Potrafisz podnieść waginą kokosa, wielką muszlę, statuetkę Oscara.

Wszystko, co waży do 4,5 kg. Podnosiłam żyrandole, kiście bananów, krasnale ogrodowe, stoliki do kawy, sprzęty kuchenne. Hashtag #thingsiliftwithmyvagina to część mojej kampanii na rzecz promocji waginalnego kung-fu – w figlarny sposób pokazuję kobietom, jakie mają możliwości.

I na przykład chodzisz po plaży w Kalifornii z deską surfingową dyndającą między nogami, a uradowani tym widokiem plażowicze robią sobie z tobą selfie.

To prawda, ludzie żywo reagują, są rozbawieni, zaskoczeni, ale też zaintrygowani. Z moich obserwacji wynika, że często wprost umierają z pragnienia rozmowy na temat seksu, ale w naszej kulturze nie ma odpowiednich słów ani przestrzeni. A że jestem bezpośrednia, śmiała, pewna siebie, to ich rozbudza, bo intuicyjnie już dawno przeczuwali, o czym do nich mówię. Pod tą zabawą kryje się więc uzasadnione i bardzo mocne przesłanie do kobiet na całym świecie. Większość z nich ma odrętwiałe waginy, są zupełnie odcięte od doznań. A jeśli nic nie odczuwają, to trudno się dziwić, że nie mają ochoty na seks. Moja kampania ma na celu powrót do łączności z naszymi pochwami i naszą seksualną energią.

A jak właściwie te wszystkie przedmioty przytroczyć do waginy?

Za pomocą jadeitowego kamienia w kształcie jajka, z dziurką na wylot. Przekłada się przez nią sznurek, który potem się przekłada przez kółko, a do niego przywiązuje się przedmiot. I już.

I robisz przysiady. Czym jest waginalne kung-fu?

To ćwiczenia oparte na założeniu, że możemy mieć kontrolę nad naszą seksualnością. Waginalne podnoszenie ciężarów to tak naprawdę taoistyczna praktyka, która ma 5 tys. lat tradycji. Takich jadeitowych jajek używały kurtyzany chińskich cesarzy, które siłą swojej waginy potrafiły doprowadzić mężczyznę do ejakulacji lub sprawić, by się od niej powstrzymał.

Ty też tak umiesz?

Każda kobieta to potrafi. Waginalne kung-fu wzmacnia mięśnie dna miednicy, wrażliwość seksualną, a w konsekwencji – przyjemność odczuwaną za sprawą seksu. Uczę tego w duchu holistycznego rozwoju emocjonalnego, fizycznego i duchowego.

Mówisz, że każda kobieta powinna umieć strzelać z pochwy piłką pingpongową, a większości z nas kojarzy się to z ordynarnym show w Tajlandii. Czy to naprawdę takie ważne?

Oczywiście! Silna pochwa jest bardzo ważna! Zobaczcie, jakie to dziwne, że w zachodnim kręgu kulturowym przyjęliśmy za normalne to, że kobieta w ciszy cierpi z powodu nietrzymania moczu. Na dolegliwości z tym związane cierpi 60 proc. kobiet, a połowa po porodzie doznaje jakiejś formy obniżenia lub wypadnięcia macicy.

Czy nie zdrowiej uznać za pożądaną normę to, iż kobieta ma tak giętką i silną waginę, że może z niej strzelać piłkami i przesuwać nią meble? To zdrowy cel dla każdej waginy na tej planecie.

Na Wschodzie seksualność jest kulturowo powiązana z duchowością, a na Zachodzie jest tak stłamszona, że postanowiliśmy ignorować wszystko, co poniżej pasa. A przecież pochwa czy genitalia to takie same mięśnie jak wszystkie inne – jeśli ich nie ćwiczysz, ulegają atrofii.

Wiele kobiet ćwiczy mięśnie Kegla, to zrobiło się modne.

Ale robią to źle. Ćwiczenie, które wymyślił doktor Arnold Kegel w 1947 r., miało 90 proc. skuteczności w leczeniu nietrzymania moczu i zakładało włożenie przedmiotu do pochwy – by ćwiczyć mięsień, musisz czuć opór. Wszelkie inne ćwiczenia, bez obciążenia, np. praktykowane w pilatesie, są nieskuteczne. Jeśli na siłowni ćwiczysz bez ciężarków, nie widzisz efektów, dlatego ludzie je podnoszą. Myślę, że wielu lekarzy wstydziło się powiedzieć kobietom: „Idźcie do domu i włóżcie sobie kulkę do pochwy”, więc przestali o tym mówić.

Twierdzisz też, że każda kobieta może doświadczyć wytrysku pochwowego. W powszechnej świadomości to właściwość, którą obdarzone są tylko nieliczne.

To jedno z największych nieporozumień w zachodnim podejściu do seksualności. Zakłada, że jeśli nie możesz udowodnić czegoś w laboratorium w sposób powtarzalny, to to nie istnieje. Każda kobieta może doświadczyć orgazmu szyjki macicy, orgazmu punktu G i mieć wytrysk na drugi koniec pokoju. To kwestia ćwiczeń – do wytrysku potrzebne są silne mięśnie dna macicy, by wypchnąć płyn na zewnątrz. Kobiety po moim kursie często doznają tego wszystkiego po raz pierwszy w życiu – według nauki jedna trzecia kobiet nigdy nie miała orgazmu! By to osiągnąć, potrzebne są nie tylko ćwiczenia, ale też pewien stopień otwarcia, wyluzowania i odpuszczenia – jeśli kobieta nie czuje się komfortowo ze sobą albo ze swoim partnerem, nie dotrze do tych miejsc.

Podkreślasz często, że orgazm pochwowy to doświadczenie zmieniające całe życie. Jakiś przykład?

To emocjonalny i duchowy owoc potrzebny kobiecie o wiele bardziej niż fizyczny i powierzchowny orgazm łechtaczkowy. Jedna z kursantek miała 28 lat i wierzyła, jak wiele kobiet, w patriarchalny i obraźliwy paradygmat: „Ach, po prostu jestem jedną z tych, które takiego orgazmu odczuć nie mogą, i już”. A powtórzę raz jeszcze: możemy wszystkie, to tylko kwestia narzędzi! Po pierwszym pochwowym orgazmie postawiła sobie cel: będę go doświadczać przez 60 dni z rzędu. Udało się. Kolejne wyzwanie – orgazm przez cały rok. I też je zrealizowała. A była singielką.

MATERIAŁY PRASOWE

To musiało być trudne znaleźć partnera na każdy dzień.

A kto powiedział, że potrzebowała partnera? Miała orgazmy sama ze sobą. Dobra masturbacja to świetny sposób na okazanie sobie miłości i eksplorację siebie. Te doświadczenia można potem przenieść do relacji.

A jaka masturbacja jest zła?

Taka, która służy tylko temu, by uwolnić stres, na przykład przed snem. Masz orgazm i padasz zemdlony. Dobry seks, z partnerem czy z samym sobą, jest energetyzujący i stymulujący, sprawia, że masz ochotę biec maraton. Czujesz się zauważony, w efekcie stajesz się lepszym rodzicem, partnerem, przyjacielem, pracownikiem, lepiej wyglądasz. To standard, że ludzie pytają moje kursantki: „O, jak świetnie wyglądasz! Obcięłaś włosy? Masz nową pracę?”. To znak, że otoczenie zauważa nową energię.

Jedna z kursantek dopięła umowę z ważnym klientem, robiąc w trakcie negocjacji waginalne ćwiczenia oddechowe. Inna przestała przyjmować zastrzyki z botoksu, bo jej skóra stała się bardziej sprężysta.

Opowiadała zafascynowana, że mężczyźni wyrastają wokół niej jak grzyby po deszczu – zaczepiają ją na ulicy, w supermarkecie. Promieniowała seksualną energią. W końcu poznała mężczyznę swojego życia, są małżeństwem.

Brzmi naiwnie – seks jako remedium na wszystko.

Naukowcy udowodnili, że seks może złagodzić odczuwanie bólu o 70 proc. – dlatego wymówka o bólu głowy jest bezsensowna. Boli cię głowa, to uprawiaj seks, a poczujesz się lepiej. Seks stymuluje też system odpornościowy, neurotransmitery pobudzone w trakcie orgazmu sprawiają, że czujesz się szczęśliwszy, jesteś bardziej zrelaksowany. Cysty w jajnikach znikają, wzrasta libido. Jedna z kursantek napisała do mnie przerażona: „Rany, chcę się kochać trzy razy dziennie! Czy coś jest ze mną nie tak?”. Uwielbiam takie maile.

Zapraszasz klientów w ekskluzywne miejsca – na Bali, do Meksyku. Co tam robicie?

Ważne jest piękne, naturalne otoczenie, miejsce odcięte od sieci, by ludzie odłączyli się od swojej powszedniej rzeczywistości. Wczesny ranek zaczynamy od grupowej medytacji, potem specjalne ćwiczenia – miks jogi, pilatesu, qi-gongu. Jemy wspólne śniadanie, po którym w trakcie sesji grupowej rozmawiamy o ideach, wymieniamy doświadczenia. Później zadaję im „pracę domową” – idą do swoich bungalowów i ją odrabiają. Następnego dnia rozmawiamy o tym, co zaobserwowali, albo dyskutujemy na inne tematy, które wypłyną. Poruszamy całe spektrum wątków – od technik komunikacji, np. jak wyrażać swoje potrzeby, po pracę nad technikami seksualnymi, np. jak znaleźć punkt G.

Nago?

Grupowe ćwiczenia wykonujemy w ubraniach. Nagość jest zarezerwowana dla prywatnej sytuacji par w ich intymnej przestrzeni.

Prowadziłaś kursy dla setek ludzi. Kto się zapisuje?

Raczej dla tysięcy. Na waginalne kung-fu oczywiście kobiety, ale prowadzę też zajęcia dla par i dla mężczyzn. Jestem trenerem holistycznym – coachem seksualnym i trenerem par. W moich kursach uczestniczą i osoby 20-letnie, i 60-letnie, ale najczęściej są w wieku 30-40 lat, dobrze wykształcone, poszukujące. Wielu myśli, że trafiają do mnie ci, którzy mają kłopot z seksem, tymczasem często są to ludzie, którzy po prostu tę dziedzinę eksplorują – nie tylko każda kobieta może mieć wytrysk, ale też każdy mężczyzna może oddzielić orgazm od ejakulacji i kochać się godzinami. Wysoki poziom seksualnych osiągnięć jest dostępny dla każdego, kto się zaangażuje.

A mężczyźni ci ufają? Przecież nie wiesz, jak jest po drugiej stronie.

Nie mam penisa, jeśli o to wam chodzi. Ale mam 25 lat doświadczenia w tej dziedzinie, setki rozmów z parami i obserwacji z własnych związków.

Ludzie uprawiają dwa rodzaje seksu – seks fastfoodowy i seks dla smakoszy. Kiedy zjesz hamburgera albo frytki, czujesz chwilowy haj cukrowy, a po nim często gwałtowny spadek energii – bo składniki tego posiłku nie są wartościowe dla twojego ciała.

A posiłek smakosza składa się z ekologicznych produktów wysokiej jakości, jego smak jest wielowarstwowy, by go uzyskać, potrzebujesz czasu, wysiłku i miłości. Jest pyszny i odżywczy.

Taki seks można osiągnąć chyba tylko z wieloletnim partnerem?

Cóż, są małżeństwa z 30-letnim stażem, które uprawiają seks fastfoodowy, bo partnerzy nie są świadomi swych potrzeb ani otwarci na siebie. Ale rzeczywiście, długofalowa relacja oparta na zaufaniu jest niezbędna, bo kluczowy składnik seksu dla smakoszy to poddanie się, obniżenie gardy, pozwolenie komuś na zobaczenie cię w autentycznej postaci. Dlatego mój przekaz trafia też do ludzi religijnych.

A religia nie przeszkadza w cieszeniu się seksem?

Mamy seksualne blokady różnego typu. Religia jest jedną z nich – oczekuje od mężczyzn i kobiet odpowiednich zachowań. Szczególnie od kobiet. Pomagam klientom przefiltrować to, co zostało im narzucone przez środowisko, kulturę, rodzinę, by dotrzeć do tego, w co naprawdę wierzą, jakie są ich prawdziwe, naturalne pragnienia seksualne. A potem podpowiadam, jak je zrealizować. Nie mówię im: wyjdźcie na ulicę i uprawiajcie seks z kim popadnie – wręcz przeciwnie. Nie oceniam, jeśli zdecydują inaczej.

Panuje przekonanie, że seks w 20-letnim małżeństwie to nuda.

To też szkodliwy mit. Na początku relacji jesteśmy podekscytowani, ze wszystkich sił chcemy zadowolić partnera i naprawdę skupiamy na nim uwagę. Z czasem, kiedy związek okrzepnie, a sytuacja staje się stabilna, nasza uwaga zostaje skierowana na inne tory – karierę, dzieci. Brakuje jej dla partnera. Relacja staje się mniej soczysta, intensywna. Ale pary, które poświęcają jej czas, pozostają na wysokim poziomie namiętności i satysfakcji nawet przez 40 i więcej lat małżeństwa. Przyjmujemy za naturalne nieustanne kształcenie: szkoła, praca, treningi, seminaria, warsztaty. Ale nie stosujemy tej logiki w związku. Życie seksualne wielu par zamiera z powodu ignorancji, braku świadomości, że związek potrzebuje uwagi, a także wskutek niedostatku wiedzy co do oczekiwań w sferze życia intymnego.

Mówisz, że 95 proc. kobiet jest „niedopieprzonych”. To dość brutalna konstatacja.

To oczywiście luźno rzucona liczba, ale wynika z obserwacji doświadczeń moich klientów. Większość z nich pogodziła się z niesatysfakcjonującym życiem seksualnym.

Minimum seksualne dla kobiet i mężczyzn jest inne?

Przede wszystkim jakość jest ważniejsza niż ilość. Dlatego polecam parom, by raz w tygodniu umawiały się na trzygodzinną seks-randkę.

Pary i seksrandka?

Tak właśnie. Bez negocjacji, zawsze. I nie idą wtedy ani do kina, ani na kolację, ani na spacer, tylko są w łóżku, w intymnej sytuacji. Jeśli cokolwiek ponadto wydarzy się w tygodniu – wspaniale. Ja sama wolę codzienny reżim, bo to piękny sposób na początek dnia, na koniec zresztą też. Idealnie, jeśli pary kochają się trzy razy w tygodniu, wtedy udaje im się utrzymać bliskość i przepływ energii. Nie wierzę, że istnieje różnica między kobietami a mężczyznami. A jeśli już, to z biologicznego punktu widzenia kobiety są bardziej nienasycone – mamy naturalną predyspozycję do wielokrotnych orgazmów, nie potrzebujemy czasu na regenerację. Uważa się, że mężczyźni są bardziej seksualni, mają więc na swoją seksualność większe przyzwolenie, a kobiety wręcz powinny być do seksu przymuszane. To m.in. piętno katolicyzmu, który wtłacza kobietę w rolę dziewicy albo dziwki, nie pozwala jej być kimś pośrodku.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Universal Healing Tao: Uśmiech dla wątroby

Wróćmy do seksrandki. Jak spędzić trzy godziny na igraszkach, gdy w domu śpią – albo, co gorsza, nie chcą spać – dzieci?

Namawiam ludzi, by się zobowiązali. Np. piątek jest dla nich – zatrudniają opiekunkę i wynajmują pokój w hotelu, dziecko idzie na noc do kolegów albo do dziadków. Kiedy dzieci są malutkie, można umawiać się tylko na dwie godziny. Znałam taką parę – on na dyrektorskim stanowisku w ważnej kanadyjskiej firmie, ona też na wysokim szczeblu, bardzo zajęci. Dla obojga to były ich drugie małżeństwa – pierwsze to kilkanaście lat rozczarowań, niewiele seksu. Zdecydowali, że tym razem postarają się ze wszystkich sił.

Mieli razem piątkę dzieci. I mimo to uprawiali seks każdego dnia. Po prostu poświęcili mu czas. Nie lubię wymówek – albo uznajesz seks za priorytet i działasz, albo nie.

Piątek, godzina 20 – czas na seks, kochanie. Mało to spontaniczne.

Och, to jeden z najsłabszych argumentów, jakie słyszę. Opowiem wam o innej parze. Bardzo religijni chrześcijanie, 20 lat po ślubie, czwórka dzieci. Z biegiem czasu i w miarę przybywania obowiązków seks, jak to często bywa, został usunięty z listy priorytetów. Zbliżały się 40. urodziny męża. Żona oświadczyła: „Na urodziny dam ci 365 dni seksu”. Mąż się speszył: „To niezbyt seksowne, nie będę spontaniczny”. Ale zaakceptował prezent.

I codziennie im się chciało?

Oczywiście nie zawsze mieli ochotę. Ale zauważyli, że po seksie czuli się lepiej niż przed nim. Po roku przeprowadziliśmy wspólnie rozmowę – i każde z nich uznało, że to był najlepszy rok ich małżeństwa. Czuli, że odnowili swoje porozumienie, umocnili więź. Na siłownię też nie zawsze masz ochotę iść. Możesz sobie odpuścić albo się zmobilizować.

A co, jeśli akurat kobieta ma okres?

Najlepszy seks w życiu miałam w trakcie menstruacji. Jesteśmy uczone, że to brudne, wstydliwe doświadczenie, które powinnyśmy przeżywać w ukryciu. Ale w pradawnych kulturach uważano, że czas menstruacji to czas mocy kobiet. I tak naprawdę nie mogły wkraczać do świątyń nie z powodu „nieczystości”, lecz swojej siły – bo rozwaliłyby to miejsce od środka.

Ale dlaczego seks podczas menstruacji jest lepszy? Chodzi o biologię, krążenie krwi?

Myślę, że ważniejsze jest poczucie, iż mężczyzna jest otwarty na krwawiącą kobietę i zbliżenie z nią sprawia mu przyjemność. Najbardziej seksowne i pobudzające jest poczucie totalnej akceptacji przez partnera bez względu na stan, w którym się znajdujemy. Kiedy partner akceptuje każdą część ciebie. Nie boi się. Nie ma blokad.

To kiedy małżeństwa powinny zacząć umawiać się na seks?

Pary, które naturalnie uprawiają seks kilka razy w tygodniu, nie muszą tego robić. Choć to może być bardzo seksowne – o tym wieczorze można fantazjować, można go planować, w ciągu tygodnia flirtować, a tego dnia wysyłać sobie seksowne wiadomości.

Ale jeśli pojawiają się racjonalizujące wymówki – dzieci, zmęczenie, praca – jeśli uprawiamy seks rzadziej niż w raz tygodniu (ostatnio rozmawiałam z ekstremalną parą mającą za sobą osiem lat abstynencji), jeśli czujesz, że masz niskie libido albo że inni cię pociągają, a partner nie, wtedy warto zacząć się umawiać.

A ty zawsze miałaś dobry seks?

Od kiedy rozpoczęłam życie seksualne jako nastolatka, intuicyjnie czułam, że seks to portal do innego wymiaru siebie. Po seksie czułam się bardziej sobą niż przed nim. Rozumiałam, że to więcej niż przyjemność, i nie mogłam na to znaleźć wytłumaczenia w zachodniej kulturze. Jako 22-latka poszłam na kurs tantry i odkryłam, że tysiące lat temu zauważono, iż seks może być przeżyciem transcendentnym. Fascynowałam się też praktykami rozwoju osobistego – uczyłam się medytacji, psychologii, filozofii, poznawałam style żywienia, ćwiczenia, medycynę alternatywną.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Mięśnie dna miednicy nie ćwiczą na pilatesie

Rodzice nie kręcili nosem, że ich córka będzie zarabiać na życie, ucząc seksu? Nie byli zawstydzeni? Przerażeni?

Zabrzmi to obcesowo, ale prawda jest taka, że kiedy ludzie stają się seksualnie spełnieni, mają gdzieś to, co myślą inni. Stajesz się pewna swoich przekonań, pomysłów, decyzji i naprawdę się tym nie przejmujesz. Więc miałam w nosie, co myślą o tym rodzice.

Jednak uległaś pewnemu stereotypowi. Urodziłaś się w USA, a inspiracji poleciałaś szukać na Bali.

Dziś to banał. Ale ja mam 44 lata i pierwszy raz poleciałam tam 20 lat temu. Nie było wtedy studiów jogi, działała jedna wegetariańska knajpka. Ale rozumiem, co przyciąga tam ludzi. Rozczarowani religiami szukają rozwoju duchowego i trafiają tu, gdzie życie kręci się wokół duchowości – dla Balijczyków najważniejszy jest Bóg, potem rodzina, na trzecim miejscu stawiają pracę. Jeśli więc jest jakaś ceremonia albo specjalna okazja rodzinna, to nie idą do pracy. I już. Gdziekolwiek się urodzisz, wzrastasz w przekonaniu, że to jedyna słuszna rzeczywistość. A kiedy żyjesz w innym miejscu, widzisz, że świat może być zorganizowany inaczej. Na Bali rozciągnęłam swój umysł.

A jak seks z osobistej ścieżki rozwoju stał się sposobem na życie?

Naturalnie. Kiedy doświadczałam pierwszych orgazmów, nie miałam pojęcia, z czego składa się moja wagina. Dopiero potem zorientowałam się, gdzie jest szyjka macicy, jej dno i jak nazywać fachowo to, co się ze mną dzieje. Mniej więcej 15 lat temu na jednym z warsztatów tantry w Vancouver zauważono mnie i poproszono o prowadzenie zajęć. Potem zaczęli się pojawiać indywidualni klienci. Nagle stałam się liderem i wszystko, czego się do tej pory uczyłam, spięło się w całość. Jakbym przygotowała sobie własny, osobisty dyplom.

Dyplom, na którym jest napisane: mogę doświadczyć 20 orgazmów z rzędu. Jaka jest różnica między pierwszym a ostatnim?

Wszystkie są niesamowite. Ale każdy kolejny orgazm reprezentuje głębszy poziom poznania siebie i odpuszczenia. Po takiej seksualnej sesji wychodzisz oczyszczony, to swoiste katharsis, w którym pozostawiasz za sobą napięcia psychiczne, fizyczne i emocjonalne. Im więcej orgazmów, tym głębiej w to wchodzisz. Interesowałam się maratonami seksualnymi, bo w życiu ważna jest dla mnie wytrzymałość. Lubię sprawdzać, gdzie są granice fizycznych możliwości – uprawiam fitness, ćwiczę na siłowni, pływam na desce surfingowej. I nigdy mi się nie zdarzyło, bym miała orgazm i na tym koniec. Zawsze albo ja, albo partner mieliśmy ochotę na więcej. Jeśli ktoś mówi: mam świetne życie seksualne, coach jest mi niepotrzebny – to znaczy, że jest wręcz odwrotnie. Wspaniały kochanek wie, że zawsze jest kolejny poziom. I nigdy nie dotrzesz do końca.

***

40 lat po premierze wydawnictwa Agora opublikowało wznowienie kultowej książki Michaliny Wisłockiej "Sztuka kochania". Wisłocka nie tylko opisuje w niej pozycje i zabawy seksualne, ale także zastanawia się nad naturą miłości i potrzebą zrozumienia drugiego człowieka. A już w styczniu 2017 roku premiera filmu "Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej" w reżyserii Marii Sadowskiej. Więcej informacji na stronie Kochanie to sztuka. Książka do kupienia na KulturalnySklep.pl

"Sztuka kochania" Michalina Wisłocka Materiały prasowe

 

***

W sprzedaży dostępna jest także książka Pauliny Reiter i Alicji Długołęckiej pt. "Seks na wysokich obcasach 2". Książka do kupienia na KulturalnySklep.pl (wersja papierowa) oraz na Publio.pl (e-book).

'Seks na wysokich obcasach 2' 'Seks na wysokich obcasach 2'  MATERIALY PRASOWE