Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Ma Pani imponujące CV. Ukończyła Pani stosunki międzynarodowe, psychologię, mediacje z biznesu, fakultet na Akademii Wychowania Fizycznego. To efekt poszukiwania własnego miejsca w świecie?

Katarzyna Wolwowicz: Jako młoda dziewczyna byłam w tej grupie, pewnie większościowej, która, mając 19 lat, nie do końca wiedziała, co chce robić w przyszłości. Wśród moich rówieśników tylko nieliczne osoby miały jasno sprecyzowaną ścieżkę edukacji i kariery. Wiele osób wybierało te kierunki studiów, na które łatwiej było się dostać, albo po których najłatwiej było o pracę. I ja trochę też poszłam tą drogą. Marzyła mi się psychologia, ale wówczas konkurencja na tym kierunku była ogromna a we Wrocławiu nie było kierunku psychologia kliniczna, więc zdecydowałam się na studia stosunki międzynarodowe, dokładnie był to handel zagraniczny. Studiowałam wieczorowo, więc do południa miałam możliwość pracowania. Zrobiłam kurs instruktora sportu i rekreacji na AWF we Wrocławiu i pracowałam jako instruktorka fitness.

Na studiach można dorabiać w wielu różnych miejscach. Skąd pomysł, by wybrać akurat sport?

Sport zawsze był moją pasją. Moja mama jest po AWF-ie, jest trenerką narciarską, więc sport zawsze mi towarzyszył, można powiedzieć, że wyssałam go z mlekiem matki.

Sport zszedł po studiach na dalszy plan?

Tak. Moje życie się zmieniło. Na ostatnim roku studiów urodziłam dziecko i stwierdziłam, że potrzebna mi jest taka praca, gdzie będę mogła więcej czasu niż w standardowej pracy przebywać z synem. Na jednym z portali dla młodych mam nawiązałam kontakt z dziewczyną, która pracowała w WizzAir. Zapytała, czy nie chciałabym zostać stewardesą. Oczywiście, że chciałam. Lubię wyzwania, pojechałam więc z kuzynem do Katowic, gdzie akurat rekrutowali  a że mam takie szczęście w życiu, że większość rekrutacji przechodzę pozytywnie  to dostałam tę pracę.

Praca stewardesy raczej nie kojarzy się z byciem w domu.

To prawda, trzeba wyjeżdżać i pracuje się po 10-14 godzin, ale liczba dni pracy w miesiącu jest dużo mniejsza niż standardowo. Przynajmniej kiedyś tak było. Nie był to dobry zawód na dłuższą metę i wiązał się z przeprowadzką do Gdańska. Po roku wróciłam w rodzinne strony i zdecydowałam się na studia podyplomowe z mediacji. Do tego namówiła mnie znajoma mojej mamy. Chciały, bym miała stabilną pracę, bym pracowała z parami przy negocjacjach umów rozwodowych. A mi ten pomysł się bardzo spodobał. Załapałam się na projekt dofinansowania do studiów podyplomowych i ukończyłam mediacje, ale w biznesie. Pomimo jednak nazwy, większość zajęć była z tematów okołorozwodowych. Bardzo mnie to pochłonęło. Zaczęłam współpracować z gabinetami psychologicznymi jako mediator, pracowałam z parami i wtedy stwierdziłam, że to czas, by zrealizować swoje młodzieńcze plany i marzenia i ukończyłam studia z psychologii klinicznej.

Wszystkie te decyzje wynikały, mam wrażenie, z elastycznego dopasowywania się do tego, co przynosi życie.

Jestem osobą, która nie lubi chodzić na kompromisy i z czegokolwiek rezygnować. Raczej wolę osiągać swoje cele, zmieniając rzeczywistość dookoła.Jeżeli chciałam być z dzieckiem częściej w domu, to nie znalazłabym innej pracy niż stewardesa, która pozwoliłaby nam się utrzymać. Muszę dopasowywać się do życia, jeśli chcę mieć to, co dla mnie najważniejsze. Wszystkie decyzje podejmuje spontanicznie i wynikają one z tego, co się wokół mnie w danym momencie dzieje. Wychodzę życiu naprzeciw.

Mam wrażenie, że wielu kobietom brakuje takiego spontanicznego podejścia. Z czego, Pani zdaniem, to wynika?

Myślę, że kobietom brakuje poczucia bezpieczeństwa i wiary we własne możliwości. Taka postawa wiąże się z brakiem wsparcia. Łatwo się mówi, że dam radę i że dziecko w niczym nie przeszkadza. Tak jest, o ile mamy wsparcie: dziecko możemy zostawić w żłobku, przedszkolu czy szkole, albo mamy wsparcie w bliskich: rodzicach, teściach, partnerze, mężu. Ale rzeczywistość często jest inna i wtedy trudno jest coś zdziałać. Ja zawsze bardzo mogłam liczyć na moją mamę, szczególnie kiedy pracowałam jako stewardesa. Myślę, że wiele kobiet podejmowałoby się takich wyzwań, gdyby miało poczucie bezpieczeństwa. Ale jest jeszcze inny powód - wychowanie.

Książka wydana nakładem Wydawnictwa ZwierciadłoKsiążka wydana nakładem Wydawnictwa Zwierciadło 

Co ma Pani na myśli?

Jako dziewczynki jesteśmy tłamszone. Nam się nie mówi: możesz wszystko, możesz robić, co tylko zapragniesz, jesteś świetna, dasz radę. Dziewczynkom mówi się raczej: nie wychylaj się i bądź grzeczna, osiągnij szczęście, przez co rozumie się męża, dzieci i pracę – najlepiej tą samą przez 20-30 lat niekoniecznie dającą poczucie spełnienia. Dla niektórych to jest super fajne i ok.  Jeśli jakaś kobieta osiąga tak szczęście, to ja to jak najbardziej rozumiem i szanuję. Ja też cenię sobie stabilizację, kocham swoje dzieci nad życie, ale ważne są również inne aspekty. Jeżeli ktoś nie czuje się szczęśliwy, to zachęcam, żeby odnaleźć w sobie odwagę i spróbować zmienić coś w życiu. Bo nasze szczęście, spełnienie i realizacja siebie są bardzo ważne.

W Pani tej odwagi jest bardzo dużo. Jak to się stało, że, gdy już zdecydowała się Pani na stabilizację, pracę psychologa, to przyszedł czas na pisanie książek?

Powinnam podziękować mojej nauczycielce z podstawówki, która uczyła mnie w 7 i 8 klasie. Słynęła z tego, że każe pisać dużo opowiadań i ja się z tego bardzo cieszyłam. Lubiłam to robić. Jeśli miałabym wskazać moment, w którym rozwinęłam się pisarsko, to byłaby podstawówka. Odkryłam, że pisanie wyzwala we mnie wielkie emocje. Uwielbiałam wymyślać historie i je przeżywać. Dla mnie pisanie to nie tylko wymyślanie i przelewane tego na papier, ja to naprawdę mocno przeżywam, jestem z bohaterami 24 godziny na dobę.

Dlaczego ta pasja po ukończeniu podstawówki została zepchnięta na bok?

Życie. Liceum, studia, dzieci, praca. Nigdy nie marzyłam też, by zostać pisarką. Po prostu, lubiłam pisać. Nie prowadziłam nigdy żadnego dziennika czy pamiętnika, ale gdy miałam w życiu zakręty, sytuacje, które mnie załamywały, to bardzo lubiłam sobie napisać to, co czuję. W pracy psychologa często to samo radziłam moim pacjentom. Nie każdy umie opowiadać o swoich emocjach, ubrać je w słowa i  powiedzieć wprost do drugiego człowieka. Dlatego dobrze jest zapisywać myśli na papier, nawet jeśli potem mielibyśmy ten papier wyrzucić.

Gdy już osiągnęłam w życiu stabilizację, poczułam, że wewnętrzną potrzebę by coś napisać. Dużo osób mi wtedy mówiło: pisz o środowisku i okolicy, które mniej więcej znasz, żebyś się nie pogubiła. Dlatego pierwszą książkę, którą wydawałam 2 lata temu „Kim jesteś?", romans z drobnym wątkiem kryminalnym, osadziłam w znanych jeleniogórskich realiach. I tak mi się to spodobało, że pomyślałam, to jest to, ja chcę pisać.

Kolejna książka, która całkiem niedawno miała swoją premierę „Niewinne ofiary" to kryminał. Ten gatunek jest Pani bliższy?

Uwielbiam czytać romanse, zwłaszcza, jak życie mnie trochę stłamsi, to chętnie wchodzę do świata, w którym wszystko jest idealne. Ale kryminały zawsze mi towarzyszyły. Moja mama pasjami oglądała kryminały i często robiłyśmy to wspólnie. Sporo och też przeczytałam. Napisanie kryminału to było wyzwanie, które sobie postawiłam. A jak już postawię sobie jakiś cel, to staram się go jak najszybciej zrealizować.

„Niewinne ofiary" to historia o zabójstwie dwojga dzieci i Oldze Balickiej, komisarz wydziału kryminalnego, która próbuje rozwikłać tę zbrodnię. Pomaga jej Kornel. Powiedziała Pani, że bardzo przeżywa opowieści, które pisze, bohaterów, których tworzy. Czy dla Pani, jako matki, realizacja tej książki była dużym wyzwaniem?

Przeżywam historie, ale wybieram sobie bohaterów, z którymi chcę to robić. Dlatego też w moich książkach jest dosyć mocno nakreślone tło obyczajowe. Pisząc, niekoniecznie muszę przeżywać to, co dzieje się z ofiarami i rodzinami ofiar. Mogę przeżywać też innych bohaterów. Głównymi bohaterami „Niewinnych ofiar" są komisarz Olga i Kornel, także policjant, który przyjechał do Jeleniej Góry z Warszawy. Wprowadzenie tego, co dzieje się między nimi, jak przeżywali swoje życie, to, co mają do ukrycia lub pokazania było dla mnie ważne. W te postaci mocno się wczułam i przyznam, że były momenty, kiedy gotowałam obiad, rozmawiałam z synem i trudno było mi się skoncentrować na tym, co robię, bo myślałam o tym, jak Olga ma rozwiązać daną sytuację. Dlatego książki piszę stosunkowo szybko. Wolę się maksymalnie skoncentrować na danej historii i ją dokończyć jak najszybciej, bo pisanie jest wykańczające emocjonalnie. Kocham to, wciągam się w ten proces maksymalnie, ale na koniec jestem tym bardzo zmęczona.

„Niewinne ofiary" pozostawiają niedosyt. Chce się więcej. Czy ta książka będzie miała kontynuację?

Cieszę się, że pani to mówi. Tak, planuję, by była to seria. Już niedługo pojawi się druga część tej historii. Być może będą kolejne.

Pozostanie Pani bliska kryminałom?

Na razie tak, ale na pewno niedługo pojawi się także thriller psychologiczny. Bardzo dobrze pisze mi się thrillery. Tworzę je z perspektywy pierwszoosobowej, co z kolei jeszcze bardziej wciąga. W przyszłości może pokuszę się o dobry obyczaj. Zobaczymy. Na pewno chciałabym spróbować kilka gatunków.

Czy można powiedzieć, że Katarzyna Wolwowicz już się ustabilizowała i zajmie się tylko pisaniem?

Nigdy nie wiadomo (śmiech). To jest to, co chcę teraz robić. Najpierw są marzenia, potem zaczynamy je realizować i stają się celami. I ja mam teraz taki cel, by zostać zawodową pisarką. Abym mogła w 100 procentach oddać się pisaniu. Ale niedługo kończę 40 lat i tyle życia jeszcze przede mną. Nie wiem, co będę chciała robić za 10 lat.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.