Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Twórcy polskiego „The Office" zapowiadają, że poczuciem humoru będziecie sprawdzać dystans Polaków do siebie. Brzmi odważnie.

Podejmowanie ryzyka się opłaca. Szczególnie w sztuce.

Bo?

Wydaje mi się, że jedynie decydując się na przekroczenie granic, możemy poszerzyć nasze spektrum postrzegania pewnych spraw. A sztuka, tak myślę, nie znosi ograniczeń. Nie wiem, czy skończy się tak, że ludzie poczują się urażeni naszą pracą, ale prawda jest taka, że ten serial jest o nas. O Polakach. W scenariuszu nie ma nic wymyślonego. Opowiadamy o sytuacjach, które nam się przydarzyły lub które po prostu są typowe dla naszych rodaków.

Zawsze łatwiej śmiać się ze wszystkich dookoła.

Jeżeli publika poczuje się obrażona, to najlepiej będzie świadczyć o tym, że scenariusz jest absolutnie trafiony.

W polskiej wersji „The Office" skupiamy się na pracy w biurze w Polsce i panującej w nim hierarchii wartości. Swoją pracę wykonaliśmy najlepiej, jak potrafiliśmy, a teraz tylko śmiejemy się, że gorzej być nie może, bo wszyscy i tak spisują nas na straty.

W komediowej roli będziemy oglądać cię po raz pierwszy. To trudny format do grania?

Scenarzyści – Łukasz Sychowicz, Kuba Rużyłło, Mateusz Zimnowodzki – wspaniale uchwycili komediowość tego formatu, ale rodzaj grania w mockumencie jest szalenie wymagający. Trzeba walczyć przede wszystkim o wiarygodność, jednocześnie pamiętając o tym, że najważniejszy jest absurd sytuacji. Nie można grać „na śmiesznie", a przecież musi być zabawnie. To chyba faktycznie moje najtrudniejsze dotychczas wyzwanie aktorskie, chociaż z moimi przyjaciółmi żartujemy sobie, że do roli klauna przygotowuję się całe życie. (śmiech) Większość z naszych siedleckich bohaterów jest bardzo barwna. Wspólnie cały czas zastanawialiśmy się jak grać i jak opowiedzieć tę historię, żeby postaci nie wydawały się widzom karykaturalne. Wydaje mi się, że nam się udało. Czekając na tę premierę mam w sobie dużo spokoju.

Po sukcesie „Hejtera" Jana Komasy posypały się kolejne propozycje?

Cieszę się, bo faktycznie teraz intensywnie pracuję, co w dobie pandemii wcale nie jest takie oczywiste. Mam świadomość, z jaką niestabilnością wiąże się ten zawód. Najpierw mogę nie mieć przez pół roku dnia wolnego, a potem przez następne kilkanaście miesięcy będę siedzieć w domu i czekać na telefon z zaproszeniem na casting.

Na pewno praca z Jankiem bardzo mnie ośmieliła i otworzyła mi wiele drzwi. Od razu po szkole dostałam się do Teatru Współczesnego, gdzie byłam dwa lata na etacie. To było szokujące, bo miałam poczucie, że z takiej semibezpiecznej przestrzeni trafiam do rzeczywistości, która jest zupełnie inna.

Vanessa AleksanderVanessa Aleksander Fot. Adam Słaboń/makijażysta Marcin Cincior Jędrzejewski

Semibezpiecznej?

Cóż, pozornie bezpiecznej.

Szkoła teatralna, mimo swoich wielu zalet, jest wylęgarnią lęków i kompleksów, których się nabywa, bo system szkolny nie działa tak, jak powinien.

To nie jest zarzut do warszawskiej placówki, lecz do uczelni artystycznych w ogóle. Na szczęście obecny rektor Wojciech Malajkat robi wszystko, żeby to się zmieniło, i z tego, co wiem, z kondycją studentów jest coraz lepiej.

Ciebie to spotkało w warszawskiej Akademii Teatralnej?

Do końca życia będę to pamiętać. Pierwszy rok, środa, godzina 15, zajęcia z prozy, a właściwie z monologów. Od pierwszych ćwiczeń widać było, że wykładowczyni bardzo mnie nie lubi. Każde zajęcia wyglądały tak samo – brała mnie na środek sali i kazała mówić tekst, po czym nastawała bardzo długa cisza, następnie torpedowała moje poczucie wartości serią koszmarnych komentarzy. Zamykałam się. „Nie powinnaś być w tej szkole", „Zajmujesz komuś innemu miejsce", „Jest wiele zawodów na A", „Powinnaś pracować na kasie w Biedronce". Jakby praca w sklepie miała mnie jakkolwiek upodlić.

Zaczęłaś wierzyć w jej słowa?

Żyłam w przekonaniu, że może nie zasługuję na to, by tu być, i że się nie nadaję. Taki poziom manipulacji i przemocy psychicznej, jaki był w szkołach teatralnych, jest niedopuszczalny. Co ciekawe, wszyscy się na to zgadzali. Bo uważali, że aktor, żeby dobrze zagrać, musi coś przeżyć, musi zostać sponiewierany. Początkiem tego bzdurnego myślenia jest fatalna fuksówka, której na szczęście już zakazano.

Vanessa AleksanderVanessa Aleksander Fot. Adam Słaboń/makijażysta Marcin Cincior Jędrzejewski

Ty miałaś jeszcze fuksówkę?

Tak. Fuksówkowy dzień zaczyna się wcześnie rano od godzinnego „rozruchu" i kończy w środku nocy. Do tego zazwyczaj dochodzi dojazd, bo mało kto ma już wynajęte mieszkanie w Warszawie. Być może nie byłoby to tak straszne, gdyby nie skrajne wyczerpanie uczestników tej „zabawy". Oczywiście trzeba być przebranym jak klaun i mieć wymalowaną twarz. Im głupiej, tym lepiej. Chłopcom markerami permanentnymi domalowywano wąsy i brody, dziewczyny nie mogły mieć makijażu, pomalowanych paznokci, rozpuszczonych włosów, bo „fuks jest brzydki". Zamiast swobodnej wypowiedzi musieliśmy prosić o pozwolenie za każdym razem, kiedy chcieliśmy cokolwiek powiedzieć, natomiast gdy już dostawaliśmy zgodę na zabranie głosu, to musieliśmy stosować formułkę: „Ja, fuks roku zerowego…".

Po co?

Ma to insynuować, że jeszcze nie jest się studentem, ale zerem, co zresztą później w trakcie „wydarzenia" wielokrotnie jest nam przypominane.

Byliśmy też obwieszeni tak zwanymi blachami, które trzeba sobie samemu przygotować. To są takie wielkie tekturowe tablice, które się przewiesza przez ciało. Pisze się tam wszystkie swoje dane. Studenci wyższych lat mogą niszczyć te blachy, wtedy się mówi, że „fuks jest goły". Zerwana blacha oznacza też zerwaną fuksówkę, co jest również przedstawiane jako największa porażka, bo prowadzi do zostania „siurem" – tak nazywa się osoby, które fuksówki nie przeszły, nie ukończyły. Szczytem były wieczorki fuksówkowe.

Jak wyglądały?

Codziennie mieliśmy przygotować zbiór etiud na dany temat. Studenci z góry ustalali, czy danego dnia zasłużymy na pochwałę czy nie. Nie miało to wiele wspólnego z tym, czy wykonaliśmy dobrą pracę. Studenci pod wpływem alkoholu niemal co wieczór obrażali nas, krzycząc i poniżając. Podczas wieczorków trzeba było stać w rzędzie, bez butów, bez oparcia, w świetle reflektorów przez cztery, pięć godzin. Wtedy też fuks nie może iść swobodnie do łazienki czy napić się wody bez pozwolenia.

I tak dzień w dzień przez miesiąc?

Moja fuksówka trwała około miesiąca. Czasem mieliśmy wolne niedziele, ale rzadko. To okrutny rytuał, który niszczy poczucie własnej wartości. Zawsze byłam ogromną przeciwniczką fuksówki, ale jestem świadoma, że są osoby, które ją lubią, nie postrzegają jej tak samo jak ja.

Dla każdego czymś innym jest przemoc i przekraczanie granic. Dlatego trzeba być podwójnie uważnym. Niestety, w naszym środowisku jest ogromne przyzwolenie na przemoc. Kiedyś przyszłam na plan w szortach, miałam siniaka na nodze i usłyszałam od kolegi, że „ten twój chłopak zamiast cię bić, mógłby cię porządnie wyruchać". I co? I nic.

Ktoś co prawda zareagował w mojej obronie, ale autor komentarza nie poniósł żadnych konsekwencji. Myślę, że w innym miejscu pracy byłoby to niedopuszczalne, że starszy mężczyzna mówi coś takiego do początkującej pracownicy, a u nas jest to na porządku dziennym. Tu nawet nieważny jest wiek. W naszym zawodzie często przekracza się granice. Trudno to odwrócić.

Vanessa AleksanderVanessa Aleksander Fot. Adam Słaboń/makijażysta Marcin Cincior Jędrzejewski

To zaczyna się zmieniać?

Coraz częściej producenci inwestują w szkolenia antymobbingowe, przedstawiają techniki radzenia sobie z przemocą na planie. Między innymi pracując przy „Rojście", musiałam wziąć udział w takim kursie. To samo dotyczy scen erotycznych. Samowolka już raczej nie jest mile widziana. Należy robić próby i precyzyjnie nazywać to, na co my, aktorzy, we współpracy z pozostałymi pionami jesteśmy w stanie sobie pozwolić, co, gdzie i jak będzie pokazywane. W wielu produkcjach są też koordynatorzy intymności, którzy nie tylko ustawiają choreograficznie sceny erotyczne, ale na planie są też wsparciem mentalnym. Postępy widać gołym okiem, ale wciąż aktor jest narzędziem w ogromnej machinie. Zawsze jesteśmy zależni od wizji innych osób i chyba już się z tym pogodziłam.

Ale coraz więcej mówi się o komforcie psychicznym aktora.

Bo to szalenie istotne. Dla mnie praca bez spokoju czy takiego bezpiecznego osadzenia jest niemożliwa. Bez zdrowia psychicznego aktorowi trudno będzie wykonywać swoją pracę dobrze i tak, by nie odczuwać potem konsekwencji wchodzenia w różne stany i emocje.

Wychowywałam się w rodzinie, w której dużo się rozmawiało o swoich uczuciach, i widzę teraz, jak bardzo pomaga mi to w pracy.

Był taki moment po „Hejterze", kiedy żałowałam, że nie zgłosiłam się w trakcie zdjęć do psychologa czy psychoterapeutki. Te stany, w które na planie zostaliśmy wpuszczeni razem z Maćkiem Musiałowskim, były tak intensywne, że powinniśmy od razu przepracowywać je z wyszkoloną osobą.

Wspomniany kolejny raz „Hejter" otworzył ci też wiele dróg w Stanach Zjednoczonych. Hollywood chyba od zawsze było twoim największym marzeniem. Próbowałaś już tam swoich sił dawno temu.

Trzy razy byłam w Los Angeles. Za pierwszym razem podróżowałam ze złamanym sercem, miałam więc podwójną motywację do wyjazdu. Przed wylotem z Polski zgrałam swoje demo, czyli sceny z pierwszego sezonu „Wojennych dziewczyn". W zasadzie wtedy nie miałam nic więcej. Dzwoniłam do różnych agencji i pisałam maile.

Ktoś odpisał?

Chyba dwie agencje odpowiedziały. Oczywiście nic nie wyszło z tych spotkań, usłyszałam, że dopóki projekt z moim udziałem nie wyląduje na międzynarodowym festiwalu klasy A, to w Stanach będzie trudno jakkolwiek się zaczepić.

Potem „Hejter" wygrał nowojorski Tribeca Film Festival i wybuchła pandemia.

Od roku współpracuję z dwiema amerykańskimi menedżerkami, więc pewnie gdyby nie pandemia, to latałabym do Los Angeles co pół roku na miesiąc albo dwa, by brać udział w przesłuchaniach. Ze względu na utrudnienia covidowe wszystko jest w zawieszeniu, na szczęście będąc w domu, mogę wysyłać self-tape’y, czyli castingi, które nagrywa się samemu. Obecnie skupiam się na przygotowaniu akcentowym i w każdy wolny dzień łączę się chociaż na chwilę z accent coachem.

Cały ten proces walki o amerykański sen to ogromna lekcja cierpliwości i pokory.

Która powoli przynosi pierwsze owoce.

Jest jeden amerykański projekt, w który jestem zaangażowana, mam nadzieję, że dojdzie do jego realizacji. Cieszę się, że po tylu castingach dostałam interesującą propozycję.

Mam jednak świadomość niestabilności tego zawodu, więc staram się żyć tu i teraz, skupiać się na projektach, które realizuję, a nie na tych, które są w planach. To, że są jakieś perspektywy na za pół roku, to super, ale one mogą się równie dobrze nie spełnić.

Vanessa AleksanderVanessa Aleksander Fot. Adam Słaboń/makijażysta Marcin Cincior Jędrzejewski

Pandemia cię tego nauczyła?

Wciąż się tego uczę, wychodzi mi to różnie, bo jestem osobą potrzebującą stabilizacji i poczucia kontroli, co jest dość śmieszne w kontekście zawodu, który wybrałam. Pandemia nauczyła mnie natomiast tego, że czasem muszę po prostu zaufać procesowi i wykonywać swoją pracę najlepiej, jak umiem, ale nie zamartwiać się tym, co z projektem będzie dalej. Nieczęsto mam na to wpływ, więc próbuję być łagodniejsza w stosunku do siebie, przyjąć, że nie wszystko jestem w stanie przewidzieć. Zawsze byłam bardzo wymagająca wobec siebie i świata. Denerwuję się, jeśli coś nie funkcjonuje tak, jak bym chciała, albo kiedy nie jestem w stanie zaprezentować najwyższej formy. To strasznie frustrujące i wycieńczające. Dopiero uczę się być w stosunku do siebie wyrozumiała. 

Czasami się udaje?

Zazwyczaj się jednak zadręczam, że mogłam coś zrobić lepiej, a świat mógłby wyglądać inaczej. Długo nie rozumiałam, jak to jest, że ludzie mogą mieć inną moralność niż ja, trudno mi było znaleźć zgodę na jakąkolwiek niesprawiedliwość. Teraz staram się tym nie zajmować, tylko fokusować na sobie i najbliższych. Zmieniłam też podejście do zawodu. Kiedyś byłam w stanie zaryzykować wszystko dla dobrze zagranej roli. Tak było przy postaci Gabi w „Hejterze". Myślałam: pochoruję się? Trudno, ważne, żeby bohaterka była wiarygodna. To jest jakaś bzdura. W szkole teatralnej uczy się nas, że sztuka jest najważniejsza, a aktorstwo czyni z nas nadludzi. Że to nie jest zawód, lecz misja. Cierpiętnictwo. Trzeba zostać upodlonym, by osiągnąć dobry warsztat. Znów bzdura.

Tak naprawdę to zawód jak każdy inny?

Ostatecznie pod koniec dnia jest to tylko praca. Dużo ważniejsze jest dla mnie to, że po intensywnym dniu wracam do miejsca, w którym czuję się bezpiecznie, i czeka tam na mnie ktoś, z kim buduję dom, a na pewno ważniejsze niż to, że dostanę wspaniałą recenzję, ale w zamian będę w rozsypce emocjonalnej.

Jeżeli aktorstwo ma wyglądać tak, że jestem nieustannie roztrzęsiona, to wiem, że to nie jest dla mnie. Dla nikogo, kto chce żyć blisko siebie. Ważniejsze od bycia świetną aktorką jest dla mnie bycie po prostu uczciwym człowiekiem.

Tę uczciwość zawsze doceniam spoglądając w twoje media społecznościowe. Nie widziałam tam nigdy żadnej reklamy.

Instagram jest świetnym źródłem do komunikowania się z odbiorcami i to byłoby nie fair, gdybym w przestrzeni medialnej była innym człowiekiem niż jestem w rzeczywistości. Jeśli jakiś festiwal filmowy zgłosi się do mnie z prośbą o współpracę, to zrobię to z wielką przyjemnością. Jeżeli umowę zaproponuję marka, której używam na co dzień - rozważę to. Miewałam propozycje współprac na social mediach, które by mnie bardzo odciążyły finansowo. Tylko pytanie, jakie są twoje priorytety. Zdarza mi się pokazywać produkty, ale robię to tylko wtedy, jeśli naprawdę ich używam i uważam, że warto wesprzeć twórców i opowiedzieć o ich pracy. No, i nikt mi wtedy za to nie płaci. (śmiech)

 

To z reguły małe firmy skupiające się na etycznej, ekologicznej produkcji?

Patrząc na ostatnie raporty mówiące o tym jaka katastrofa klimatyczna nam grozi, a w zasadzie w jakiej klęsce już istniejemy, wydaje mi się, że nie ma innej możliwości. Mam świadomość, że ogląda mnie masa młodych ludzi i wiem, że na niektórych wywieram wpływ. Jeśli mogę wykorzystać te zasięgi, to mówię o tym, co dla mnie ważne - że trzeba zwracać uwagę na to jak żyjemy z naszą planetą. Przypominam, że musimy walczyć o prawa kobiet i środowiska LGBTQ+. To wszystko jest mi bliskie, bo w życiu realnym tym się kieruje i nie wyobrażam sobie, żeby nie mówić o tym w przestrzeni, która choć internetowa, też jest moja. Trzeba brać odpowiedzialność i jeżeli ma się jakąś platformę, to odpowiednio ją wykorzystywać. Dla mnie ten czynnik ludzki zawsze był i będzie najważniejszy. Inaczej to byłoby nie moje, a życie w uczciwości i autentyczności jest czymś, co stawiam bardzo wysoko w swojej hierarchii wartości.

VANESSA ALEKSANDER – ur. w 1996 r., absolwentka warszawskiej Akademii Teatralnej. Zagrała m.in. w filmach „Sala samobójców. Hejter", „Listy do M4" oraz serialach „Wojenne dziewczyny", „Rojst", „Belle époque" i „The Office PL"

--------------------------------

Więcej informacji o produkcjach CANAL+ znajdziesz w serwisie JA+ rozrywka

<<<REKLAMA>>> CANAL+ online - multiserwis streamingowy - seriale, filmy, sport

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.