Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Marta Piątkowska: Pali pani?

Agnieszka Kozar: Zrezygnowałam z papierosów na rzecz IQOS-a.

To jakaś różnica?

Znacząca. Opracowaliśmy urządzenie, które podgrzewa tytoń do temperatury 350 stopni. Użytkownik otrzymuje smak tytoniu i nikotynę bez ognia, dymu i popiołu.

Myśli pani, że producent Marlboro, wypowiadając wojnę papierosom, jest autentyczny w swoich działaniach?

Myślę, że tak. Nie szukamy klientów wśród osób niepalących. Dla mnie nowatorskie produkty z nikotyną to największa rewolucja w branży tytoniowej od czasów jej powstania. Myślę, że wspólnie robimy coś niesamowitego: jeśli się nad tym zastanowić, to mieliśmy świetnie prosperujący, dochodowy biznes sprzedający papierosy. Mimo to zainwestowaliśmy miliardy dolarów, aby stworzyć produkt, który zastąpi papierosy.

Który i tak nie uwalnia od nałogu.

Naszym celem jest sprawienie, żeby ludzie przestali palić papierosy. Chcemy świata bez dymu tytoniowego. Wiemy natomiast, że są osoby, które nie zamierzają rzucić palenia – właśnie dla nich stworzyliśmy ten produkt. Jego opracowanie trwało dekadę i kosztowało 6 mld dol.

Na jednej półce będziecie sprzedawać Marlboro, a na drugiej IQOS-y?

Docelowo chcemy zrezygnować z produkcji tradycyjnych papierosów.

Marlboro zniknie z rynku? Kiedy?!

Nie mogę podać konkretnego terminu, natomiast zapewniam, że strategia firmy zmierza w tym kierunku.

Jako dyrektorka działu prawnego będzie pani miała w tym swój udział?

Częściowo. IQOS nie jest tradycyjnym papierosem, regulacje prawne powinny w większym stopniu uwzględniać te różnice. Dla prawnika to ekscytujące pracować nad komercjalizacją produktu, który jeszcze kilka lat temu nie istniał w świadomości konsumentów i którego nikt sobie nawet nie wyobrażał.

Od 2020 r. w górę ma pójść stawka akcyzy na alkohol, papierosy, a także wyroby nowatorskie. Zdaje się, że rząd, nawet jeśli dostrzega różnicę, nie zamierza jej premiować.

Nie ma jeszcze projektu ustawy, więc trudno mi cokolwiek powiedzieć. Sprawa jest w toku, zobaczymy, jak się skończy.

Strasznie pani tajemnicza.

To nie kwestia tajemniczości. W Philip Morris pracuję od 2004 roku, z czego cztery lata w zagranicznych strukturach firmy. Nauczyłam się, żeby komentować fakty, bo plany i założenia często się zmieniają.

Niedawno wróciła pani z Dubaju.

Tak, spędziłam tam prawie trzy lata.

Jak było?

Dubaj i Bliski Wschód są bardzo interesujące. To otwarte, multikulturowe i tętniące życiem miejsca, w których bardzo dużo się dzieje. Każdy, kto może wyjechać poza Europę i choć przez chwilę popracować w innym miejscu na świecie, powinien skorzystać z tej możliwości, bo daje to zupełnie nową perspektywę. Wcześniej przez rok mieszkałam w Szwajcarii i muszę przyznać, że Dubaj był dla mnie bardziej ekscytującą przygodą.

Nudziła się tam pani?

Zawodowo na pewno nie, pracowałam w globalnej centrali firmy, mierzyłam się często ze skomplikowanymi wyzwaniami. Jednak pod względem kulturowym Szwajcaria jest bardzo poukładanym i spokojnym krajem. Dobrym dla kogoś, kto ceni przede wszystkim spokój i stabilizację. Jednak przez to, że jest do Polski podobna, pod wieloma względami pobyt traci na intensywności i atrakcyjności. Co innego życie i praca w Dubaju, które dzięki swojej egzotyce pozwalają lepiej poznać siebie.

Co to znaczy?

Często wydaje nam się, że jesteśmy bardzo otwarci i tolerancyjni, jednak mieszkając jedynie w Polsce czy w Europie, z wielu rzeczy po prostu nie zdajemy sobie sprawy. Dubaj to kulturowy tygiel. Tam człowiek bardzo szybko się orientuje, że świat, w którym dorastał, to zaledwie jedna z wielu jego interpretacji. Jestem otwarta, zwykle szybko nawiązuję ze wszystkimi kontakt, ale tam nie zawsze się to sprawdzało. Czułam, że z kilkoma osobami po prostu nie idzie tak, jak powinno, do czasu, aż spytałam znajomego Hindusa, czy może ma pomysł dlaczego. I on mi wyjaśnił, że moje europejskie nawyki ścierają się z hinduskimi. Na Starym Kontynencie sprawy załatwia się szybko i konkretnie. Pięć minut, wymiana informacji, opinii, decyzja i po sprawie. Tymczasem w Indiach trzeba przyjść, zapytać, jak minął weekend, czy dzieci zdrowe, co u mamy, zaproponować wspólny lunch. Mają inny styl pracy, bardzo relacyjny, który też przynosi rezultaty.

Różnorodność jest trudna?

Nie, jeśli jest się na nią otwartym. Dubaj to miasto przyjezdnych. Atmosferą i klimatem można je porównać do Londynu. Ludzie z całego świata przyjeżdżają tu z nastawieniem, że będą pracować pięć, osiem, może dziesięć lat. Wszyscy są bardzo otwarci i pomocni, widać, że cieszą się życiem.

Sami młodzi, piękni i bogaci?

Po części tak jest. Tam się bardzo miło żyje i mieszka, ponieważ faktycznie widać, że ludzie cieszą się z tego, co mają. To satysfakcja z tego, co się robi, jakich ma się znajomych, gdzie i dla kogo pracuje.

To trochę disnejowski świat. Dubaj jest miejscem, gdzie z założenia wszystko ma być największe i najlepsze. Natomiast to też jest normalne życie, w którym ma się swoje obowiązki.

W tym służbowe podróże.

Na przykład do Omanu, za który też odpowiadałam. To bardzo piękny, spokojny kraj, który pozwala bliżej poznać arabską kulturę. Moim rynkiem była również Arabia Saudyjska, która jest zdecydowanie inna niż pozostałe kraje, bardziej hermetyczna, jednak to też się zmienia. Kocham podróżować – gdy pracowałam w Dubaju, udało mi się między innymi pojechać na Sri Lankę, do Jordanii, Libanu, Tajlandii i zwiedzić część Afryki, w tym przecudowny Kapsztad.

Płeć okazała się przeszkodą?

Tak naprawdę ona nie robi większej różnicy, bo ludzie, którzy prowadzą tam biznes, przyjęli europejskie standardy. Nigdy nie poczułam się gorzej traktowana z tego tytułu, że jestem kobietą. Nigdy też nie byłam świadkiem tego typu zachowania. Myślę, że wynika to z tego, że większość firm, które robią biznes na Bliskim Wschodzie, to międzynarodowe korporacje i one stosują swoje zasady i styl pracy. Z perspektywy pracownika nie ma znaczenia, czy siedzi w londyńskim biurze firmy, czy w Dubaju.

Nie powie mi pani, że Dubaj to taka mała Europa.

Wiadomo, że kiedy jedzie się do kraju tak odmiennie kulturowego, to nie sposób uniknąć różnic, ale trzeba je uszanować. Gdy podróżowałam do Arabii Saudyjskiej, zakładałam abaję, czasami zakrywałam włosy, czasami nie, ale sam strój był po prostu obowiązkowy. W samolocie siedziałam w dżinsach i koszulce, a na lotnisku się przebierałam.

A jak się pani z tym czuła?

Założenie abai nie było dla mnie problemem. Dodatkowo, jak mówiłam, Europejki nie muszą zakrywać włosów. Można to potraktować jak element protokołu dyplomatycznego.

A co było problemem?

Z punktu widzenia osoby przyjezdnej Dubaj to naprawdę przyjazne miejsce, choć muszę przyznać, że rozwarstwienie społeczne jest tam dużo bardziej widoczne niż w Europie. To jest coś charakterystycznego dla gospodarek rozwijających się.

Jakie nierówności ma pani na myśli?

Poza specjalistami z całego świata ciągną tam również rzesze emigrantów, którzy pracują w hotelach, restauracjach, sklepach. Wykonują prace fizyczne. Ich pensje są niewielkie, dlatego wszyscy mają to z tyłu głowy i w zasadzie na każdym kroku zostawia się napiwek. Dostaje go pan, który otwiera drzwi, pracownik sklepu odpowiedzialny za pakowanie zakupów czy pomoc w salonie fryzjerskim, która umyła nam głowę. U nas, w Europie, nie trzeba o tym myśleć, przynajmniej nie za każdym razem.

To nie było męczące?

Nie, akurat dawanie napiwków bardzo szybko wchodzi w krew i staje się naturalne.

Wszystko, o czym pani mówi, okazało się w praktyce. Przed wyjazdem nie miała pani obaw?

Jedną. Nie byłam pewna, jak poradzę sobie z wózkiem. Na szczęście Dubaj to młode miasto, budowane już z myślą o osobach z niepełnosprawnościami, więc nie miałam problemów z poruszaniem się. Zresztą zanim podjęłam ostateczną decyzję, firma wysłała mnie tu na tydzień, żebym oceniła, czy dam sobie radę.

Agnieszka Kozar podczas zwiedzania meczetu w Abu DhabiAgnieszka Kozar podczas zwiedzania meczetu w Abu Dhabi archiwum prywatne

To miło z ich strony.

Jak już wspomniałam, w Philip Morris pracuję od 2004 roku. Staż rozpoczęłam na piątym roku studiów. Szło mi dobrze. Podpisaliśmy umowę. Jakiś czas później miałam wypadek. Nie było mnie w pracy 11 miesięcy. Przed moim powrotem dostosowano biuro do potrzeb osoby poruszającej się na wózku. Poproszono nawet osobę z zaprzyjaźnionej fundacji, która też porusza się w ten sposób, żeby wszystko sprawdziła od strony praktycznej. Wtedy nie byłam jeszcze dyrektorką działu prawnego, tylko młodym prawnikiem, który niedawno dołączył do zespołu. Dla mnie to był sygnał, że znalazłam się w firmie, dla której warto pracować i która potrafi zadbać o swoich pracowników. Niedawno zresztą jako jedyni w Polsce dostaliśmy Certyfikat Równych Płac. To o czymś świadczy.

Praca była sposobem na powrót do normalności?

Dawała zajęcie. Uciekłam w nią na kilka lat, bo myślenie o tym, że jestem na wózku, było wtedy ponad moje siły. Przez cały ten czas wszyscy mnie bardzo wspierali i nowa sytuacja, w której się znalazłam, nigdy nie była dla nich problemem. Właściwie to często słyszę od współpracowników, że w ogóle nie kojarzą mnie z wózkiem. W każdym razie nie jest to mój znak rozpoznawczy.

A co nim jest?

Jestem po prostu Agnieszką z działu prawnego.

Dobrze słyszeć, że pani historia potoczyła się w taki sposób.

Wie pani, dlaczego zostałam prawniczką?

Nie mam pojęcia.

Naoglądałam się Ally McBeal i pomyślałam, że chcę być jak ona. Pochodzę z niewielkiego miasteczka, nie mam prawników w rodzinie, napędzały mnie jedynie ambicja i marzenia. I wszystko szło świetnie, a potem zdarzył się wypadek.

Dziś myślę, że w życiu nic nie jest problemem, wszystko jest rozwiązywalne, z każdej sytuacji jest wyjście. Trzeba tylko wierzyć w siebie i chcieć być szczęśliwym. Jeżeli coś wydaje się niemożliwe, trzeba szukać alternatywy. Kiedyś wspinałam się po skałkach, teraz jest to niemożliwe, więc znalazłam nowe hobby – nurkowanie. Czasami nam się wydaje, że sytuacja, w której się znaleźliśmy, po prostu nas przerasta, a tak wcale nie musi być, trzeba tylko nie bać się żyć.

Agnieszka Kozar - dyrektorka działu prawnego Philip Morris Polska i Kraje Bałtyckie, PMI Service Center Europe, z którym związana jest od 2004 r. W 2016 r. przeniosła się do Dubaju, gdzie pełniła obowiązki Radczyni Prawnej na obszarze Bliskiego Wschodu. Absolwentka prawa na Uniwersytecie Warszawskim, ukończyła studia podyplomowe na King’s College London

Okładka najnowszego magazynu 'Praca', w sprzedaży od 27 czerwcaOkładka najnowszego magazynu 'Praca', w sprzedaży od 27 czerwca WO Praca

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.