maratonach, ale np. kobiecy skok o tyczce należał jeszcze do przyszłości, która, jak wiadomo, nadeszła.

Promowała nie tylko sport wyczynowy kobiet. Jeszcze za życia stała się patronką Samsung Irena Women’s Run, corocznego biegu w warszawskim parku Agrykola. Chciała pokazać kobietom, że mogą coś zrobić dla zdrowia i - co ważne - mieć przy tym dużo przyjemności.

Poza sportem: rodzina jest najważniejsza

Sama pochodziła z rozbitej rodziny - jej ojciec rozwiódł się z matką, gdy Irena miała siedem lat, i ożenił drugi raz. Córką za bardzo się nie interesował, przypomniał sobie o niej, dopiero gdy zaczęła odnosić sukcesy.

Od początku zdawała sobie sprawę, że sport to nie wszystko, i w 1967 r. założyła własną rodzinę. Jej mąż Janusz Szewiński był również lekkoatletą (obiecującym), ale zrezygnował z kariery, uznając, że jego "(…) rolą będzie już przede wszystkim udzielanie wsparcia Irenie". Wspierał ją i w życiu, i w karierze. W sporcie amatorskim - innego wówczas w Polsce nie było - sukcesy, owszem, przynosiły splendor i zaszczyty, ale nie pieniądze, więc on musiał je zarabiać. Pracował jako fotoreporter sportowy, przez osiem lat był też trenerem swojej żony.

Będąc u szczytu, w 1970 r. Szewińska urodziła pierwszego syna, Andrzeja (drugiego, Jarosława, po zakończeniu kariery). Choć pesymiści krakali, że już nie odzyska formy, ona optymistycznie zakładała, że wróci i na bieżnię, i na medalowe podium. I wróciła. Zajęło to trochę czasu, ale udało się z nawiązką - rok 1974 okazał się najlepszym w jej karierze.

Źródła: Maciej Petruczenko, "Prześcignąć swój czas. Kariera Ireny Szewińskiej od kulis", Ringier Axel Springer 2019; Przegladsportowy.pl; Wysokieobcasy.pl

***

Gdzie są nasze PatronkiGdzie są nasze Patronki BNP

90 proc. patronów polskich szkół to mężczyźni. Bank BNP Paribas w reakcji na tę dysproporcję rozpoczął akcję „Gdzie są nasze Patronki?". Ma ona zachęcić szkoły do obsadzenia w roli patronki jednej z wyjątkowych kobiet, które zapisały się na kartach historii Polski i świata. Okres wysyłania zgłoszeń wydłużono do 15 listopada 2021 r. Do akcji można się zgłaszać za pośrednictwem strony Patronki.pl. Akcji patronują „Wysokie Obcasy"

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.