Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Gdy umawiałyśmy się na wywiad, powiedziała Pani, że ma luźniejszy kalendarz. Czy końcówka roku jest dla Pani czasem na odpoczynek?

Aneta Jadowska: Oj nie, luźniejszy jest tylko o tyle, że z powodu epidemii jestem w domu. Przez ostatnie kilka lat mam premierę książkową 31 października, więc jesień bywa mocno wyjazdowa, bo spotkania, trasa promocyjna, targi książki i wszelkie około premierowe zobowiązania. Nie zmieniło się to, że jest premiera – w tym roku „Szamańskiego twista", kończę też pisać książkę i planuję z wydawnictwem przyszły rok, więc spokojnie nie jest, ale przynajmniej podróże pociągiem są mi w tym roku odpuszczone. Zwykle dopiero w grudniu mam trochę więcej czasu na odpoczynek i już gromadzę książki na ten czas.

Cały rok ma Pani bardzo intensywny. Doliczyłam się trzech premier, oprócz tego trzy nowe wydania – zmienione, czasem poszerzone. Jeszcze trochę czasu do podsumowań jest, ale gdyby miała Pani pokusić się o to już teraz, to zaliczy Pani ten rok do udanych?

Powiedziałabym, że ostatnie dwa lata były bardzo ekstremalnie intensywne, kreatywnie i wydawniczo udały się znakomicie. Poza nowymi tytułami, wydałam wznowienia moich wcześniejszych serii, więc faktycznie dla nowych czytelników to była uderzeniowa dawka Jadowskiej.

embed

Materiał promocyjny Partnera

A dla Pani z kolei szalone tempo pracy… Można go Pani pozazdrościć. Narzuca Pani sobie konkretny rytm pracy, dzienny limit stron?

Staram się pisać codziennie, mam limit znaków, który staram się osiągnąć. Nie zawsze skutecznie. Ale prawda jest taka, że nie lubię robić przerw, bo wytrącają mnie z rytmu i powrót jest ciężki. Mam to szczęście, że naprawdę kocham moją pracę i nie snuję fantazji o wolnych weekendach, piąteczkach, piątuniach i wakacjach, głównie dlatego, że w piątki, weekendy i wakacje też pracuję. To nie znaczy, że nie zdarza mi się prokrastynować na potęgę, to też jest wpisane w zawód.

embed

Materiał promocyjny Partnera

Domyślam się, że i same historie napędzają to tempo. Wszystkie są tak interesujące, że pewnie chce się je jak najszybciej przelać na papier. Ma Pani na swoim koncie kilka serii: „Heksalogii o Dorze Wilk", trylogii „Nikity", trylogii szamańskiej, trylogii Klanu Koźlaków „Cud, Miód, Malina"  i obyczajowo-kryminalnej: „Garstki z Ustki". Czy serie łatwiej i szybciej się pisze, historie zostają w głowie?

Dla mnie historia rzadko kończy się w jednym tomie. Zawsze zostaję z nurtującymi pytaniami o to, co dalej? Nie wierzę w słowo „koniec" i historie obwiązane kokardką. Ale pisanie serii na pewno nie jest łatwiejsze. Przy wielotomowej serii pilnowanie wszystkich wątków, bohaterów, faktów, drobiazgów, które mogły nie mieć wielkiego znaczenia w tomie drugim, ale w szóstym i owszem, osi czasu i historii rozwoju nie tylko bohaterów pierwszego planu, ale też tych pojawiających się na drugim i trzecim planie – to jest spore wyzwanie.

A mój Thornverse to już kilkanaście powieści i kilkadziesiąt opowiadań. Sporo rzeczy do zapamiętania. Może dlatego nie ma wielu pisarzy seryjnych, którzy idą na żywioł, a za to więcej jest architektów z solidnymi notatkami, fiszkami, out linem i planem całości. Bo jedno jest pewne – jeśli coś pomylę, czytelnicy to zauważą i dadzą mi znać.

Nie jest to o tyle łatwe, że większość Pani powieści to fantastyka. Fantasy kojarzy się głównie z wymyślonymi światami. Pani traktuje go zupełnie inaczej i często mówi, że to dla Pani nie gatunek, a filtr dla rzeczywistości. Jak to rozumieć?

To nie jest moja osobista definicja, ale teoretycznoliteracka. Fantastyka nie jest gatunkiem w takim rozumieniu, jak romans czy kryminał. Ba, w obrębie fantastyki można pisać absolutnie każdy gatunek – fantastyczne romanse, kryminały, thrillery, powieści szpiegowskie, przygodowe, psychologiczne, co tylko pisarzowi w duszy gra. Jedynym rozróżnieniem między kryminałem a kryminałem fantastycznym będzie element nadprzyrodzony. Jak w moich powieściach – gdzie obok całkiem realnego miasta, jakim jest Toruń, istnieje drugie miasto, pełne magii. A Dora Wilk, policjantka i wiedźma, musi sobie radzić ze zbrodnią w jednym, czy drugim.

Z fantasy wybrała Pani urban fantasy. Dlaczego?

Tak. Urban Fantasy to mój ulubiony gatunek, bo naturalnie łączy elementy historii, które lubię – realne miasto, magię, zbrodnię i emocje. Złoczyńcą może być ktoś, kogo można byłoby spotkać w całkiem regularnym kryminale, ale może być też kimś, kogo nie spotka się na kartach książek poza fantastyką. Pod pewnymi względami to gatunek, który daje mi najwięcej wolności, ogranicza mnie tylko moja wyobraźnia, a ta radzi sobie nieźle.

Wielu ludzi, mam wrażenie, nie postrzega tak szeroko fantastyki. A przecież mogą w niej sporo odnaleźć miłośnicy kryminałów, thrillerów. Czy, Pani zdaniem, do fantastyki, odpowiednio podanej, każdy może się przekonać?

Większość ludzi już lubi fantastykę. Oglądają ją w serialach Netflixa czy HBO, chodzą na nią do kina, czy wybierają w telewizji. Po prostu nie myślą o tym, że podobny typ historii znajdą w książkach. Fantastyka kojarzy im się z Tolkienem czy Martinem, wielkimi widowiskami osadzonymi w „minionych czasach", albo z Gwiezdnymi Wojnami czy Star Trekiem – bardzo innymi, ale połączonymi odległą galaktyką. Rzadziej myślą o serialach, w których prawie wszystko jest „normalne", ale coś jednak jest inne. 

 

Gdy jedynym, co odróżnia bohatera procedurala kryminalnego od „regularnego obywatela" jest to, że słyszy myśli innych, albo miewa przebłyski prekognicji po zjedzeniu czyjegoś mózgu, albo jest diabłem na urlopie od piekła, który potrafi namówić każdego na ujawnienie prawdziwych pragnień, czy potrafi się zmienić w wilkołaka i wywąchać dowody. Albo w całkiem normalnym miasteczku otwiera się portal do innego świata i zaczynają z niego wychodzić zmarli przed laty, czy potwory. A może nic z niego nie wychodzi, ale to dzieciaki przechodzą na drugą stronę? Możliwości jest mnóstwo.

Te możliwości są doceniane przez sporą rzeszę czytelników. Fantasy to coś więcej niż gatunek. To sposób życia. Czytelnicy nie tylko śledzą nowości, ale i spotykają się na konwentach, żywo dyskutują na konwentach. Co sprawia, że skupia wokół siebie społeczność?

Nie wiem, szczerze mówiąc, co sprawia, że fani fantastyki mają naturalną skłonność do gromadzenia się w fandomy, grupy połączone wspólną pasją, ale wiem, że faktycznie w innych gatunkach ta skłonność występuje rzadziej i nie na taką skalę. Może po prostu jesteśmy bardziej zaangażowani i lubimy się dzielić z podobnymi nam swoją pasją?

To, co się dzieje wokół fantastyki jest zaskakujące. Łączy nie tylko fanów, ale i autorki. Należy Pani do stowarzyszenia Harda Horda, skupiającego pisarki fantasy. Na czym polega działalność Hardej Hordy?

Harda Horda to grupa literacka gromadząca na tę chwilę trzynaście autorek fantastycznych. Motywacją dla powstania grupy było kilka czynników. Na przykład to, że narracja o fantastyce w mediach z zasady jest bardzo zmaskulinizowana i zbyt łatwo przychodzi w niej ignorowanie autorek, pisanych przez nie gatunków i czytelniczek. Chór trzynastu autorek łatwiej się przebija do świadomości, niż każda z nich pojedynczo. Wydałyśmy razem dwie antologie i pomagamy naszym czytelnikom docierać do tych, których jeszcze nie znali.

Grupa zapewnia też wsparcie w pisarskiej codzienności. Przyjaźnimy się, radzimy się w kwestiach wydawniczych czy prawnych, pomagamy sobie nawzajem szukać nowych możliwości czy w brainstormowaniu pomysłów. A czasem najlepsze, co możemy dla siebie wzajemnie zrobić, to wysłuchać i pozwolić na danie upustu frustracji z gwarancją dyskrecji, w kwestiach branżowych, lub całkiem codziennych. To połączenie grupy twórczej i grupy wsparcia.

Jedyne takie w branży literackiej. To tylko potwierdza, że fantastyka to wyjątkowy gatunek. Ale choć fantasy stanowi większość Pani twórczości, to spod Pani pióra wychodzą też inne typy powieści, jak choćby cykl „Garstki z Ustki", łączący wątki obyczajowe i kryminalne. Czy to historie naprowadzają Panią na gatunek?

Często pierwszy jest bohater i historia, nie myślę zbyt wiele o gatunku. We wspomnianym cyklu „Garstki z Ustki" właściwie każdy tom reprezentuje nieco inny gatunek, co wynika z osobowości i temperamentów głównych bohaterek, oraz historii, które ze sobą przynoszą.

embed

Materiał promocyjny Partnera

Bohaterkami trylogii są Magda Garstka, dziewczyna świeżo po studiach i poświęcony jej „Trup na plaży i inne sekrety rodzinne" jest najbliższy komedii kryminalnej. Tamara, bohaterka Martwego sezonu, jest kobietą czterdziestoletnią i śledztwu kryminalnemu towarzyszą rozbudowane wątki obyczajowe, a nawet nuta romansu. Maria w „Denacie wieczorową porą" jest seniorką tego rodu i wprowadza wyraźną nutę Miss Marple. Trzy kobiety na trzech różnych etapach życia, więc naturalnym dla mnie było, że ich historie będą się różniły, a ja muszę je inaczej opowiedzieć.

 

Czy w opowiadaniu, pisaniu historii pomaga Pani wykształcenie literaturoznawcze?

Trochę żartem powtarzam, że nie piszę dzięki polonistyce, ale mimo niej. Jeśli nawet ona nie zabiła we mnie miłości do książek, widać pisanie było mi pisane.

Podobno już jako mała dziewczynka, wiedziała Pani, że chce być pisarką. To prawda?

Oj tak. Pisałam swoje pierwsze historyjki ledwie nauczyłam się pisać. Wtedy sama robiłam ilustracje do środka i okładki, dziś zostawiam to profesjonalistce, czyli Magdzie Babińskiej. W dzieciństwie pojawiały się różne pomysły na życie i pracę „jak dorosnę", ale zawsze były to dodatki do pisania. Z niego nie byłam w stanie zrezygnować i żadna „rozsądna" kariera nie chciała się mnie trzymać.

embed

Materiał promocyjny Partnera

Na początku naszej rozmowy wspomniała Pani, że już gromadzi książki na grudniowy odpoczynek. Sezon jesienno-zimowy i dłuższe wieczory sprzyjają odpoczywaniu z książką. Zbliżają się też święta. Którą ze swoich książek poleciłaby Pani dla osób, które chcą zarazić się miłością do fantasy, które warto podarować na prezent?

Myślę, że z „Cud miód Maliną" szanse na sukces i radość obdarowanego są duże – to lekka i ciepła fantastyka, idealna na ten świąteczny czas. Dla młodszego czytelnika idealne będą „Franek i Finka. Cyrk Martwych Makabresek" lub piękny komiks, jaki zrobiłyśmy razem z obłędnie utalentowaną Magdą Babińską – „Przygody małego duchołapa".  Święta i Nowy Rok to dobry czas, by spróbować czegoś nowego, dlaczego nie fantastyki?

Skoro zaczęłyśmy od podsumowań roku, to zakończmy na noworocznych planach. Czy ma już Pani w głowie historie, które ujrzą światło dzienne w przyszłym roku?

Thornverse ma wiele jeszcze fantastycznych historii do opowiedzenia. W przyszłym roku z radością wracam do Nikity i do Koźlaczek, więc ani mi, ani moim czytelnikom nie grozi nuda.

embed
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.