Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Skazane na śmierć czarownice potrzebne były do skupienia gniewu mas, chroniąc patrycjuszy. Procesy o czary pozwalały na wyjaśnianie nierówności społecznych przez zjawiska nadprzyrodzone. Łatwiej było przerzucić ten lęk na jakąś konkretną ofiarę. O tym jest „Klątwa". Kiedy ją pisałam, nie przypuszczałam, że nadejdzie wojna i kryzys ekonomiczny" – mówi pisarka Maja Wolny.

Materiał promocyjny PartneraMateriał promocyjny Partnera 

Karierę zaczynała Pani jako dziennikarka. Jak to się stało, że zdecydowała się Pani pójść jednak inną drogą i, zamiast autorką tekstów i felietonów, została Pani pisarką?

Maja Wolny: Od dziecka chciałam pisać prozę, ale dorastałam w latach 90., kiedy szalało bezrobocie. Trzeba było mieć fach w ręku. Dziennikarstwo było najbliższym pisarstwu kompromisem. Wiele jest takich dziennikarek, które niebawem będą pisarkami, wiele jest takich pisarek, które zaczynały od kariery dziennikarskiej.

Doświadczenie dziennikarskie przydaje się podczas pisania książek?

Pisanie „Klątwy" to było niemal dziennikarskie śledztwo. Moją bezpośrednią inspirację stanowiła tzw. „Pieśń nowa", rymowany utwór z 1644 opowiadający o wielkiej powodzi w Kazimierzu Dolnym, który można by dziś nazwać reportażem z katastrofy. 20 maja 1644 niespodziewana ulewa zalała miasto. Na wezbranych wodach Wisły kołysały się trupy ludzi i zwierząt. Wydarzenia tak traumatyczne, że aż doczekały się własnego utworu literackiego. Wtedy nie było jeszcze prasy, a ludzie dowiadywali się o katastrofach właśnie z podobnych rymowanek roznoszonych po miasteczkach przez tzw. nowiniarzy.

„Klątwa" to Pani siódma powieść. Opowiada historię, która naprawdę wydarzyła się w Kazimierzu Dolnym w XVII wieku. To historia oskarżonej o czary zielarki Reginy Zaleskiej. Jak trafiła Pani na tę postać?

Planowałam napisać powieść o zmianach klimatu w XVII wieku. Sprawy klimatu bardzo mnie zajmują, poświęciłam im moją poprzednią książkę, „Jasność", jest to zresztą pierwsza w Polsce powieść climate fiction. Kilkaset lat temu na półkuli północnej nastąpiło ochłodzenie, zwane małą epoką lodową. Spowodowane tymi zmianami klęski głodu były z kolei jedną z przyczyn wojen, które przetoczyły się przez Europę. Można powiedzieć, że to był taki okres, kiedy ludzie zaczęli doświadczać skutków zmian klimatu, chociaż oczywiście tego tak nie nazywali. Mówili o klątwie, o zemście Boga, o karze za grzechy… Szukałam w archiwach śladów innych katastrofalnych wydarzeń z roku 1644. Natrafiłam na pożary. A potem na akta procesowe Reginy Zaleskiej, zupełnie nieznanej kazimierskiej czarownicy. To cud, że się zachowały. Czyta się je jak sensacyjną opowieść. Zwłaszcza, że główną rolę w oskarżeniu zielarki odgrywa jej syn, niespełna 9-letni chłopiec. Przeżyłam swego rodzaju olśnienie. Byłam przekonana, że znalazłam bohaterkę swojej powieści. Historia tej kobiety czekała na odkrycie prawie 400 lat. 

W powieści wraca Pani do bardzo mrocznych czasów, do ciemniej i nierozliczonej karty naszej historii. Czy szacuje się, ile kobiet w Polsce zostało spalonych na stosach za oskarżenia o czary?

Niestety Polska nie była krajem bez stosów, jak się powszechnie uważa. Liczba ofiar jest trudna do ustalenia, bo nie zachowała się pełna dokumentacja. Prowadzone są jednak badania historyczne badania, które szacunkowo te liczby przybliżają. Przyjmuje się, że od XV wieku, kiedy zaczęto w Europie polować na czarownice, do końca XVIII wieku w Rzeczpospolitej miało miejsce ponad tysiąc procesów o czary. Nie wszystkie kończyły się karą śmierci, ale prawie zawsze podejrzane o czary były torturowane. Można przyjąć, że połowa oskarżonych kończyła na stosie. Są to jednak tylko ustalenia przybliżone. Nigdy jednak nie poznamy prawdziwej liczby ofiar inkwizycji.

Polska i tak nie wypada chyba najgorzej na tle Europy?

Rzeczywiście w porównaniu z Europą Zachodnią, zwłaszcza z krajami protestanckimi, u nas procesów było znacznie mniej. Jednak w Europie Zachodniej procesy czarownic zakończono już w XVII wieku, a w Rzeczpospolitej trwały one nadal. Teoretycznie niosła je dopiero konstytucja sejmowa z 1776 roku, choć i później procesy o czary w Polsce jeszcze się zdarzały. Badacze przyjmują, że w Europie Zachodniej odbyło się ponad 80 tys. procesów czarownic. Prawdopodobnie około 40 tys. Europejek zabito. W Polsce, choć na szczęście mniej, też były stosy, na których palono kobiety, choć próbuje się ten fakt ukrywać.

Za co kobiety palono na stosach?

Bardzo często na stos trafiały ofiary plotek i pomówień. Przyczyną mogła być niespełniona lub zazdrość, że komuś lepiej się powodziło. Dowodem w procesie o czary były zeznania świadków oraz irracjonalne przesłanki, na przykład pojawienie się żab w okolicach czyjegoś domostwa. Oskarżycielkami bywały sąsiadki, szwagierki. Pewną rolę odgrywało też duchowieństwo. Często wskazywano na kobiety, które nie były ich zdaniem wystarczająco religijne lub takie, które – o zgrozo! - miały licznych kochanków. Ofiarami bardzo często były też te, które posiadały wiedzę medyczną: akuszerki i zielarki.

Dzisiaj nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić skali lęku, który wynikał z braku światopoglądu naukowego. Ludzie w XVII wieku byli przerażeni wojnami, epidemiami, suszą lub powodzią.  Skazane na śmierć czarownice potrzebne były do skupienia gniewu mas, chroniąc patrycjuszy. Procesy o czary pozwalały na wyjaśnianie nierówności społecznych przez zjawiska nadprzyrodzone.  Łatwiej było przerzucić ten lęk na jakąś konkretną ofiarę. O tym jest „Klątwa". Kiedy ją pisałam, nie przypuszczałam, że nadejdzie wojna i kryzys ekonomiczny.

Nawiązań do współczesności jest o wiele więcej niż można sądzić. Słyszała Pani o historii, która wydarzyła się ostatnio w Bełchatowie, o 13-letnim chłopcu, który schował hostię do kieszeni?

Tak, oczywiście. Scena jak z mojej powieści, jak z aktów procesowych Reginy Zaleskiej, która postanowiła użyć hostii do sporządzenia magicznej mikstury. Jakub chowa ją do kieszeni i dostarcza matce, zgodnie z jej życzeniem. W Bełchatowie 13-latek niedawno wypluł hostię i księżą wezwali policję, bo zachodziło podejrzenie świętokradztwa.  Zostały uruchomione organy ścigania. Dzisiaj jest to policja, w XVII wieku sąd miejski. To przerażające, że dziecko, nawet jeśli wykonuje coś niewłaściwego, zostaje wmanewrowane w historię wręcz kryminalną. Mam tylko nadzieję, że mama chłopca z Bełchatowa nie skończy na stosie… ostracyzmu sąsiadek, koleżanek, oskarżana o wychowywanie antychrysta.

Kobiety nigdy w historii nie miały łatwo. „Ani w czasach procesów czarownic, ani dziś nie ma domniemania kobiecej niewinności. Jest domniemanie kobiecej winy..." – to Pani słowa. Nie za mocne, sporo się jednak, bądź co bądź, zmieniło?

Oczywiście, jak najbardziej. Cieszę się z każdego przejawu wzmocnienia instytucjonalnego i prawnego kobiet, ale wciąż widać wiele problemów. Przez cały świat przetacza się światem ruch #metoo. Na światło dzienne wychodzą nadużycie w korporacjach, firmach medialnych, na uniwersytetach, szkołach artystycznych, w kościele. W procesach o molestowanie, a mam tutaj pewne doświadczenie osobiste jako świadek i osoba wspierająca, trzeba dowieść, że jest się ofiarą. Zdarzenie musi wydarzyć się stosunkowo niedawno, a po drugie – trzeba dowieść w sposób bardzo krępujący i żenujący, jakiego rodzaju dotyk miał miejsce. Prawo chroni agresora. Ofiara molestowania seksualnego nie ma żadnych szans, jeśli jest sama.  Szansę ma właściwie tylko pozew grupowy. Pod tym względem niewiele się zmieniło. Kiedyś też czarownice płonęły pojedynczo…

Materiał promocyjny PartneraMateriał promocyjny Partnera 

Trudno jest być kobietą w Polsce?

Niestety tak. Przez 12  lat mieszkałam w Belgii, więc mogę porównać. Istnieje bardzo wiele instytucjonalnych nakazów i zakazów, które nas ograniczają. W Polsce mamy najgorszy dostęp do antykoncepcji w Unii Europejskiej. Polki wykonują za państwo robotę w sektorze opieki. Zarówno nad dziećmi, jak i nad osobami niepełnosprawnymi czy seniorami. Robotę na czarno, robotę za którą nie są wynagradzane. Wciąż obserwuję też wielką presję, pod jaką żyją kobiety w mniejszych miasteczkach. Jest to często presja ze strony innych kobiet, które trzymają z patriarchatem, bo zostały tak wychowane. Małe dziewczynki  wciąż - choć na szczęście rzadziej niż kiedyś - wychowuje się tak, żeby były grzeczne i ułożone.

Co musiałoby się zmienić, żeby żyło się nam, kobietom, lepiej?

Musielibyśmy zawrzeć porozumienie, pakt równowagi. Nie da się tego zrobić bez mężczyzn. I też nie o to chodzi, żeby mężczyzn wykluczać. To jest długi proces, który musi się dokonywać pokoleniami. Potrzeba dość radykalnego wyrównania, zniszczenia pewnego porządku. Liczę na młode pokolenie, na matki, które przygotowują do dorosłego życia swoich synów. W „Klątwie" to właśnie syn odgrywa oskarżycielską rolę w procesie swojej matki. Musimy się pilnować, by wychowywać naszych synów tak, by dostrzegali oni rolę i potrzeby kobiet, by ich nie dyskryminowali.

Jaką główną lekcję warto, Pani zdaniem, wyciągnąć z „Klątwy"?

Nie każdą prawdę można spalić na stosie – to jest moje motto. Zawsze warto mieć swoją prawdę, która musi przetrwać, nawet w świecie, który jest zakłamany i niegościnny, jaki był dla kobiet w XVII wieku i jaki bywa teraz.

Wielu rzeczy wciąż się nie nauczyliśmy. Nie wyciągamy wniosków z przeszłości. Mimo że „Klątwa" nie została historycznym climat fiction, to jednak w pewnym sensie o tych problemach przypomina. Patrzę z przerażeniem na finansowe zachęty, żeby palić węglem, a dopiero mieliśmy likwidować kopciuchy. Zaniedbania inwestycyjne polityków przykrywa się kolejną dotacją. To znów odzywa się męska energia, ta z Marsa, nie z Wenus. Bardzo brakuje kobiecej wizji, która pozwoliłaby całościowo spojrzeć na wyzwania cywilizacyjne. „Klątwa" upomina się o kobiety, o ich głos we wszystkich dziedzinach życia. Wierzę, że wybrzmiewa on coraz silniej.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.