Nagrodę Szymborskiej dostałam za swoją drugą książkę poetycką, na której publikację, od chwili przyjęcia jej przez wydawnictwo, czekałam ponad dwa lata. Najbardziej frustrował mnie nie sam czas oczekiwania, bo wiedziałam, że inni autorzy też często muszą uzbroić się w cierpliwość. Gorsza była niemożność uzyskania jakiejkolwiek rzetelnej informacji co do planowanej daty ukazania się mojego tomiku. Zastanawiałam się nawet nad zmianą wydawcy. Byłam jednak prawie nikomu nieznaną autorką i bałam się, że cały proces czekania w niepewności, bez żadnej gwarancji powodzenia, zacznie się od nowa. Postanowiłam więc zacisnąć zęby i nie wycofywać się. Kiedy "Białe krzesła" ostatecznie ujrzały światło dzienne i w następnym roku zostały nagrodzone, pytano mnie, czy ten zaszczytny laur – nagroda imienia wielkiej poetki – nie jest paraliżującym zobowiązaniem, ciężarem, który mnie pisarsko zablokuje. A ja czułam przede wszystkim radość i ulgę, że nie będę już musiała, według wszelkiego prawdopodobieństwa, znosić roli petentki zdanej na łaskę i niełaskę wydawców.

Pozostało 82% tekstu
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.