"Czy możemy mieć wreszcie pozytywny mit? Historię, która dobrze się kończy? Jakiś hit, co nas nie podzieli, lecz połączy?". Twierdzącej odpowiedzi na te pytania podjęli się twórcy musicalu "1989", który w sobotę zadebiutował na deskach gdańskiego Teatru Szekspirowskiego. Szacunek za samą ideę, bo jest to, trzeba przyznać, zadanie ambitne, żeby nie powiedzieć - misja niemożliwa.

Spory o dziedzictwo "Solidarności" rozpoczęły się wszak, zanim jeszcze opadł pył po obalonym murze berlińskim, a towarzyszyły im spektakularne środowiskowe rozłamy i brutalne oskarżenia. Z kolei dla pokolenia urodzonego już w wolnej Polsce, które kończy przerabianie historii tak w okolicach II wojny światowej, lata osiemdziesiąte są dziś niemal równie odległe jak rozbiory, i wzbudzają podobnie nikłe emocje. "Solidarność" i Lecha Wałęsę dzisiejsi nasto- i dwudziestolatkowie pewnie jeszcze kojarzą, ale stan wojenny, Jacka Kuronia, Alinę Pieńkowską czy Wojciecha Jaruzelskiego już raczej nie bardzo.

Pozostało 87% tekstu
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.