Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Gdzie się podziały kobiety w polskich szkołach? O tym, dlaczego na kartach podręczników do historii nie ma kobiet i jakie ma to skutki dla uczniów – rozmawiamy z Agnieszką Jankowiak-Maik, nauczycielką, autorką bloga „Babka od histy", aktywistką edukacyjną, autorką prac naukowych z zakresu najnowszej historii Polski oraz dydaktyki historii oraz Anną Kowalczyk, dziennikarką, blogerką, felietonistką, feministką, autorką książki „Brakującej połowy dziejów", pierwszej popularnonaukowej syntezy historii kobiet na ziemiach polskich.

Kobiety od stuleci walczą o swoje prawa. Bardzo wiele już udało nam się zrobić, na różnych polach: prywatnym czy zawodowym. Tymczasem ostatnie publikacje pokazują, jak wiele jeszcze do zrobienia jest w polskich szkołach. Jaki tutaj mamy problem, jaką pracę do wykonania?

Agnieszka Jankowiak-Maik: Jako nauczycielka historii zauważam duży problem, jeśli chodzi o edukację historyczną. W szkole bardzo nasiąkamy treściami, postawami, wzorcami, nawet jeśli nie do końca uświadamiamy sobie te procesy. Przez to, że absolutnie brakuje edukacji dotyczącej historii kobiet, ich osiągnięć, życia codziennego, barier oraz kolektywnych doświadczeń, np. walki o prawa, wyrastamy w przeświadczeniu, że historia kobiet nie istnieje, a to nieprawda. Powstało bardzo wiele analiz (np. „Niegodne historii" Iwona Chmura-Rutkowska, Edyta Głowacka-Sobiech, Izabela-Skórzyńska), zwracających uwagę marginalizowanie kobiet, ich wielką nieobecność oraz stereotypowe przestawianie. Zgodnie z podstawą programową historii dla szkoły średniej, uczniowie i uczennice powinni poznać blisko 60 nazwisk, z czego tylko 2 nazwiska należą do kobiet. Reszta to mężczyźni, z czego 10 to przywódcy kampanii wrześniowej. Jeśli młode dziewczyny o kobietach nie słyszą, nie znają bohaterek, ale też są wychowywane w przeświadczeniu, że historia prywatna albo domowa jest niegodna, niepotrzebna, to w takie role też wchodzą w życiu dorosłym.

Agnieszka Jankowiak-MaikAgnieszka Jankowiak-Maik 

Anna Kowalczyk: Ja nie jestem nauczycielką, ale mam kontakt z wieloma uczennicami, czytelniczkami mojej książki. Piszą do mnie maile, znajdują mnie w mediach społecznościowych, zapraszają do udzielenia wywiadów do gazetek szkolnych albo organizują w swoich szkołach wystawy wokół bohaterek mojej książki. I wszystkie mówią, że dotąd nie za bardzo lubiły uczyć się historii i często uważały ją za nudną. Dlatego, że ta historia, której uczą się w szkole w żaden sposób nie jest użyteczna dla zrozumienia ich dzisiejszych doświadczeń i dylematów. Na historii uczą się dziejów świata od wojny do pokoju: geneza, przebieg, skutki. Dużo dat bitew, dużo nazwisk generałów. A zapytane o to, jak się żyło ich przodkom i przodkiniom, mają wielki problem z odpowiedzią. I trudno się dziwić – skąd niby mają to wiedzieć. Trzeba więc zadać sobie pytanie: komu i do czego taka wizja historii służy? Powtarzamy bezrefleksyjnie, że historia jest nauczycielką życia, ale z tej, której uczymy dzieci w szkołach, wnioski mogą być tylko takie, że w dziejach świata zasłużyli się tylko politycy i wojskowi a skoro nie ma wśród nich kobiet, to znaczy, że nic nie znaczyły, nie mają osiągnięć, są niezdolne do wielkości.

Anna KowalczykAnna Kowalczyk Fot. Filip Filipiak

Mówimy o braku kobiet w podręcznikach szkolnych. Ale placówki edukacyjne zapominają o kobietach także przy innych okazjach. Dane mówią, że 90 proc. szkół ma męskich patronów…

Anna Kowalczyk: Tak, spośród tych szkół, które patronów mają tylko 10 procent nosi imiona kobiet. Ale pamiętajmy, że połowa szkół w Polsce ma tylko numer. To jest znakomita przestrzeń, by zmienić wreszcie tę proporcję i zaproponować nowe postaci. Może wreszcie jakieś inne, a nie dyżurne pięć nazwisk na krzyż, jak to ma miejsce obecnie. Bo wbrew pozorom to nie jest błahe. To z czyim nazwiskiem i historią mamy do czynienia setki i tysiące razy, także w przypadku nazw ulic czy twarzy na banknotach, wpływa na nasze widzenie świata i wyobrażenia o tym, jakie dokonania i życiorysy zasługują na szacunek i pamięć kolejnych pokoleń.

Jak niewykorzystanie tej szansy w szkołach wpływa na uczennice?

Agnieszka Jankowiak-Maik: Wychowujemy kolejne pokolenia dziewcząt, które nie mają odwagi głośno mówić, jakie mają zdanie, krzyczeć, kiedy są krzywdzone, nie mają odwagi podążać za swoimi marzeniami, mają przeświadczenie, że nie zasługują na sukcesy. Nawet jeśli kobieta jest wybitna, pracowita, osiąga sukcesy, to i tak bardzo często zastanawia się, kiedy zostanie zdemaskowana, że tak naprawdę niewiele potrafi. To tzw. syndrom oszustki. Jakbyśmy przejrzeli sobie podręczniki do podstaw przedsiębiorczości, to stanowiska kierownicze i zawody prestiżowe, są ilustrowane zdjęciami mężczyzn w garniturach. Kobiety często występują jako bohaterki grupowe, anonimowe, niekoniecznie na wysokich stanowiskach.

Anna Kowalczyk: To, co jest przekleństwem nas, kobiet, to często poczucie, że same jesteśmy sobie winne. Jak nam mniej płacą, nie awansują, nie doceniają – to dlatego, że nie zasłużyłyśmy. A jak nie znamy dokonań kobiet w historii – to pewnie dlatego, że ich nie miały. Świadomość tego, że jednak miały – wszystko zmienia. Wiedza to władza. – także wiedza o historii nierówności, jej przyczynach i konsekwencjach, które trwają do dziś. Ona daje siłę i motywację, żeby zawalczyć o więcej. Ale do tego są też potrzebne inspirujące przykłady, bohaterki. „You can’t be, what you can’t see" – to prosty mechanizm. Bo jeśli rzekomo nie było kobiet w dziedzinie, która mnie fascynuje, albo zdarzały się wyjątkowo, to wizja przeszkód, jakie napotkam, bywa obezwładniająca i zniechęcająca. Zwłaszcza, że dziewczynki wciąż są wychowane do pokory, skromności i „nie wychylania się".

A co z chłopcami? Czy ta brakująca część historii, o której rozmawiamy, także ma wpływ na ich późniejsze życie?

Agnieszka Jankowiak-Maik: Oczywiście, że tak. Uczenie o równości, różnorodności służy wszystkim. Mimo że jesteśmy w XXI wieku, nadal istnieją przeświadczenia, że mężczyzna musi być rycerski, odważny, utrzymywać rodzinę – chłopakom stawia się bardzo wysoko poprzeczkę. To ma wpływ na obniżony nastrój, problemy psychiczne. Wyidealizowane oczekiwania szkodzą. Uczenie pełnej historii, pokazywanie całego spektrum wzorców sprawia, że każdemu jest się lepiej odnaleźć. Daje przyzwolenie na to, że bycie sobą jest w porządku.

Anna Kowalczyk: Nie tylko dziewczynki muszą sprostać oczekiwaniom, które mają głębokie korzenie historyczne. Chłopcy słyszą, że mają „zachowywać się po męsku", czyli nie okazywać uczuć, nie przyznawać się do słabości, być raczej agresorami niż ofiarami agresji. Mężczyźni nadal odczuwają presję, by być głównymi żywicielami rodzin, bo im wmówiono, że „kiedy mężczyźni byli mężczyznami", to kobiety nie musiały pracować. A potem często ponoszą straszne konsekwencji tych oczekiwań. – zdecydowanie częściej popadają w nałogi, popełniają samobójstwa. Albo są nieobecni w życiu swoich dzieci, a potem cierpią, bo nie mają z nimi więzi, mają poczucie straconych lat. To też konsekwencja tego, że nie uczymy ich, że choćby partnerski podział obowiązków, i tych zawodowych, i domowych, to nie jest gra o sumie zerowej. Ona się opłaca obu stronom.

Na zmianę podstawy programowej trudno liczyć. Czy jest coś, co możemy zrobić, by w polskich szkołach było więcej kobiecych wzorów?

Agnieszka Jankowiak-Maik: W szkole mamy dużą przestrzeń na działania oddolne i każdy nauczyciel, każda nauczycielka może się zastanowić, co jest dla niej, dla niego głównym celem edukacji. Ważne jest więc uświadamianie. Wiele osób nie wie, co może robić na lekcjach, bo boi się, że nie wyrobi się z realizacją przeładowanej podstawy programowej. Warto, by nauczyciele zadali sobie pytanie: co jest najważniejsze, by uczniowie zapamiętali 100 dat, czy nabyli kompetencji, które przydadzą się w życiu, zrozumieli mechanizmy, umieli je demaskować i wyciągali wnioski, budowali tożsamość. Na lekcjach wiedzy o społeczeństwie często robię takie ćwiczenie, że moi uczniowie robią wywiady z rodzicami i dziadkami, jak się żyło w PRL-u. Zachęcanie do tego, że takie opowieści są ważne, są częścią naszej tożsamości. Trzeba głośno o tym mówić, bo jeśli nie uświadamiamy sobie problemu, to nie przeciwdziałamy mu. Mam nadzieję, że będzie powstawało wiele inicjatyw, nagłaśniających problem. Widzę tu duże pole działania dla organizacji pozarządowych, ale też wydawców podręczników. Nam też to leży na sercu. Napisałyśmy grant, by szkolić nauczycielki o herstorii. Mamy nadzieję, że ten projekt uda się zrealizować.

Anna Kowalczyk: Aby cokolwiek się zmieniło, trzeba się najpierw zdziwić tym brakiem kobiet, a potem nim solidnie wkurzyć. Tak jak uczennica jednej ze szkół, której mama kiedyś do mnie napisała. Oto w 2018 roku, z okazji okrągłej rocznicy odzyskania niepodległości w jej szkole wywieszono na tablicy gazetkę ścienną o „ojcach niepodległości". Mama z córką poszły do dyrekcji i powiedziały, że to nieprawda, że wśród osób, którym zawdzięczamy niepodległość, nie było ani jednej kobiety. Oraz że to nie fair, że nie została upamiętniona druga ważna okrągła rocznica – 100-lecie wywalczenia przez Polki praw wyborczych i obywatelskich. Najpierw usłyszały kuriozalną odpowiedź, że szkoła to nie jest miejsce na promowanie idei równości płci, ale potem dostały zielone światło, żeby taką wystawę przygotować. I zrobiły to rok później, w kolejną rocznicę. To wymagało wielkiej odwagi cywilnej i determinacji, ale czasem to jest dużo prostsze. Połowa szkół w Polsce nie ma żadnego imienia – czemu nie wykorzystać tego jako szansy, by przypomnieć czyjś fascynujący i nie tak znany życiorys? Poszukać takich bohaterek w swojej lokalnej historii? Znajdzie się taka w każdej, nawet najmniejszej gminie, zapewniam. I to niejedna.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.