Dałaś się nabrać?

Myślę, że nie tylko ja. Wiele kobiet ulega iluzji, że w pewnym momencie życia pozna inną istotę i będzie z nią już na zawsze. Ja czekałam na to ponad 30 lat.

Czyli mówiąc wprost, czekałaś, aż zostaniesz żoną.

Społeczeństwo, popkultura, moi rodzice obiecywali mi, że kiedy dobrnę do pewnego wieku, to randkowanie, luźne związki po prostu samoistnie się skończą i zamiast tego nastąpi małżeństwo i zostanę przemieniona w spełnioną kobietę z kochającym mężem i gromadką dzieci. Mama i tata spotkali się jako 20-latkowie i wciąż są małżeństwem. Wierzyli, że i mnie to się przytrafi. Zawsze byłam grzeczną dziewczyną, zbierałam najlepsze oceny, zdobyłam wykształcenie na najlepszych uczelniach w kraju, zostałam wziętą dziennikarką publikującą w „New York Timesie”. Byłam więc przekonana, że sukces odniosę także w życiu prywatnym.

Z drugiej strony im byłam starsza, tym ciekawsza była dla mnie idea wolnej miłości, eksperymentowania, rozwijania się w przelotnych relacjach. Miłość romantyczna ścierała się z tzw. hookup culture, czyli kulturą podrywu. Gdy jednak sypiałam bez zobowiązań, słyszałam potem od przyjaciółek, że takie zachowanie jest upokarzające dla kobiet, bo przecież jego reguły wyznaczyli faceci – to im jest tak wygodnie, kobiety wolą inny seks. Pytały, czy naprawdę sprawia mi to przyjemność. Nie sprawiało, ale nie dlatego, że czułam się podporządkowana męskim regułom. I na pewno nie dlatego, że – jak często się słyszy o seksualnie otwartych dziewczynach – swoim pozornym wyluzowaniem maskowałam desperackie poszukiwanie chłopaka.

Czułam się źle, bo nie chciałam związków bez znaczenia, ale nie chciałam też wybrać celibatu w oczekiwaniu na drugą połówkę. Czułam się bezradna. Postanowiłam zastanowić się nad tym, co uważam za swoją seksualną tożsamość. Pomyślałam, że może tam znajdę odpowiedź na pytanie, co robić dalej.

Tinder nie zabije miłości. Przygoda na jedną noc to niekoniecznie przejaw rozwiązłości

A jaka była wtedy twoja seksualna tożsamość?

Miałam zestaw reguł, które uznałam za swoje, i nie zastanawiałam się dlaczego. Brzmiały: jestem heteroseksualna, szukam męża, nie lubię teatralnego seksu, nie oglądam pornografii, brzydzi mnie otwarte mówienie o seksie, eksperymentowanie z liczbą partnerów, otwartość związku uważałam za dowód nieporadności życiowej, a samotną kobietę bez dzieci – za chodzący obraz nędzy i rozpaczy.

Kobieta, która nie zakłada rodziny, kulturowo znajduje się w najgorszej sytuacji. Kiedy patrzy w przyszłość, widzi tylko smutek. Bo powiedz: kiedy ostatnio natknęłaś się na przykład starszej, samotnej, szczęśliwej, godnej pożądania i pożądającej kobiety? Zakodowało mi się w głowie zdanie Bridget Jones, kiedy mówi, że jeśli nie znajdzie miłości, to umrze samotnie, a jej ciało zjedzą psy. To śmieszne, ale też przerażająco precyzyjne w opisie naszych lęków. Nie umiemy się cieszyć spotkaniem z fajnym człowiekiem, rozluźnić się, bo cały czas kalkulujemy: czy warto w niego inwestować czas? Ile mu dać?

Postanowiłam więc napisać książkę o współczesnych związkach. Chciałam spojrzeć w przyszłość bez lęków, bez oczekiwań.

W tym celu pojechałaś do San Francisco.

To miasto na mapie Ameryki wydało mi się idealnym miejscem – metaforą. Tam zaczęła się rewolucja hipisów, tam Harvey Milk walczył o prawa dla homoseksualistów. Tam rodzą się ruchy New Age, nowe technologie i nowe ruchy społeczne. Tam wciąż się wierzy w wolną miłość. Wydawało mi się, że to idealne warunki, by szukać seksualnych eksperymentatorów.

Na początku chciałam po prostu napisać książkę o „dziwakach”, którzy mają inny styl życia niż większość. Im więcej odbywałam z nimi rozmów, tym wyraźniej zdawałam sobie sprawę, iż moje przekonanie o tym, że ja na pewno nie mogłabym spróbować żyć jak oni, jest iluzoryczne. Już przy pierwszym temacie, zwyczajnym, jak się wydaje – randkowaniu w sieci, pojęłam, że mam wielką ochotę spróbować wszystkiego. Bo gdy poddałam swoje życie dziennikarskiej refleksji, okazało się, że po prostu wyparłam własne dziwactwo.

Seksualność to jedyny obszar naszego życia, w którym ludzie czują się uprawnieni do tak radykalnej oceny upodobań innych. Cokolwiek, co odbiega od normy, od razu jest patologiczne, perwersyjne, chore, śmieszne, żałosne, budzi lęk i obrzydzenie. Trudno jest samemu przed sobą przyznać się do tego, że ma się fantazje seksualne inne niż misjonarski seks z mężem czy żoną przy świecach.

Język intymności? Uwielbiam angielski "dirty talk"

Mężczyźni są bliżej swojej seksualności. Są uczeni, że nie ma nic złego w wyrażaniu seksualnego zainteresowania drugą osobą czy w ocenianiu jej seksapilu.

Z kolei kobiety są uczone, że nie wypada tak otwarcie brać pod uwagę seksapilu mężczyzny i oceniać jego atrakcyjności. W końcu ten seks na pewno będzie fajny, skoro nam się tak świetnie rozmawia, on jest przystojny, lubi te same filmy. A potem w łóżku jest słabo i nie wiedzą dlaczego. Obwiniają siebie. Nie potrafią powiedzieć sobie: no, może on i fajny, ale chemii nie ma, nie dam mu szansy.

Jednak to nic dziwnego, mężczyźni od małego dostają wskazówki: zobacz, to cię będzie podniecać, a to nie. Kobiety dostają niejasne komunikaty – tutaj o romansie, tutaj o wierności, tutaj Madonna, tam prostytutka, romantyczny nastrój. Ale zaraz, zaraz – tu chodzi przecież o to, czy jestem podniecona czy nie.

Według stereotypowych wyobrażeń kobiety nie mogą lubić takich bezpośrednich podniet jak mężczyźni. Potrzebują subtelniejszych.

Jedyne, czego potrzebują, to przyjemności. Taki przykład: jest cały gatunek pornografii nazywanej feministyczną. Czyli wszystkie dziewczyny, które uważają się za feministki, powinny oglądać tylko takie porno? Czy jeśli włączą porno innego rodzaju, to znaczy, że wspierają opresję kobiet i dają się ciemiężyć patriarchatowi? To popaprane. Pornografia to nie jest zobrazowany traktat polityczny. To fantazja, która powinna oczywiście być realizowana z poszanowaniem praw pracowniczych i godności każdego uczestnika – ale w obrazie, to przecież teatr. A jeśli podniecając się przy oglądaniu przemocowego seksu, wstydzisz się, że jesteś złą feministką, to tylko kolejny rozdział opresji. Mizoginistyczna fantazja nie oznacza, że chcemy żyć w świecie mizoginii.

Pracując nad rozdziałem o pornografii, obejrzałam jej bardzo dużo. I zorientowałam się, że przez morze śmieci każda kobieta może nawigować w stronę czegoś, co sprawi jej frajdę. Wystarczy przestać się bać wizji tego okropnego faceta, który gdzieś w innym pokoju siedzi i gapi się w ekran z obleśnym wyrazem twarzy. Trzeba się z niego troszkę pośmiać, ominąć jego ulubione rejony i znaleźć własne. Bo – dziewczyny – one tam są! Nie zostawiajmy internetu facetom i ich pożądaniu. Możemy albo czuć się przez pornografię zagrożone i uprzedmiotowione, albo przejąć nad nią kontrolę, być prawdziwym podmiotem, który szuka przyjemności.

Spokojnie, to tylko porno

To znaczy?

Mroczna strona biznesu pornograficznego jest tak eksponowana, że ludzie zapominają, iż pornografia niesie bardzo budujący społeczny przekaz. Atrakcyjność w pornografii jest inna niż w magazynie modowym. Zmysłowość w magazynie jest wyfotoszopowana, sterylna, zgodna z dominującym ideałem piękna, sprzedawalna. Pornografia jest wybaczająca, bardziej demokratyczna. Wymyka się komodyfikacji i homogenizacji. Jest tam miejsce dla każdego ciała, każde może być pożądane. Pornografia pozostaje dziwna i bardzo ludzka w przeciwieństwie do bezdusznego i znormatyzowanego erotyzmu mainstreamu.

Kiedyś się denerwowałam, gdy mój partner oglądał pornografię czy chciał w łóżku realizować jakiś pornograficzny scenariusz. Czułam się zazdrosna o tę pornografię, niepewna i zagrożona. Ale potem przestałam się obrażać i zaczęłam pytać o jego potrzeby: dlaczego akurat to? Czemu w ten sposób? I sama zaczęłam proponować. Okazało się, że mamy do dyspozycji cały nowy język.

Porno w VR. Och, ach, mocniej! W trzech wymiarach

Przestałaś się także obrażać na wyrażające seksualną aprobatę zaczepki mężczyzn na ulicy.

Przestałam się bać, kiedy ktoś anonimowy na ulicy zauważył we mnie istotę seksualną. Do tej pory zwykle od razu się spinałam i panikowałam, gdy ktoś na mnie gwizdał, krzyczał za mną „piękna!” czy mnie podrywał. Najchętniej schowałabym się w mysią dziurę. Postanowiłam spróbować nie odpychać tej energii, tylko przyjąć ją z godnością, bez poczucia upodlenia. Przecież kiedy idę ulicą, też mam seksapil. Mam go nie tylko w obecności ukochanej osoby. Kobiety są przyzwyczajone do tego, że uwaga obcych mężczyzn jest dla nich zagrożeniem. Obawiają się, że może prowadzić do przemocy. A jeśli miło odpowiesz na czyjąś admirację, to potem powiedzą, że prowokowałaś przemoc. Tylko jedno męskie zainteresowanie jest dla kobiety bezpieczne – kiedy interesuje się nią ukochany.

Tę regułę łamią, ale w bezpiecznej bańce internetu, kobiety, które pokazują się w erotycznych chat roomach. Kamerki internetowe transmitują obraz z ich pokoi, łóżek, miejsc pracy. A mężczyźni patrzą. Co ciekawe, wiele z tych kobiet nawet się nie rozbiera, nie zachowuje pornograficznie. Edith, która ma jedną z najpopularniejszych kamerek, po prostu siedzi i czyta filozoficzne książki.

Edith jest atrakcyjna tak jak atrakcyjny jest awangardowy film czy trend w modzie. Sexy jest jej persona, nie ciało. Bo przecież w seksapilu nie chodzi o to, żeby jak najwięcej pokazać. Najlepsza pornografia to taka, która nie boi się kreatywności – jak sztuka.

Najmniej kreatywni są w kamerkach heteroseksualni mężczyźni – nikt nie chce na nich patrzeć, a oni nie wiedzą, jak się odnaleźć w roli obiektu. Tylko wyjmą penisa na wierzch i siedzą. Podoba mi się to, co powiedział kiedyś Marc Jacobs – każdy mężczyzna powinien raz zostać przeleciany. Wtedy wiele zrozumiałby z sytuacji kobiety w społeczeństwie.

Faceci chcą być oglądani nawet za darmo, błagają o to. Duże powodzenie mają pary. A kobieta? Zależy, jak wygląda

Edith mówi, że jest internetoseksualna. Co to znaczy?

W realu chciała być sama, nie szukała spotkań seksualnych. Wystarczało jej do zmysłowej przyjemności i poczucia więzi realizowanie swojej wirtualnej persony. I to wcale nie jest smutne. To po prostu wybór tożsamości. Tutaj nie chodzi o uzależnienie od porno i oderwanie od prawdziwych uczuć. Seks w cyberprzestrzeni oczywiście może uzależniać, ale może też nieść nadzieję. Dla ludzi z traumą seksualną, samotnych, wykluczonych to często jedyna nadzieja.

A portale randkowe? Poznajesz kogoś wirtualnie, bezpiecznie, ale seks czy związek masz już w realnym świecie.

Randkowanie w sieci, czy to na portalach, czy przez Tindera lub Grindra, to w gruncie rzeczy żadna rewolucja. Jasne, spotykamy się łatwiej, oceniamy szybciej, ale dylematy, o których mówiłam wcześniej, zostają takie same. Nowe technologie dają ci ludzi, ale nie pokazują, co z nimi zrobić. Dzięki internetowym randkom zrozumiałam, że nie da się wyreżyserować związku z niczego. Seks, gdy był wynikiem nagromadzenia się energii między mną a drugą osobą, naprawdę poprawiał mi samopoczucie. Seks z algorytmu mnie przygnębiał. A jeszcze bardziej przygnębiało mnie wracanie z nieudanego spotkania ze świadomością, że przez dwie godziny z drugą osobą udawałam, że coś nas łączy, bo podpowiedział mi to wirtualny kalkulator. Dotarło do mnie, że muszę bardziej polegać na swoim ciele. Umysł zna niewiele prawd, które kryje ciało. Postanowiłam więc zdać się na jego intuicję i zapisałam się na kurs medytacji orgazmicznej.

Przeznaczeni.pl. Randki po bożemu

Co to?

Jak mówili ludzie od marketingu Starbucksa, nasza kawiarnia to nie jest praca, to nie jest dom, to jest trzecie miejsce. Tak samo jest w przypadku tej medytacji. To nie jest masturbacja czy seks, to nie jest też związek. Medytacja orgazmiczna, w skrócie OM, to praktyka duchowa i seksualna technika opracowana w San Francisco kilka lat temu przez organizację One Taste. Polega na tym, że jest kobieta i jej partner, najczęściej mężczyzna – ona zdejmuje majtki, a on drażni jej łechtaczkę przez równo 15 minut. To nie jest gra wstępna, to nie jest seks, to nie jest walka o szczytowanie. Nie chodzi o orgazm, ale raczej o głęboką przyjemność wynikającą ze skupiania się na reakcjach swojego ciała. To jest raczej jak joga, codzienna praktyka uważności skoncentrowana na seksie i bliskości. Towarzyszą temu rozmowy o seksie i pytania w stylu: „Jak wygląda twoje rozżarzone do czerwoności pragnienie?”, przytulanie, seksualny coaching. Stymulacja łechtaczki to dopiero ostatni etap.

We wschodnich filozofiach seksualnych jest ponad 300 pozycji, można powiedzieć, że na każdy dzień roku

Można to robić między przyjaciółkami, można w grupach chętnych. To ćwiczenie dla kobiet, które chcą się zbliżyć do swojego ciała, nauczyć się go. I dla mężczyzn, którzy chcą zobaczyć, jak dawać kobietom przyjemność.

Jednak słownik ludzi z One Taste mnie żenował. Byli pretensjonalni. Mówili o sobie, że są „nabrzmiewający”, i używali słowa „penetrować” na osobisty przełom w życiu. Nie chciałam spędzać z nimi czasu. Nie chciałam dostawać coachujących wiadomości na Facebooku. Ale do dziś mnie intrygują, bo szukają metody dotarcia do bardziej autentycznego doświadczenia otwartości seksualnej, takiego, które pochodzi z wewnętrznego pożądania, a nie z usilnych starań sprawienia przyjemności komuś innemu, ustanowienia społecznego porządku, zbudowania więzi. Być może nie ma na to słów, ale moje ciało było zadowolone.

Odzyskany klejnot w koronie. Łechtaczkę kobietom usuwano kiedyś z powodu bólu pleców, erekcji penisa podręczniki poświęcały cały rozdział

Wybrałaś stabilność. Siedzimy w mieszkaniu, które dzielisz z chłopakiem.

Pewnie wiarygodniej by było, gdybym skończyła książkę, będąc poliamorystką, co? Tak, jestem teraz w szczęśliwym związku monogamicznym. Nie wiem jednak, czy tak zostanie. Nie ma jednej, ustalonej na całe życie tożsamości seksualnej. Nie umiem już zobaczyć swojego życia w związku jako czegoś, co ma ustalony scenariusz. Dla mnie to teraz wachlarz propozycji. Jeśli wybiorę konserwatywną relację, a nie progresywną, to tylko dlatego, że będę czuła, że taka jest fajna. Nauczyłam się, że warto eksplorować swoje fantazje, że się nie zgubi w nich moja tożsamość, że nikt mnie nie ukarze, że tylko zyskam. Wierzę w bardziej zróżnicowaną, seksualnie otwartą przyszłość, a w niej najważniejsze będzie to, by się nauczyć nawigować. O co mi chodzi? O co chodzi tobie? Jak dojdziemy do tego punktu?

Nie wydaje ci się, że zawieranie małżeństwa zrobiło się trochę wstydliwe? Pary usprawiedliwiają się, że to romantyczny performance albo taki intymny rytuał czy okazja do imprezy.

Nie ma znaczenia, czy zawiera się małżeństwo na poważnie czy z przymrużeniem oka. I tak to robisz. Moim zdaniem małżeństwo jest instytucją skompromitowaną. Kosmetyczne zabiegi nie zmienią tego, że małżeństwo sankcjonowało opresję kobiet. Małżeństwo odrzuca mnie także z powodów kapitalistycznych.

Co masz na myśli?

Łatwo coś sprzedać małżeńskiej parze. To świetni konsumenci. Wiadomo, jakie robić dla nich reklamy, wiadomo, czego potrzebują. A w Ameryce albo coś staje się produktem, albo ginie. To reguła odnosząca się do wszelkich alternatywnych subkultur. Związek, który wymyka się schematom, jest dla kapitalizmu niebezpieczny – nie wiadomo, co mu podać. Albo więc tłumaczy się go na pieniądze, albo niszczy. Tu nie chodzi o uprzedzenia – liczy się kasa. To mnie odrzuca. A przyciągają mnie nowe języki, rytuały, rozwiązania, które się wymykają komercji, które walczą z tym systemem. Krótko mówiąc – podoba mi się anarchiczność niekonwencjonalnych związków.

Poliamoria: Kilka srok za ogon

Ale czy możemy być w nich szczęśliwi, czy to tylko ciekawe ideologicznie koncepty?

Na pewno warto sprawdzić. Powinniśmy rozumieć, dlaczego piszemy się na małżeństwo. A co, jeśli wolelibyśmy raczej trójkąt z kumplem i sąsiadem i wtedy bylibyśmy szczęśliwi? Czy coś lubię, bo naprawdę tak uważam, czy dlatego, że ktoś mi powiedział, że mam to lubić?

Ja na przykład byłam pewna, że internetowa pornografia mnie nie podnieca. A prawda jest taka, że po prostu uznałam, że to nie może być dla mnie. Kobiety są uczone, aby unikać nazywania swoich fantazji. Za to szkoli się je, by jak prymuski wykonywały to, czego chce mężczyzna. Zanim nie zaczęłam pisać tej książki, w ogóle nie zastanawiałam się nad tym, o co mi chodzi w łóżku. Czasem seks był dobry, czasem zły – i tyle.

Na koniec piszesz: „Kiedy myślę o seksie, przychodzi mi na myśl wizja kropki na horyzoncie”.

Seksualność to nie jest dziś linia, po której musisz przejść, ale raczej azymut, na który możesz się kierować – czasem zbaczając, zawracając, klucząc. Teraz mam chłopaka, jestem szczęśliwa, ale czasem sobie myślę: czy naprawdę jestem? Czy po tym, czego się dowiedziałam, mam teraz po prostu przestać się zastanawiać? Po prostu oglądać razem telewizję? Wziąć ślub? Rodzić dzieci? Zapisać się na siłownię?

Od poliamorystów nauczyłam się, że ważne jest to, aby w związku być do bólu szczerym i omawiać wszystkie swoje potrzeby – niemalże jak na terapii. W tradycyjnych związkach często zaniedbujemy komunikację. Z warsztatów medytacji orgazmicznej zostało mi zaufanie do mojego ciała i poczucie, że należy mu się uwaga i przyjemność nie tylko w seksie. Oglądając pornografię w internecie, pojęłam, że najważniejsze to nie bać się swoich fantazji i nie stawiać w pozycji ofiary, oraz to, że każde ciało może być atrakcyjne. Randki z Tindera pozwoliły mi zrozumieć, że nie każda nowa technologia jest rewolucją, a rewolucje najczęściej kryją się w twojej głowie. Podczas festiwalu Burning Man zrozumiałam zaś na koniec, że tabu nie istnieje, a najfajniejsze, co możemy dla siebie zrobić – w seksie, ale i w życiu w ogóle – to pozwolić sobie na otwartość na drugiego człowieka.

Myślę, że kiedy ktoś raz zacznie sprawdzać i zastanawiać się nad swoimi wyborami, to już do końca życia pisze codziennie od nowa swój własny seks przyszłości. Jeśli dobrze wybrałam swojego chłopaka, to on myśli tak samo. I na razie idziemy razem na ten sam azymut.

Emily Witt „Seks przyszłości”, tłum. Aleksandra Paszkowska, Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Ebook jest dostępny w Publio.pl >>