Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Achmedem. Miłość piękna i trudna

Nie było wiele czasu na pożegnania. Jak zwykle wpadliśmy na lotnisko w ostatniej chwili. Szkoda było dyskutować czyja to wina. Ja- całe życie wszędzie spóźniona, Wojtek- wiecznie zapracowany a do tego musieliśmy po drodze zabrać koleżankę z wszystkimi jej szalami, kapeluszami, nadmiarem walizek i torebek. Przedzieraliśmy się szybko do odprawy i jedyne na czym się koncentrowałam, to czy zdążymy, i czy pozwolą Kryśce wejść na pokład z tym całym kolorowym ekwipunkiem. Leciałyśmy tylko we dwie, na wykupione spontanicznie dzień wcześniej, wczasy w Egipcie. Nic w tym nadzwyczajnego nie było, bo mój mąż jak na rasowego pracoholika przystało, rzadko miewał chęć i możliwości by wyruszyć na wspólny urlop. Podejrzewałam nawet, że lubi gdy wyjeżdżam sama, bo może wtedy spokojnie siedzieć w firmie do późnych godzin nocnych, o głodzie i bez dodatkowego wynagrodzenia, nie wysłuchując moich narzekań.

   Dlatego niepomiernie zdumiały mnie moje własne łzy, które nagle popłynęły przy pośpiesznym uścisku na pożegnanie. Wojtek też był zaskoczony. Jechałam przecież tylko na dwa tygodnie, byliśmy już małżeństwem z sześcioletnim stażem i takie chwilowe rozstania były dla nas czymś powszednim i dawno oswojonym. Pomyślałam, że świetnie wygląda w tych swoich ekstrawaganckich ciuchach i pewnie dlatego mi żal, że ze mną nie pojedzie. Szybki całus i już biegłyśmy do samolotu. Teraz wiem, że to musiało być przeczucie iż po tym wyjeździe nic już nie będzie takie samo. Był sierpień 2006 roku. Roku, który odmienił moje życie.

   W Hurghadzie wylądowałyśmy o trzeciej nad ranem. Nigdy nie zapomnę wrażenia, że wysiadam z klimatyzowanego samolotu wprost do nagrzanego piekarnika. W hotelu szybko padłyśmy do łóżek. Rano obudził nas upał i śpiewne nawoływanie Muezinów. Byłam podekscytowana. Nigdy wcześniej nie byłam w kraju arabskim, o Islamie miałam bardzo mgliste pojęcie a Egipt, wstyd przyznać, kojarzył mi się wyłącznie z moimi ukochanymi czasami starożytnymi i lecąc tam, nie miałam świadomości co działo się w tym kraju po upadku Faraonów. Z perspektywy czasu szokuje mnie własna ignorancja ale cóż, dopiero miałam stać się bardziej wytrawnym podróżnikiem.

   Kryśka, sporo ode mnie starsza i zaprawiona w wojażach, okazała się mieć sporą wiedzę na temat czego możemy się spodziewać w kraju nad Nilem. Otóż z jej doświadczenia wynikało, że tutejsi panowie bardzo sobie cenią takie krągłe brunetki jak my i ona zamierzała wykorzystać wszelkie atuty poszukując tu kandydata na męża. Spotkanie z opiekującą się naszą grupą polską rezydentką, poślubioną – a jakże- miejscowemu Adonisowi tylko utwierdziło ją w tych zamiarach. Kryśka postanowiła nie tracić czasu i odtąd widywałam ją tylko na organizowanych przez operatora wycieczkach. Stawiała się na nie w turkusie na powiekach, zamotana w kolorowe szale niczym do tańca siedmiu zasłon i w znakomitym humorze. Informowała mnie na ilu randkach już była a ile ma jeszcze umówionych. Zachwycała się, że panowie są tu romantyczni i wiedzą jak uszczęśliwić kobietę. Zabrała mi telefon, bo swój utopiła od razu pierwszego dnia w basenie a był jej przecież niezbędny, by sprawnie zarządzać grafikiem spotkań.

   Zatem większość dni spędzałam sama, odcięta od kontaktu z mężem i rodziną, czytając książki na leżaku. Codziennie też pływałam przez godzinę w hotelowym basenie, z którego nikt nie korzystał, bo hotel położony był praktycznie na plaży. To właśnie tam po raz pierwszy mignęły mi turkusowe szorty, których właściciel ewidentnie przyglądał się mojej krytej żabce. Widywałam go codziennie na plaży i przy basenie, bo jak się okazało Ahmed był szefem obsługi. Zaczęliśmy rozmawiać. Rozpromieniał się cały gdy tylko pojawiałam się w zasięgu jego wzroku. Dopiero Kryśka mi uświadomiła, że jest bardzo przystojny. Ja, gapa, cieszyłam się, że mam do kogo usta otworzyć. W przeciwieństwie do pozostałej obsługi hotelowej nigdy ze mną nie flirtował, nie prawił komplementów, nie chciał się od razu żenić. Rozmawialiśmy jak starzy znajomi, więc gdy zaproponował wyjście na drinka wieczorem, oczywiście się zgodziłam. Sama nie miałam odwagi włóczyć się po mieście a Kryśka miała przecież swoje randki.

   Od tej pory wszystkie noce spędzaliśmy w jego ulubionej kafejce za miastem, gdzie byliśmy jedynymi gośćmi. Nigdy nie zrobił niczego, co wskazywałoby, że mu się choć trochę podobam i nawet było mi trochę przykro, bo choć nie szukałam przygód to jednak trochę godziło to w moją próżność.

Dopiero ostatniej nocy, gdy wracaliśmy o świcie do hotelu, powiedział, że marzy by mnie pocałować. I że jego zdaniem jesteśmy dla siebie stworzeni.

   Nie sądziłam, że pocałunek może tyle zmienić. Wywrócić moje wygodne i poukładane życie do góry nogami. Do Polski przyleciałam kompletnie oszołomiona. Rodzinie powiedziałam od razu. Mężowi zaraz potem. Nie dlatego, że to się wydarzyło. Dlatego, że chciałam tam czym prędzej wrócić. Czułam, że to może być coś bardzo ważnego. Musiałam to sprawdzić.

   Dwa miesiące później znów siedziałam w samolocie do Hurghady, w asyście taty, który postanowił przyjrzeć się mojemu amantowi z bliska, jak również ratować mój honor przed teściami, udając, że wyprawa jest na jego życzenie. Tym razem miałam do dyspozycji aż miesiąc. Wydawało mi się, że to dość by sprawy się wyklarowały. Oczywiście zakładałam, że nic z tego nie będzie, bo dwa światy, kultura, religie no i moje małżeństwo… Wracając do Polski na Boże Narodzenie żegnałam się z Ahmedem na zawsze. Serce miałam rozdarte ale rozsądek nakazywał wziąć się w ryzy. W kraju wszyscy mi oczywiście odradzali ten związek. Wszyscy oprócz Kryśki. Ona wciąż miała w pamięci gorące noce na pustyni i uważała, że trzeba podążać za uczuciami. Cóż mogę powiedzieć- w marcu zmierzałam do Egiptu ponownie.

   W sumie spędziłam tam z przerwami trzy lata. W różnych mieszkaniach, o różnym standardzie. Z karaluchami i jaszczurkami biegającymi po ścianach. Z tarasem wychodzącym na Morze Czerwone. Z jedzeniem nie przypominającym niczego europejskiego. Z całą masą nakazów, zakazów, zwyczajów, które trzeba było respektować choćby się człowiek z całego serca z nimi nie zgadzał. W otoczeniu rozlicznej egipskiej rodziny i bez jednego własnego przyjaciela. Pogryziona dotkliwie przez insekty ale opalona na czekoladę. Często czymś zaszokowana a jednocześnie zachwycona możliwością wniknięcia w życie, obyczaje i kulturę Egipcjan od środka. Kochana, kochająca i szczęśliwa. To wtedy połknęłam bakcyla podróżniczego i odtąd nie bardzo wychodzi mi bycie turystką. Przejechaliśmy razem cały Egipt. Zwiedziłam we własnym tempie wszystkie fascynujące miejsca, o których uczyłam się studiując architekturę. Zakochałam się w tym kraju i wzbudziłam w Ahmedzie fascynację jego zabytkami. Wcześniej lekceważąco nazywał je kupą kamieni. Razem odkrywaliśmy wykopaliska Gizy, średniowieczny Kair, ogrody Aleksandrii, kamieniołomy Asuanu, świątynie Luksoru i fatamorganę na drodze do Abu Simbel. Oglądaliśmy niezliczone wschody słońca na plaży i chodzili spać po śniadaniu. Czasem straszliwie się kłóciliśmy ale choć meble fruwały, wiedzieliśmy, że zmierzamy nieuchronnie do podjęcia ostatecznej decyzji.

   Ślub wzięliśmy w maju 2009 roku, poprzedzony moim szybkim rozwodem, który przebiegł w przyjaznej atmosferze. Uznaliśmy, że czas wrócić do Europy. Zderzenie z polską rzeczywistością bez wsparcia byłego męża, do którego przez tyle lat byłam przyzwyczajona, było ciężkie. Z dostatniego życia zrobiła się walka o przetrwanie. Wytrzymaliśmy osiemnaście miesięcy. Nie byliśmy w stanie poradzić sobie w Polsce finansowo. Ahmed pracował w kilku miejscach za najniższą stawkę. Ja miewałam dobre zlecenia ale były też momenty gdy nie miałam ich wcale. Znów trzeba było spakować dobytek.

   W marcu 2011 roku przyjechaliśmy do Londynu z dwoma walizkami. Resztę bagażu dostarczył kurier. W domu zostały dwa ukochane koty. Myśleliśmy, że niebawem do nas dołączą ale nigdy już nie było nam dane ich odzyskać. Zamieszkaliśmy w jednoosobowym pokoju, gdzie siedzieć można było wyłącznie na łóżku. Jedna łazienka na osiem osób. Ale towarzystwo było wesołe i mimo moich 35 lat poczułam się znowu młoda, jak u progu dorosłego życia. To był trudny ale ekscytujący początek zupełnie nowego etapu.

   Od tamtej pory wiele się zmieniło. Daliśmy sobie radę. Przeprowadzili się kolejnych kilka razy. Mieszkamy sami. Mamy własną przestrzeń, dobre prace, trochę oszczędności i jakieś perspektywy. Brytyjskie paszporty i swobodę poruszania. Niestety jednak, nie patrzymy już ani na siebie, ani w tym samym kierunku. Wielka miłość zaginęła gdzieś po drodze. Nasze plany i pragnienia rozmijają się i z dnia na dzień coraz mniej jest punktów stycznych. Trochę to smutne ale z drugiej strony myślę sobie, że takie jest życie i wszystko przydarza nam się w jakimś celu. Fakt, że nigdy nie wiadomo co czeka za rogiem, czyni tę podróż tak ekscytującą. Dlatego uważam, że dla mnie 2006 rok był jak dotąd najważniejszy. Poprzez tę piękną ale trudną miłość i związane z nią decyzje dosłownie odmienił moje życie.  Uczynił mnie wielokrotną emigrantką, obywatelką kolejnego kraju, zapaloną podróżniczką, zapoznał z odmienną kulturą i religią, uodpornił na zmiany, niedogodności, przeprowadzki. Otworzył nowe możliwości, poszerzył horyzonty, przyniósł niezależność. Spotkałam nowych przyjaciół, odkryłam nowe pasje, nauczyłam się wiele. Zmieniłam się, rozwinęłam i poznałam samą siebie, swoje wartości, marzenia i ograniczenia, lepiej niż kiedykolwiek przedtem. Wychodząc z poprzedniego małżeństwa byłam przerażona przyszłością, bałam się, że sobie nie poradzimy z Ahmedem. Teraz znam swoją siłę i nie mogę się doczekać by znów ruszyć naprzód. Nie będę biernie czekać co mi przyszłość przyniesie ale sama ją kształtować, sięgać po swoje i spełniać marzenia. To zabawne ale dziś czuję się młodsza niż te czternaście lat temu, kiedy myślałam, że resztę życia spędzę spokojnie i dostatnio u boku Wojtka, i że nic mnie już ciekawego nie czeka…

Dagmara Firlej

Czy żona zna tę blondynkę?

1985

Piątek. Słoneczny, ciepły dzień. Epidemia, zaraz wybory, a dziś rocznica ślubu. Może to dobra okazja na chwilę refleksji. Patrzenie w las i słuchanie ptaków. Śpiewają jak nawiedzone, to finezyjnie, to siermiężnie. Zaczynają bladym świtem, potem przez kilka godzin w ten sam sposób. Czasem słychać drozda. To artysta. Kos odśpiewuje zadane frazy a pierwiosnek piłuje rzeczywistość. Sójka skrzeczy jak moja dusza. Widać, nie każdy ptak umie śpiewać. Dziś jest interesująco, robią totalny bałagan akustyczny. Dzięcioł krzyczy w oddali.

Zwykle nieruchomy obraz bezwietrznej ściany lasu zapaskudził właśnie artefakt. Znajoma postać poruszyła przestrzenią. No proszę, to on. Jakoś dawno nie mieliśmy okazji. Czasem przemykał pod płotem, ale nie spotkaliśmy się, nie rozmawialiśmy. Idąc - nie idąc, w charakterystyczny tylko dla siebie sposób, sprężyście i flegmatycznie zarazem przybliżał się do ogrodzenia. Mądra wieśniaczka, przyjaciel z dzieciństwa, nieodgadniony zlepek sprzeczności.

- Mistrzu! Kopę lat… No sam nie wiesz jak się cieszę – uśmiechnąłem się serdecznie.

- Cześć chłopie - odkrzyknął i radośnie zamachał wielkimi łapami.

Odstawiłem butelkę, zbiegłem z tarasu, wbiłem się między azalię i trzmielinę aby go uściskać.

- Nie jesteś na kwarantannie? - moje pandemiczne pytanie miało brzmieć jak żart.

- Jestem, jestem. Już od dawna. Z wyboru - był jakiś poważny, jak nie on. – Taka kwarantanna niezależna od epidemii. Przestałem lubić ludzi i izolacja dobrze mi robi - uśmiechnął się, jak dawniej.

- Mnie też już nie lubisz? - zapytałem i nie czekając na odpowiedź szybko dodałem - Dawaj na taras, dziś jest dzień na rozmowę. Ty masz, jak widzę, filozoficznego doła a ja z Beatką rocznicę ślubu. Tematów do rozmów Ci u nas dostatek. Poza tym Brunello, fantastyczne, ale bez przyjaciela to nie to samo. Zachwycimy się wspólnie, co? – mój barokowy styl wynikał z chwilowej ekscytacji.

- No nie wiem, miałem przejść i iść dalej, może coś zrobić, może nie, coś tam kupić czy posprzątać w chałupie... I tak już doskonale wiesz, że mnie przekonałeś.

Bardzo się ucieszyłem, bo jest moim przyjacielem od zawsze. To samo przedszkole i szkoły, te same wyjazdy, przygody, szaleństwa. Trochę wyższy, bardziej energiczny, lepszy w nauce, lepszy w sporcie. Gdy to wspominam muszę się przyznać do małej zazdrości ale nie zawiści. Inspirował mnie, ciągnął za sobą. Bez niego moje życie nie byłoby tak wysycone. Teraz jego obraz trochę mnie martwił. Sam fakt, że przygięło go nieco do ziemi i głowa z lekka siwa to raczej normalne, ale energia… Taki dziwnie niezdecydowany i gdzie ta jego pewność siebie?

Przechylony dekanter uwolnił ekstazę. Słońce zanurzone w kieliszku malowało od niechcenia fioletowo rubinowe obrazy na białej ścianie domu. Pierwszy łyk…

- No po prostu boskie – niezwykle głęboka myśl wypowiedziana równocześnie z przyjacielem dała świadectwo ciągłej bliskości naszych dusz. Chwilę milczeliśmy zanim gość leniwie zaczął.

- Pamiętasz wakacje po III roku? Kiedy to było?... w 85-tym bodajże. To był fajny czas. Zresztą te wakacje trochę nas zmieniły.

- Tak, tak, absolutnie. To chyba najlepsze wakacje w moim życiu. No wiesz… i ta dziewczyna – dodałem.

***

Zaczęło się od OHP-u w Uherskim Hradiste. Taka rozgrzewka towarzyska. Oprócz fascynujących prac przy produkcji kompotów, dżemów i keczupów jeździłem wózkiem widłowym. Niezła kasa, a przede wszystkim radocha. Ścigaliśmy się tymi wózkami po całym zakładzie. Imprezy, nowi ludzie. Raj, okrutnie męczący raj. Ileż można nie spać?

Potem Jugosławia, praktyki wakacyjne. Sześć tygodni. Szpital w Bania Luce, upał, przyjaciele z Włoch, Hiszpanii i oczywiście z Bośni. Rzeka, spływy, skoki z mostów, nurkowanie. Śpiewy i tańce w knajpach, barach i restauracjach. Bajaga i Instruktori. Każdy zwykły posiłek był jak święto. Piękno krainy przed wojną – wodospad w Jajce, Szibenik, Makarska, Dubrownik. Noclegi na plaży, w przydrożnych rowach, na dworcach kolejowych i autobusowych. Deszcze w Sarajewie, skwar w Budvie, tajemniczy Mostar i po kilkadziesiąt godzin podróży tam i z powrotem. Jeszcze tylko wrześniowy obóz AZS-u i czwarty rok - myślałem przepakowując rzeczy.

Wpadam do baru przy przystanku. Rynek w Barlinku nie jest zbyt wielki, raczej trudno się zgubić. Widzę, już siedzą przy kwadratowym stoliku przykrytym bufetową ceratą. Na wprost wejścia Czarek, tyłem dziewczyny, które właśnie przyjechały spóźnione na obóz. Mieliśmy im pomóc dotrzeć do naszego ośrodka po drugiej stronie jeziora. Czekają na mnie.

- Czarek, bierzmy bambetle i idziemy. Za pół godziny trening i pamiętaj, dziś impra w domku nr 5 – powiedziałem ściszonym głosem, ignorując nieco przyjezdne.

- Miśka, Ewka… Słyszałyście? Jesteśmy zaproszone na imprezę - powiedziała blondynka.

- Jasne dziewczyny, jasne. Zapraszamy po kolacji.

Impreza w gronie raczej kameralnym rozpoczęła się wieczorem i trwała chyba do północy. Gitara, napoje, uśmiechy, dyskusje. Blondynce zaśpiewałem „Masz prześliczne oczy, włosy blond, moje serce tęskni za tobą” i jak zwykle w takich razach zrobiło się miło i dwuznacznie. Piosenkę napisał Maras w ogólniaku. Była jednym z przebojów zespołu „The Chłops”, o którym generalnie nikt poza członkami grupy nigdy nie słyszał.

Następnego dnia po imprezie zapoznawczo-integracyjnej siedziałem na schodkach domku z drewna i przenikałem ciszę. Wymieszana z wilgocią i zapachem lasu stanowiła mój ulubiony kupaż. O siódmej rano w niedzielę na obozie sportowym raczej nikt nie istnieje lub jeszcze nie ma świadomości istnienia. Ścieżka nad jezioro była pusta. Zimno, ale może by tak popływać? Z lewej strony nadeszła blondynka. W obszernej bluzie dresowej z widocznym logo i ręcznikiem na ramionach.

Nie zauważyła mnie, szła zamyślona prosto na plażę i oddalony o kilkadziesiąt metrów pomost. Cholera, jak ona ma na imię? Zawsze mam z tym problem. W sumie to dopiero jedna impreza, trudno zapamiętać.

- E! Adidas!- nie zareagowała. – E! Adidas! - krzyknąłem jeszcze głośniej. Zatrzymała się, odwróciła i uśmiechnęła. Uśmiechnęła się i stało się lato, choć było zimno i przed chwilą padał deszcz. - A gdzie ty idziesz? Strasznie wcześnie, nie możesz spać?

- Popływam trochę, lubię świeżość poranka – powiedziała.

- Czekaj, ja też lubię świeżość, poranek i w ogóle pływać - zerwałem się łapiąc Kairosa. Wezmę tylko… ręcznik i kąpielówki.

Skoczyła z pomostu i popłynęła. Ale jak popłynęła. Nie znałem do tej pory dziewczyn, które tak pływają. W ogóle nie widziałem tak ładnych dziewczyn. Nigdy. Popłynąłem za nią pod wodą, dość długo i daleko. Wolno żabką, piętnaście cykli. Taki szpan - mój numer, który zawsze robi wrażenie. Woda była niesamowicie zimna, wszędzie wbijała igły chłodu, a ciało bolało. Dziwne to polskie lato, bez słońca i ciepła. Wypłynąłem tam, gdzie miała być ona. Tak planowałem. Wynurzę się, ona się zachwyci. Nic z tego, blondynka była ze sto metrów dalej i zachęcała, żebym płynął za nią. Po pół godzinie gonitw jeziorowych wróciliśmy na pomost. Uwielbiam ten stan, ciuchy grzeją.

- Świetnie pływasz Mała -powiedziałem. Uśmiechnęła się, zaakceptowała ksywkę, skończył się problem z imieniem. - Naprawdę znakomicie, pływałaś sportowo?

- Nie, tylko w ogólniaku. Tam zawsze byłam druga. Brzozowska, długo, długo nic… i ja. Idziemy na śniadanie?

Dzień realizował założony plan. Bieg wkoło małego jeziora, zajęcia w sekcjach, pływanie, tenis ziemny, stołowy i znowu bieganie. Na koniec pełzanie w kierunku stołówki na kolację. Potem dyskoteka w baraku. Stoły pod ściany i puszczamy muzykę. Czas samorodnych didżejów. Była tam. Stała pod ścianą w grupce dziewczyn. Uśmiechnięta, rozmawiała ale miałem wrażenie, że wie. Jestem, patrzę. Szary sweter, maderowe spodnie i ciemne płaskie buty. Tina śpiewa, podchodzę.

- Mała zatańczysz?

- Jasne.

Rama, blisko, wolno, szybko, obroty prawo, lewo, kroczki, promenada... Płaskie buty to nie przypadek. Nikt tak nie tańczy. Tego wieczoru byłem już totalnie monogamiczny, zauroczony, zafascynowany. Spacerowaliśmy po lesie do rana, a już jutro powiedziałem jej, że zawsze marzyłem aby dotykać jej włosy. Dni mieszały się z nocami, a myśli ze słowami. Dzień przed końcem obozu musiała wyjechać. Obiecała swojemu chłopakowi, że będą razem na weselu znajomych. Do dziś pamiętam jak jej usta układają się w pocałunki za szybą odjeżdżającego autobusu.

***

Patrzył na mnie przyjacielsko. - Zawsze się rozklejasz w tym miejscu, starczy tej historii. A twoja żona wie o tym wszystkim, opowiadałeś jej kiedyś?

- Daj spokój, ona pewnie ma swoje wspomnienia, też może mieć jakieś tajemnice. Wolę gadać z Tobą, po męsku. Nie będę się wzruszał przy kobietach.

Kroki na schodach, to Synek ruszył do kuchni.

- Ojciec, daj spokój z tym gadaniem do siebie. Znowu gdzieś odleciałeś, za dużo myślisz na starość. Sorki, w średnim wieku - słowa syna wyrwały mnie z letargu. - Mieszaj sos. Jasny, ciemny i dużo ostrygowego, papryczki ze dwie, drobno. Ja tu popracuję nad czosnkiem i warzywami. Makaron kilka minut a krewetki już gotowe, uwielbiam krewetki. Wlewaj sos - zarządził szef kuchni.

Turkot bramy garażowej odbębnił powrót Beatki z pracy. Weszła, jak to ona cała w kolorach, spowita nimbem energii i siły.

- Mówiłam dzisiaj, że Was kocham? – zawołała. To nasz rodzinny gryps.

- Nie mówiłaś – odpowiedzieliśmy chórem – My Ciebie też.

- Chłopaki, ale pachnie! Synku, jak zwykle wyczarowałeś coś niesamowitego.

Maciek roześmiał się radośnie. – E! Adidas, to kolendra i bazylia tak pachnie. Zrobiliśmy z tatą krewetki z makaronem po tajsku. Świętujemy Waszą rocznicę.

***

Blondynka miała na imię Beata.

Grzegorz Pawlus 

Wzięłyśmy ślub i zaczęło się życie

Wszystko zmieniło sie w 2017 roku, kiedy tak naprawdę zaczełyśmy żyć.

Chciałyśmy mieć to samo nazwisko. Bo gdy bierzesz ślub za granicą, ale nie w polskim konsulacie, to nie możesz zmienić nazwiska. To był własnie nasz pierwszy krok.

W styczniu 2017 roku zmieniłyśmy legalnie nazwiska na te same. Proces był stresujący. Dokumenty, urzędy, dowody, zeznania, urzędnicy. Ale okazało się to zupełnie możliwe. W homofobicznym kraju, w którym boję się chodzić z dziewczyną za rękę po ulicy, miałyśmy te same nazwiska. Byłyśmy już rodziną. Miałam nowy paszport, dowód, prawo jazdy. Mogłam odbierać listy mojej narzeczonej na poczcie. Nikt już mnie nie pytał kim jestem, bo mamy te same nazwiska, więc to oczywiste, że jesteśmy siostrami (!).

Wtedy zrozumiałam, ze jestem w stanie realizować najbardziej niewyobrażalne marzenia.

Dwa miesiące po zmianie nazwiska moja narzeczona dostała pracę za granicą. Pierwszą rzeczą, jaką sprawdziłyśmy było, to czy w Wielkiej Brytanii małżeństwa osób tej samej płci są legalne i jakich dokumentów potrzebujemy. Nie zastanawiałyśmy się ani sekundy. Zamknęłam firmę, zostawiłam wszystko, zrezygnowałam z kariery. 6 tygodni później żegnałyśmy się z rodziną. Oczywiście, że płakałam. Ze szczęścia i ze strachu, zadając sobie pytanie – co ja właściwie robię. Ale wiedziałam, że nie ma innej drogi.

W sierpniu 2017 roku wzięłyśmy ślub. Nie wiem, co czują heterycy w tym momencie. Dla mnie to wydarzenie, to nie tylko jakiś tam ślub. Ja zaczęłam żyć. Normalnie. Jak wszyscy. Z kobietą, którą kocham, tak po prostu. Życie stało się możliwe. Dosłownie.

Na ślubie byli rodzice. Powiedziałyśmy, że nie muszą przyjeżdzać, jak nie chcą. Byli. Na zdjęciu moja mama ma minę, jak na pogrzebie. Ja się cieszę, jak nigdy w życiu.

A na wesele przyszli wszyscy, których zaprosiłyśmy. Niektórzy dowiedzieli się o nas w momencie, kiedy dostali zaproszenie. Wysłałyśmy pocztą, więc nie wiem jakie mieli miny. Ale przyszli. Ludzie do tej pory wspominają to wesele jako najlepsze na jakimkolwiek byli, bez sprośnych zabaw, obowiązku przychodzenia w sukienkach i z partnerem odmiennej płci. Wszyscy życzyli nam szczęścia, miłości i dzieci.

Pierwszy raz poczułam „O Boże, mogę żyć normalnie”, kiedy mój szef założył, że mam męża, a koleżanka poprawiła go, że mam żonę. Przepraszał mnie przez cały dzień, że popełnił taką gafę i czuł się bardzo zakłopotany. Myślał, że się obraziłam. Wtedy przestałam się bać. Pierwszy raz poczułam, że mogę legalnie żyć jak chcę i nikt nie ma prawa mnie oceniać.

Wszystko zmieniło się jeszcze raz w 2018 roku, kiedy emocje zachwytu nad nowym życiem opadły i dopadło nas życie na emigracij.

Moja żona spełniała się w swojej nowej pracy. A ja byłam nikim. Na początku fajnie było tak rzucić wszystko i nie robić nic. Pracowałam intensywnie przez kilka lat. Własna firma, doktorat. Rzuciałam wszystko dla marzeń o życiu jak inni. Rzuciłam życie po to, żeby Żyć. Musiałam odnaleźć siebie od nowa. Zaczynałam powoli, od pracy w kawiarnii i uczenia się języka. Potem praca w biurze. W międzyczasie próbowałam dostać pracę w branży, w której pracowałam wcześniej. Okazało się, że musiałabym robić dodatkowe studia, uprawnienia, bez sensu. Moje lata doświadczenia nie miały znaczenia w miejsu, w którym się znalazłam. To było przygnębiające. Bardzo.

Zdecydowałam, że odkurzę stare marzenia. Skoro mogę poślubić kobietę. Mogę się też przekwalifikować.

W 2018 roku, po 9 miesiącach intensywnej nauki, zostałam programistką.

Zawsze to lubiłam, skończyłam liceum z rozszerzoną informatyką. Chciałam zdawać na studia informatyczne, ale w szkole powiedziano mi, że to przecież nie jest dla dziewczyn. I tak poszłam na pedagogikę. A przecież mogłam inaczej już dawno temu, tylko nikt mi nie powiedział, że mogę.

Żeby nie było nudno, to w 2019 roku postanowiłyśmy zmienić wszystko raz jeszcze. Zaczęłyśmy starać się o dziecko. In vitro jest w Wielkiej Brytanii refundowane dla par homoseksualnych. Proces jest długi, jest wiele badań, spotkań, lekarzy. A jak się ma problemy zdrowotne, to już w ogóle. Ja teraz rozumiem pary heterosekeualne, które mówią, że starają sie po kilka lat. To jest naprawdę trudne emocjonalnie. Ale dzięki temu jesteśmy silniejsze. No i nasza rodzina jest z nami. Moja mama tym razem cieszy sie jak szalona.

Chciałabym powiedzieć, że rok 2020 zmienił wszystko, ale nie, jeszcze nie jesteśmy w ciąży. Koronawirus pokrzyżował plany. Ale nie poddajemy się, przecież już kilka razy osiągnęłyśmy niemożliwe. A może właśnie tak miało być?

Jest czerwiec, moja żona dostała nową pracę nad morzem. Zawsze chciałam mieszkać na wybrzeżu, więc kolejne marzenie się spełnia. Powoli znoszą lockdown, klinika in vitro jest już otwarta. Więc działamy. Wierzę, że za 9 miesięcy zmieni się wszystko!

PS. Trzy lata po ślubie nikt już nigdy nie założył, że jesteśmy siostrami. Przecież to tak oczywiste, że jesteśmy małżeństwem.

Kiedys marzyłam o tym, by nie musiec się bać, że stracę pracę, gdy ktoś się dowie, że poślubiłam kobietę. Wydawało mi się niemożliwym, by móc żyć, tak po prostu, bez stresu, strachu i ukrywania. Wtedy nie myślałam nawet, że kiedykolwiek będę mieć dziecko. Bałam się, co ludzie powiedzą, jeśli zmieniłabym zawód.

Czasami tak wiele rzeczy wydaje się nam niemożliwych. A wystarczy zrobić pierwszy krok, żeby uwierzyć. I nie czekać, aż ktoś Ci powie, że możesz.

Lidia

Jak zmieniłam pracę i życie

Który rok zmienił moje życie? Każdy rok przynosi coś nowego, coś co powoduje, że jesteśmy zmuszeni zmienić kierunek naszego biegu. Kiedy tak siedzę wpatrując się w ekran laptopa, myślę, że sporo się w moim życiu zadziało: jako młodziutka dziewczyna przeniosłam się ze wsi do miasta i nauczyłam się godzinami gadać z przyjaciółmi przez telefon. Wyszłam za mąż, rodziły mi się dzieci, niekoniecznie w odpowiednim momencie, pracowałam, wyjechałam pierwszy raz za granicę i złapałam bakcyla podróży….działo się. Jednak patrząc wstecz myślę, że najdziwniejszym rokiem był 1999 – ostatni rok poprzedniej epoki.

Po maturze nie udało mi się dostać na studia. Rozgoryczona przekonana przez mamę, że trzeba mieć jakiś zawód wybrałam dwuletnie studium medyczne. Nie chciałam pracować w urzędzie gminy czy w jakiś innym urzędzie, bo wydawało mi się to straszne nudne. Chciałam uczyć w szkole wiejskiej języka polskiego i studiować. Ale ten pomysł nie bardzo podobała się mojej mamie. Więc będę pielęgniarką – podjęłam decyzję – pracę będę miała zawsze. Ludzie chorują, umierają i potrzebują pomocy. Będę pracować w szpitalu. I pracowałam przez dwanaście lat zafascynowana pracą i rozczarowana prestiżem zawodowym. To były czasy, kiedy pielęgniarka nosiła na głowie czepek. To były czasy, kiedy pielęgniarka była od wszystkiego. Myłam chorych, robiłam zastrzyki, reanimowałam, robiłam lewatywy, zmieniałam opatrunki, opróżniałam nocniki, podawałam tabletki, czasem modliłam się na samotnym dyżurze nocnym przy umierającym pacjencie.

I przyszedł rok 1999. Miałam już dwie córeczki, które ciężko było mi zostawiać w domu, kiedy szłam na dyżur. Chociaż wiedziałam, że z tatą i babcią będzie im dobrze.

Pamiętam jak pewnego dnia patrzyłam na wypłatę odebraną z kasy szpitalnej…. To były czasy, kiedy nie trzeba było mieć konta bankowego, był dzień wypłaty i wszyscy ustawiali się w kolejkę przy kasie. Na co wystarczy mi tych pieniędzy? Nie jestem sama, jesteśmy we dwoje, damy radę. Ale ja mam tyle marzeń…a niektóre marzenia nieźle kosztują.

I zaczęło się gorączkowe szukanie pomysłu co zrobić, jak zmienić swoje życie…

To były czasy kiedy w Gazecie Wyborczej pełno było ogłoszeń związanych z pracą: „zatrudnię fryzjerkę…” „księgową…”, „dam pracę…”, „księgową…”, „do sklepu…”, „do księgowości…”, „murarza..”, „księgową…”

Kurczę, a może by tak zostać księgową? Ile zarabia księgowa? Jak nią zostać mając za sobą maturę i studium pielęgniarskie…, co to znaczy księgowa…. I tak dalej szperałam w Gazecie Wyborczej, aż znalazłam popołudniowy kurs księgowości, niedrogi, żeby nie uszczuplać budżetu domowego, i niedaleko domu, żeby nie tracić zbyt dużo czasu, bo dziewczynki w domu czekają na mamę.

Miałam szczęście… tak to oceniam. Jeszcze nie zdążyłam ukończyć kursu, a zdarzyła się niespodziewana możliwość totalnej zmiany zawodowej. Zrobiłam to. Zaczęłam pracować w firmie zagranicznej zniechęcana przez wszystkich, że praca państwowa to jednak państwowa, zawsze będzie, a taka „u prywaciarza…. to nigdy nic nie wiadomo…”

Minęło ponad dwadzieścia lat, a ja nadal pracuję w Grupie, chociaż tyle zmieniło się w tych moich spółkach, lepiej zarabiam, spełniam niektóre swoje marzenia.

Roku 1999 nigdy nie zapomnę – to było przejście z jednego świata do drugiego. Ze świata bólu i cierpienia, brudnej pościeli i beznadziei w oczach do świata własnego biurka, telefonu służbowego i poniedziałkowego powitania „hello, jak tam weekend?”.

Pierwsze dni w pracy były straszne. Po ostatnim dyżurze nocnym na erce kardiologicznej i reanimacji pacjenta z chorym sercem, który nad ranem zmarł, wejście do biura w eleganckim warszawskim biurowcu było jak czytanie książki czy oglądanie filmu. To nie była rzeczywistość. Niewiele wiedziałam na temat pracy biurowej, nie umiałam się odnaleźć, uczyłam się obsługi komputera, układałam alfabetycznie dokumenty, całymi dniami kserowałam stosy zapisanych kartek A4, wysyłałam listy polecone w Polskę, nosiłam przelewy do banku i gromadziłam faktury. W głowie kołatały mi się myśli: co ja tutaj robię? dlaczego za tę pracę płacą mi więcej? jak ja spłacę moralny dług wobec chorych i cierpiących? to dla pieniędzy… to dla pieniędzy… to dla pieniędzy… masz rodzinę…. masz dzieci… chcesz im pokazać świat… kiedyś tam wrócisz…chorzy i cierpiący będą zawsze… chociażby jako wolontariusz… teraz to dla pieniędzy…

Nie było mi łatwo zmienić postrzeganie świata. Byłam kobietą po trzydziestce. Ale wsiąkłam. Poszłam na studia, urodziłam trzecie dziecko – przy dwóch córeczkach synek to jednak odmiana – patyk i rolki, a nie falbaniasta spódniczka i pastelowy kucyk pony. Pracowałam, pracowałam…jestem księgową do dzisiaj. Moje życie rok 1999 zmienił bardzo – wykształciłam się, nauczyłam się języka angielskiego, poznałam świat z innej perspektywy. Doświadczenie medyczne pomogło mi nie tylko wychować dzieci, ale także służyć pomocą rodzinie czy sąsiadom w drobnych problemach zdrowotnych. Umiejętność robienia zastrzyków czy fachowa zmiana opatrunku pozostaje jak umiejętność jazdy na rowerze i nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać.

Teraz w czasie pandemii rok 1999 wrócił do mnie jak bumerang. Wróciły dawne myśli i nostalgie, świadomość, że tyle przerażonych i cierpiących w koło. Na szczęście pozostał podziw i szacunek dla tych odważnych, cierpliwych, potrafiących nieść pomoc w tak trudnej sytuacji. Oglądam reportaże ze szpitali włoskich i polskich, i rozumiem uczucia chorych osamotnionych w tej chorobie, i rozumiem tych na pierwszej linii frontu – okutanych w szczelne skafandry i duszące maseczki                          Zofia

Pomogła mi siostrzana dusza

W jednej z powieści H.Sienkiewicza znajdują się słowa, które nie wiedzieć czemu zapadły mi kiedyś w pamięci... . A brzmią one: "Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. I ja te same słowa mogłabym przyporządkować  2013 rokowi... .

Wówczas już od samego początku jego trwania dopadały mnie rozmaite nieszczęścia, które coraz to bardziej wciągały mnie w czeluść smutku... . Najpierw straciłam pracę i to właściwie bez konkretnej przyczyny...a właściwie była takowa w postaci zazdrosnej kierowniczki przypominającej charakterem (no i nieco wyglądem) Cruellę De Mon z bajki pod tytułem "101 dalmatyńczyków". Potem po dwóch tygodniach, gdy wracałam z rozmowy kwalifikacyjnej poślizgnęłam się na schodach i złamałam kciuk prawej reki, a na deser (wyjątkowo niestrawny) w dniu imienin dostałam sms-a brzmiącego: "chyba oboje już do siebie nie czujemy mięty, więc rozstańmy się póki nie będzie gorzej". Tak po trzech latach związku zerwał ze mną, ktoś komu ufałam i kogo darzyłam głębokim uczuciem... . Dopiero później dotarło do mnie, że owy związek nie miał przyszłości, a ja zamiast "mięty" czułam codziennie bardzo intensywny zapach snobistycznych megadrogich perfum, którymi mój były się spryskiwał.. .

No, ale suma sumarum dopadła mnie...ta, która do tej pory była dla mnie czystą abstrakcją...znana tyko z opowiadań... Jej Okrutność Pani Depresja... . Przyszła niespodziewanie i zawładnęła moim życiem... . Przez trzy tygodnie nie wychodziłam z mieszkania (tracąc w szybkim tempie oszczędności) i gdyby nie mój pies Max, który domagał się w najbardziej czułej formie spacerów, nie wiem, czy znalazłabym najmniejszy sens by wyjść ze swej "klatki cierpienia".

Ale pomocną dłoń wyciągnął wówczas ktoś inny, ktoś kto dotąd swą ekscentryczną naturą i wielobarwnością wizerunku nieco kazał trzymać mi się na dystans... . A była to moja sąsiadka z klatki...Natalia. Trzydziestoletnie absolwentka kulturoznawstwa prowadząca mały sklepik z rękodziełem pomału, pod pozorem pożyczenia cukru (którego nie używa) odwiedzała mnie wyczuwając moje ogromne kłopoty i zły stan zdrowia.

I tak mozolnie, dzień po dniu, robiąc małe postępy (zapisawszy się także na psychoterapię) odzyskiwałam nie tylko równowagę psychiczną, ale i odnajdywałam w sobie...SIEBIE.

Odkryłam, że żyłam dotąd życiem zastępczym, realizowałam nie swoje marzenia, nie chciałam usatysfakcjonować siebie, ale zawsze kogoś innego... .

Problem leżał w ogóle w dalekiej przeszłości, ale to temat na osobną historię... . Z owego pasma nieszczęść zrodziło się dla mnie ogromne dobro w postaci zyskania NAJLEPSZEGO PRZYJACIELA, siostrzanej duszy... . Natalia pokazała mi jak można być szczęśliwym, mając niewiele i jak dostrzegać piękno świata w najprostszych jego przejawach... . Jak afirmować każdą wolną chwile i cieszyć się z małych rzeczy.. . Dzięki jej wspaniałemu, czasami pełnemu poświęcenia wsparciu powoli dochodziłam do siebie w sensie fizycznym i przede wszystkim psychicznym.

Prawdziwym przełomem okazała się wtedy wrześniowa wspólna podróż w majestatyczne Bieszczady. Pojechałyśmy do tej baśniowej wręcz krainy po to, aby nabrać sił witalnych i poczuć zespolenie z naturą...doświadczyć jej przemożnego wpływu na kondycję człowieka. Trzy tygodnie spędzone w tymże miejscu pomogły mi ostatecznie stanąć na nogi... . Te majestatyczne góry odtąd za każdym razem zachwycają mnie swoim unikalnym pięknem, którego nie sposób wyrazić słowami. Bieszczady to miejsce ze wszech miar magiczne, z pogranicza jawy i snu.... . Niedotknięte cywilizacyjnym zepsuciem oddziałują za każdym razem na każdą komórkę mego ciała i na każdy pierwiastek mej duszy. Onegdaj podczas wędrowania z Natalią zielonymi dywanami połonin doświadczyłam swoistego katharsis, swoistego odrodzenia i nabrałam energii do życia.

Od tamtej pory PODRÓŻE stanowią dla mnie w ogóle najlepszy sposób na to, by zrzucić nadbagaż stresu. Co więcej dowiedziałam się wtedy, że istnieją na świecie miejsca, które leczą, które niczym mistyczne czakramy oddziałują na człowieka przekazując mu niezwykłą energię. Tak, to Natalia i moje ukochane Bieszczady pomogły mi wówczas stanąć na nogi i przekonać się, że "człowiek nie jest samotną wyspą". A rok 2013 skończył się tym, że zaczęłyśmy z Natalią współpracę i teraz mamy już dwa sklepy z asortymentem, który jest tożsamy z naszą naturą i zainteresowaniami....i jest jednym z tych, które wspominam najczęściej. Pokazał mi także coś naprawdę istotnego, że nigdy nie należy się poddawać i być otwartym na drugiego człowieka.

Figa

Zaszłam w ciążę. Odeszłam z kościoła.

Jest styczeń 2018 roku. Idę jedną z warszawskich ulic na rozmowę o pracę. Okropny ziąb. Mam wrażenie, że mroźny wiatr dostaje się do mojego ciała przez każdą lukę w odzieży. Pokonuję zaspy śniegu dumnie trzymając w ręku teczkę z moim bogatym CV. Mam przecież pokaźne doświadczenie, nie mówiąc o ukończonych kierunkach studiów. Miałam też świetną pracę i właśnie ją rzuciłam, bo chcę dostać tą wymarzoną.

W głowie planuję już resztę dnia. Rozmowa jest z polecenia, więc mam cichą nadzieję, że pójdzie gładko. Nie stresuję się. Rozmyślam o obiedzie no i wieczornej mszy. Jestem bardzo wierząca. I praktykująca. Wszystko w zgodzie z naukami kościoła. Dlatego najpierw było narzeczeństwo, później ślub kościelny i miały być dzieci. Tylko od dwóch lat nie mamy „szczęścia”.

Docieram na rozmowę. Ogromny budynek połączony z kaplicą ukazuje się moim oczom. To Dom Dziecka. Prowadzony przez Siostry Zakonne. Mam zostać tam wychowawcą. I zostaję. Rozmowa przebiega gładko, tak jak sądziłam. Zaczynam od przyszłego tygodnia.

Mijają miesiące. Z mężem zaczynamy poważnie myśleć o klinice leczenia niepłodności. W pracy przeżywam szok za szokiem i nie potrafię już chodzić do niej bez nerwów. Na samą myśl o dyżurze boli mnie brzuch.

Podjęliśmy decyzję. Od maja do czerwca przeszliśmy serię badań. Okazało się, że problem leży po obu stronach. Moje PCOS i męża słabe nasienie. 3 miesiące leczenia, kontynuacja badań. Kilka prób inseminacji. Porażka. Decyzja lekarzy: In-vitro. Jedyna szansa na dziecko. Tylko wbrew naukom kościoła. Ogromny dylemat. Chociaż wcale nie tak ogromny. Pragnęliśmy dziecka i mnóstwo czasu spędziliśmy nad zdobyciem konkretnej wiedzy medycznej, co do sposobu i przebiegu In-Vitro. Chcieliśmy jeszcze porozmawiać z księdzem. Usłyszeliśmy – „to zabójstwo”. Moja pierwsza myśl: „Bzdura!” Później z mężem długo rozmawialiśmy o podejściu kościoła. Jakby kompletnie nie chcieli nawet zagłębić się w temat. Przecież nikt nie wyrzuca zarodków. Wszystko jest naprawdę zgodne z etyką.

Rozmowa z księdzem zbiegła się w czasie z kolejnym traumatycznym przeżyciem w pracy.

Jedna z sióstr zakonnych w mojej obecności poniżyła dziecko w sposób perfidny, mówiąc, że nie dziwi się, że zostawiła go matka, bo jest wredny.

Serce pękło mi na milion kawałków patrząc na tego, niepełnosprawnego chłopca. Nie potrafiłam zrozumieć jak to jest możliwe, że „służebnica pańska” może w taki sposób chociażby pomyśleć, a co dopiero powiedzieć to dziecku. Takich sytuacji było w tej pracy multum. Do tego dochodziły historie samych sióstr, które były wobec siebie jak najgorsi wrogowie. Atmosfera w tym domu była krótko mówiąc zła. To nie był dom bożej miłości. Przestałam się dziwić, czemu tak często szukają tu pracowników. Sama również postanowiłam odejść. Dzisiaj żal mi tylko tych dzieci, które odejść stamtąd nie mogą.

Zostałam zatem bez pracy, ale za to z nadzieją na lepsze jutro. Uchwyciliśmy się marzenia o dziecku. W listopadzie miałam punkcję. Udało się pobrać 12 komórek. Embriolodzy „okiełznali” 9. Zapłodnić można tylko 5. Tak też zrobiliśmy, a 4 oddaliśmy do adopcji. Mam nadzieję, że komuś pozwoliły spełnić marzenie o dziecku.

Nasza piątka dzięki wspaniałej pracy embriologów przeobraziła się w zarodki. Z uwagi na moje PCOS zostały zamrożone, a ja musiałam poczekać jeden cykl na sam transfer. 26 stycznia 2019 roku poziom betaHCG we krwi wyraźnie wskazał na ciążę. Dzisiaj, nasze dziecko ma już 9 miesięcy. Pozostałe 4 zarodki grzecznie czekają na swój wielki dzień.

Zaszłam w ciążę. Odeszłam z pracy. Odeszłam z kościoła. W styczniu 2019 r. dokonałam apostazji. Nie wierzę w kościół, ani Boga. Byłam tak blisko zła w kościele, że otworzyłam oczy na prawdę. Nie muszę chodzić do kościoła i wychwalać pana, by być dobrym człowiekiem, kochać innych ludzi i zwierzęta. Nie muszę prosić o pozwolenie na posiadanie dziecka od obcych mężczyzn w sukienkach. Jestem wolnym człowiekiem, decyduję o sobie sama i wszystko, do czego doszłam zawdzięczam sobie, bliskim i medycynie . A nie iluzji.

To był rok, który odmienił całe moje życie, postrzeganie świata i innych. Nie zmienił jednak tego, jakim jestem człowiekiem. Niedługo zaczynam nową pracę. W świeckim Domu Dziecka, gdzie mam nadzieję uda mi się przekazać trochę mojej wiedzy, dobra i po prostu siebie J

Katarzyna P.

Przytulam siebie, tę małą dziewczynkę

Czy rok zawsze rozpoczyna się 1 stycznia? Niekoniecznie. Czy rok trwa określoną liczbę dni? Okazuje się, że może trwać nawet 30 lat.

Rok, w którym zakończyło się moje dzieciństwo, zaczął się 3 października 1989 roku. We wtorek.

Miałam wtedy 13 lat. Był słoneczny, październikowy dzień. Zupełnie niczym nie różnił się od innych dni. Wracałam właśnie ze szkoły. (Chodziłam do 7 klasy.) Wspominałam placki ziemniaczane, które rano zrobiła nam mama. Bo nie było chleba. Na samą myśl poczułam głód. Przyspieszyłam kroku. Szybko pokonałam pozostałe kilometry. Do szkoły było ich aż trzy. Dotarłam do domu. Zrobiłam sobie coś do jedzenia. Mamy jeszcze nie było. Pojechała rowerem po zakupy do miejscowości, w której mieszkała nasza ciocia, a jej siostra. Tata chodził trochę zdenerwowany. Zanosiło się na deszcz, a trzeba było zebrać ziemniaki, które leżały wykopane na polu.

Nagle na podwórku nastąpiło jakieś poruszenie. Przyjechał brat taty.

- Nie mów im – usłyszałam.

- Dzieci muszą wiedzieć – padła krótka odpowiedź. Poczułam niepokój.

- Dzieci. Wasza matka nie żyje. Miała wypadek. Potrąciła ją ciężarówka – powiedział tata, wchodząc do kuchni. Serce na moment się we mnie zatrzymało, zamarło. Potem znów zaczęło bić, drżąc co jakiś czas.

Wydawało mi się, że uczestniczę w jakimś filmie. Mechanicznie odpowiadałam na pytania o ubiór mamy, kolor roweru. Moje rodzeństwo: bracia (dziesięcioletni, dziewięcioletni, pięcioletni i dwuletni) oraz siedmioletnia siostra skuliło się ze strachu na łóżku. Płacząc i tuląc się, zmęczone zasnęło.

***

Pogrzeb pamiętam jak przez mgłę. Najbardziej realna była rozmowa z mamą, podczas której pocieszała mnie, że przecież to był tylko sen. Obudziłam się ze śmiechem. Tylko dlaczego znowu po chwili płaczę?

***

Od tej pory byłam już dorosła. Przejęłam rolę matki. Gotowałam. Sprzątałam. Prałam. Pomagałam w lekcjach.

A jednocześnie byłam uczennicą. Wzorową uczennicą. Ze świadectwami z czerwonym paskiem. Ukończyłam szkołę podstawową odznaczona srebrną tarczą. Jako jedyna z klasy dostałam się do liceum. Wychodziłam z domu o 6.40 do autobusu. Wracałam po 16.00. Potem obowiązki domowe, w których z czasem zaczęli pomagać mi bracia i siostra. Nauka? Nauka w nocy. Nie było już czerwonego paska... Były za to wywiadówki w szkołach braci, w przedszkolu. I pierwszy szok:

- Dlaczego nie przyjechałaś do mnie na Dzień Matki. Inne mamy były – usłyszałam pewnego majowego dnia od swojego najmłodszego brata.

- Nie mogłam. Miałam długo lekcje – tłumaczyłam się. – Przecież ja się uczę.

- To ty nie jesteś moją mamą? – zdziwienie w głosie brata nie było udawane.

***

Po liceum ukończyłam studia. Filologia polska, historia, specjalizacja nauczycielska. Od 1998 praca w szkole. Potem kochany mąż, wspaniały syn, idealne życie. Pierwsze sukcesy, nagrody mniejsze i większe. Ciekawe projekty. Wspaniali uczniowie i ich rodzice. Wymarzona praca.

***

Tylko… Dlaczego sukces cieszy przez chwilę? Dlaczego nie ma radości z nagród? Dlaczego bez przerwy jestem na baczność? Dlaczego muszę mieć wszystko pod kontrolą? Dlaczego zafiksowałam się na treningi biegowe? Dlaczego mogę paść, a plan musi być zrealizowany? Dlaczego nie czuję się wartościową osobą? Dlaczego łzy lecą w nocy? Dlaczego mi duszno? Dlaczego mi słabo? Dlaczego tak ciężko wstać rano z łóżka? Dlaczego tak ciężko zasnąć? Dlaczego łzy lecą w dzień?

***

Poniedziałek. 25 lutego 2019 r. Biały fartuch lekarki i jej współczujący wzrok.

Diagnoza: depresja.

Całą wizytę płaczę. Nie mogę się uspokoić. Dostaję plik skierowań: psycholog, psychiatra, jakieś badania, recepty, zwolnienie z pracy na trzy tygodnie! Wychodzę. Siadam na krześle w poczekalni. Jestem taka zmęczona. Nie chcę już nic.

Na szczęście mam rodzinę. Następnego dnia psycholog. Wizyta jest długa. Niewiele z niej pamiętam. Dużo płaczę. Diagnoza potwierdzona. Depresja.

- Pani jest przepracowana od 30 lat – stwierdza psycholog.

***

Wracam do domu. Kładę się do łóżka. Płaczę. Płaczę za tą małą dziewczynką. Trzynastolatką z 1989 roku. Za jej straconym dzieciństwem. Za jej nienaturalnym dorastaniem. Tak bardzo mi jej żal. Na szczęście już nie muszę być silna, najsilniejsza ze wszystkich. Nie muszę wszystkiego kontrolować. Inni mogą się tym wszystkim zająć.

L4. Tydzień pierwszy

Mąż bierze urlop. Stara się, żebym jadła, piła. Wychodzę czasami na spacer z psem, bo wiem, że powinnam. Walczę.

L4. Tydzień drugi

Syn zostaje w domu. Nie idzie do szkoły. Pilnuje, żebym jadła, piła. Zachęca do wyjścia z psem, do biegania. Czasami mu się udaje.

L4. Tydzień trzeci

Biegnę. Naglę nad drogą przelatuje kaczka. Pierwszy raz od długiego czasu coś we mnie drgnęło. Czuję radość. Zaczynam wierzyć, że będzie dobrze. Uśmiecham się.

***

Wracam do pracy. Trochę dziwnie się czuję. Taka inna. Silniejsza. Zdystansowana. Spokojna. Staram się nie przejmować wszystkim. Nie pracować ponad miarę. Nie kontrolować. Pozwolić sobie pomóc.

***

Cały czas jestem na lekach. Rozpoczynam psychoterapię. To boli. Dla własnego dobra muszę przestać udawać, że jest ok. Muszę wrócić do tych jesiennych,

bolesnych dni 1989 roku. I do kolejnych dni... Zimowych, wiosennych, letnich. I kolejnych...

Znowu płaczę. Dużo. Boli. Wspomnienia bolą. Znów patrzy na mnie tamta dzielna dziewczynka. Jest silna, bardzo silna. Unosi do góry głowę. Patrzy prosto w oczy. W środku trzęsie się z nerwów i strachu, ale zaciska zęby i nikt tego nie widzi.

Przytulam ją:

„Nie musisz być silna. Nie musisz wszystkiego umieć. Nie musisz wszystkiego kontrolować. Będzie dobrze. Możesz się bać. Możesz płakać. Płacz”.

Płaczę.

***

Trzydzieści lat. Początek i koniec. 1989 – 2019. To był długi rok. Rok w ciemności. W strachu. Naznaczony chorobą. Bardzo podstępną, która niezauważalnie, powoli niszczyła mój organizm. Niszczyła mnie. Zmieniała w kogoś innego. Nie pozwoliła cieszyć się życiem. Nie pozwalała zaznać szczęścia. Ukryła się. Ponieważ byłam zbyt silna, zauważyłam ją późno.

Depresja. Oswajam. Walczę. Nie dam się. Mam prawo do siebie.

Marzena Kruszyńska

Dość dobra

Wszystko o czym napiszę związane jest z potrzebą spełniania oczekiwań. Nie tyle cudzych – niestety nie wpisuję się w schemat przegranego życia, które spowodowane jest próbą dogonienia pomysłu rodziców. Nie, nic z tych rzeczy. Chodziło raczej o potrzebę wpisania się w swój własny obraz siebie. Zagmatwane. Od dziecka wymyśliłam sobie siebie jako doskonałą, spełnioną, światowej sławy dziennikarkę.

Tylko w takiej formie wydawałam się sobie dość dobra. To trzeba jeszcze pomnożyć przez liczbę wszystkich dużych miast, gdzie mieściły się takie jak nasz wydziały. Wypluwały one rocznie tysiące potencjalnych dziennikarzy. Skoro znalazłam pracę w zawodzie, to powinien już być niesamowity sukces. Dostałam pracę w lokalnej redakcji i… ugrzęzłam na kilka lat.

Najtrudniej było znieść ten wzrok znajomych i rodziny, którzy po latach zauważyli, że to maksimum moich możliwości. Namawiali na wyjazd do Warszawy. Wysyłanie CV do redaktorów największych pism. Tylko, że żadne odpowiedzi nie nadchodziły.

Wyrzeczenia. Praca po kilkanaście godzin dziennie. Brak weekendów, święta w pracy. Wczesne pobudki, późne zakończenia dnia. I mobbing. Powiedzmy to sobie szczerze – wszechobecny mobbing. Bo na twoje miejsce jest dziesięciu chętnych. Bo nie starasz się zbyt mocno. Bo nie jesteś dość dobra. Najgorzej jest kiedy zaczynasz w to wierzyć.

Jeszcze trudniej było gdy skończyłam filologię angielską i zyskałam drugi zawód, w którym zaczęłam się realizować. Zaczęłam po godzinach pracować jako nauczyciel. I co gorsza –sprawiało mi to ogromną satysfakcję. Tylko te pytania dalszych członków rodziny i znajomych: chyba nie rzucisz dziennikarstwa i nie zostaniesz nauczycielem? To takie mało prestiżowe, to nie dla ciebie. Tyle osiągnęłaś.

Ale najtrudniejsze było przyznanie przed samą sobą, że nie chcę już być dziennikarką. To mnie nie bawi. Nie kręci. Wypaliłam się i wyrzeczenia jakie muszę ponosić, w żaden sposób nie rekompensują mi nikłej satysfakcji jaką z tego czerpię. Kiedy tylko taka myśl zaświtała mi              w głowie, karciłam samą siebie, że jestem niegodna tego wymarzonego zawodu. Nie wykorzystuję szans, nie rozwijam się. Nie jestem dość dobra. Nie zasługuję na to co mam, bo się tym nie cieszę.

Zrozumienie, że to nie dla mnie i pozwolenie sobie by tak myśleć było początkiem zmiany. Najtrudniej było pozwolić sobie tak o sobie myśleć.

I jestem nauczycielem. W dodatku wszystko wskazuje na to, że dość dobrym. Umiem przekazać wiedzę, zbudować relacje, dotrzeć do najbardziej opornych. Przygotować z sukcesem do egzaminu.  I chyba najważniejsze – przekonać do przedmiotu, którego uczę.  Spełniam się w tym.

Budzę się rano i chce mi się pracować, czekać na następny dzień. Zastanawiam się co u moich uczniów, jak będą wyglądały dzisiejsze zajęcia.

O dziwo, nie zmieniło tego także nauczanie w systemie online. Potraktowałam to jako inną formę tego co       i tak lubię robić. Są minusy, ale są też plusy. To było wyzwanie i sprostałam mu. Co ciekawe, kiedy okazało się, że nie muszę nikomu niczego udowadniać – zrozumiałam, że lubię też pisać.

Czy moja zmiana jest spektakularna? Nie sądzę. Czy odbije się na losach świata? Nie wydaje mi się. Czy jest morał tej historii? Owszem. Czasem najtrudniej przekonać samego siebie, że jestem dość dobry.

Wiktoria Blicharz 

Na początku był kocyk w Hyde Parku

Był 2003 rok, czasy odległe i inne. Egzotyczne - z dzisiejszej perspektywy - i nawet nie ten pandemiczny kontekst mam na myśli. Egzotyczne, bo takimi czyni je o siedemnaście lat starsza pamięć i gruntowna zmiana scenografii.

Było to rok przed wejściem do Unii Europejskiej (2004), przed Facebookiem, Instagramem, Youtubem, Spotify, Pinterestem i innymi pinezkami przyszpilającymi użytkownika do tablicy, grupy, społeczności, algorytmów i ekranu telefonu. Czasy, kiedy człowiek nie był jeszcze użytkownikiem - albo followeresem albo hejterem. A zwłaszcza konsumentem. Był zwyczajnie odbiorcą, konsumentem powoli się stawał. I przede wszystkim był młody, ha!

Czasy, kiedy przynależność budowało się jeszcze głównie analogowo, trochę gadu-gadu, trochę smsów, e-maili też. O taak, ciągi smsowe już były.

"Wysokie Obcasy Extra" – dopiero za prawie siedem lat.

Wracając do roku 2003… Trwały wakacje i wybierałam się w podróż autokarem. Nazwa firmy przewozowej była nazwą półszlachetnego minerału, kamienia który podobno przynosi szczęście wybranym znakom zodiaku. Na przykład Pannie. AGAT.

Wybierałam się w podróż do Londynu w czasach, gdy podróże samolotowe były w fazie przed rozkwitem, a ponad dwunastogodzinna podróż siedząca na tyłku, z przerwami na WC i krótki spacer w okolicy autokaru w ramach zapobiegania zakrzepicy była normą (patrz: „Cicha noc” Piotra Domalewskiego). Choć nie!, halo, cofnij, stop, wróć! O zakrzepicy mówi moje starsze o siedemnaście lat ja. Bo kto w okolicach dwudziestego roku życia spaceruje w ramach profilaktyki zakrzepicy?! Czy ja siedemnaście lat temu w ogóle znałam to słowo? Chodziło (się) raczej o to, by chłonąć europejską atmosferę stacji benzynowych i MOPów? To były czasy...

By wjechać swobodnie do Wielkiej Brytanii należało legitymować się oficjalnym zaproszeniem od angielskiego rezydenta. Ja takie miałam. Podróżowałam w niewysokich, raczej symbolicznych celach zarobkowych (hush-hush), ale moją zasadniczą korzyścią miał być serdeczny i bliski kontakt z great-aunt z południowego Londynu. Oraz z duchem Londynu – wówczas stolicy świata (nie wiem, jakie są teraz jego notowania).

Miałam wypełnić ten gap year poczuciem sprawczości, większej własnej wartości, odwagą konfrontowania się za światem, swobodą w kontaktach międzyludzkich, komunikatywnym angielskim. Lekcja życia - poszukiwanie wizji przyszłego życia, poszerzanie horyzontów, rozszerzanie źrenic z wrażenia – gdzie, jeśli nie tam? Przełamywanie lodów.

Ja w tamtym prekonsumpcyjnym roku 2003 (w Polsce anyway) byłam takim produktem, który nie umiał  się zareklamować.  Wciśnięta na zbyt niską lub za wysoką półkę w markecie - a tam przecież rzadko kto się schyla lub wyciąga szyję, stając na palcach, by zajrzeć. A może to opakowanie za mało wyraziste, może liternictwo na pudełku nie takie? A może po prostu ten towar wysyłał sygnały, że wcale nie chce być chodliwy?

Czekałam na mojego klienta alfa, zero, przodownika, przewodnika stada, szefa watahy na moją miarę - tajemniczego klienta z krainy młodzieńczej, romantycznej wyobraźni.

Wsiadłam więc do autobusu zatłoczonego prawie do ostatnich miejsc przez podróżników ze wschodniej i centralnej Polski. Na moim skromnym pekaesowskim dworcu, któremu karkołomnego charakteru nadawały nierówne i wystające płyty chodnikowe (czasy sprzed kostki chyba jeszcze?) żegnały mnie, na pewno, najlepsze koleżanki i rodzice z bratem – ich jakoś nie pamiętam.

Usiadłam w autokarze z dwoma wolnymi miejscami na przodzie. W dusznej głębi pojazdu było jeszcze  jedno pojedyncze, nie zajęte miejsce. Wybrałam to na przodzie, a obok usiadł drugi pasażer z mojego dworca. Rozpoczęliśmy wtedy - w drodze do polsko-niemieckiej granicy - small talk, który już wtedy wydawał mi się nie taki small. Wręcz przeciwnie. Rozmowa była płynna - jak na początkowa fazę znajomości wyglądało to obiecująco. Nie było wtedy Twittera (nie mówiąc już o tweetujacym Donaldzie Trumpie - prezydencie), ale ja już czułam nieśmiałe motyle w ściśniętym od siedzenia brzuchu i ćwierkanie przedsionków. W lewej komorze rozgaszczał się kolega pasażer X.

Przekroczyliśmy razem tę granice, w stresie (choć miałam przecież list-zaproszenie od great-aunt z jej numerem telefonu, celnik mógł do niej zadzwonić w razie wątpliwości), pociągiem przez Eurotunel. Białe klify Dover – biała flaga, poddawałam się urokowi współpasażera.

Pierwsze tygodnie tych wakacji spędzałam zwiedzając w wolnym czasie Londyn, w towarzystwie X. Kocyk w Hyde Park, eat as much as you can, Sainsbury's 100% Pure Squeezed Pink Grapefruit Juice, not from concentrate, with juicy bits, hummus na Soho, lody Haagen-Dazs wyjadane prosto z wiaderka, a nawet kabanosy z Sainsbury’ego - polski akcent w angielskim supermarkecie, z czasów kiedy jeszcze jadałam kabanosy. Tate Modern, zdjęcie na Millennium Bridge, nasza ławka na Clapham Common. Potem korespondencyjne rozwijanie znajomości – listownie, pocztówkowo, mailowo z internet cafe na Tooting Bec - bo X wrócił do Polski, a ja zostałam w Londynie.

Oklejanie kopert wycinkami angielskich gazet, które przemycały dodatkową treść, np. że Jonny Wilkinson to bóg brytyjskiego rugby. Raz wysłałam  X dwie płyty CD kupione w HMV, ale nie przesyłką poleconą. Nie dotarły do adresata. Oczywiście obwiniałam polską pocztę, nie angielski Royal Mail. Wielki świat już mi zrobił pranie mózgu.

Z tego czasu pozostała mi słabość do all things British - choć nie bezkrytyczna, znajomość języka angielskiego - choć nie na najwyższym certyfikowanym poziomie, orientacja w londyńskiej topografii i zaliczone flagowe zabytki Londynu. Kilka płyt Iana Browna też. I The Streets. I Franz Ferdinand. I Scissor Sisters. Dzięki temu wyjazdowi znam zespół Keane, pamiętam jak wygląda jego wokalista i wciąż mam sentyment do ich „morskiej” muzyki. Morskiej, bo singiel Under the iron sea, huh?

Ich debiutancki album „Hopes and fears” był wielkim hitem w UK w 2004 roku, a jego tytuł zgrabnie podsumowuje mój ówczesny stan ducha i umysłu.

Pozostała mi przede wszystkim dozgonna i life-changing znajomość z towarzyszem autobusowej podróży, który kilka lat później został moim mężem i ojcem naszych dzieci.

Wyjechałam z Polski do Unii Europejskiej, a rok później wróciłam do Unii Europejskiej w Polsce. Ten pobyt w Wielkiej Brytanii już na zawsze będzie dla mnie punktem odniesienia, choć czas płynie i pogłębia luki w pamięci. To wtedy, w 2003 roku, towar który nie był specjalnie chodliwy, nagle dostał skrzydeł. W tym autobusie międzynarodowych przewozów autokarowych spotkałam kogoś, kto kupił mnie z tym liternictwem nie takim czy opakowaniem mało marketingowym i był tym zakupem mocno zachwycony. Z wzajemnością. Reszta była pochodną tego, jak to spotkanie i ten wyjazd wzbogaciły moje osobowe i osobiste dossier.

Ten wyjazd to był taki początek, choć nie wszystko co nastąpiło później było spektakularne. Ale to znowu mówię ja – siedemnaście lat starsza. Wtedy sięgałam gwiazd.

Przez pierwszych kilka lat nie wnosiliśmy reklamacji, a potem po latach miodowych jest samo życie, bez tokowania i rozkładania pawiego ogona. A teraz nawet życie z pandemią w tle. Small talk przerodził się w body talk, just talk, a czasami w hard talk. Say no more.

Rok 2003 – miałam nadzieje, miałam obawy, spotkałam przyszłego męża i nie przejmowałam się zakrzepicą.

2003, a year not to be forgotten.

PS Podobno rok 2003 to była czas, kiedy w Chinach i poza nimi (na przykład w Kanadzie) przez osiem miesięcy grasował wirus SARS (SARS-Cov-1) i to na skalę epidemiczną. Nic o tym nie wiedziałam. Albo już nie pamiętam. Nam właśnie wtedy los zaordynował skracanie fizycznego dystansu. 

Paulina YZ

Uratował mnie Terzani i magiczna  Orsigna

     Jeśli gdzie była jedność z dwojga utworzona, jeśli kiedy kochała męża swego żona, jeśli miłość ta była jej odwzajemniona- myśmy byli tym dwojgiem, tym mężem i żoną…(autor nieznany)

   Płyta pamięci przewija się powoli, spokojnie, harmonijnie. Nagle, w melodię życia ,wkracza fałszywa nuta. Diagnoza lekarska, świat wali się na głowę. Płyta przyspiesza, rwie się, dziurawi,pozostawia luki w pamięci. Ktoś wyłącza kontakt z prądu. Nastaje ciemność. Jedno z dwojga odchodzi.

Drugie zostaje. Nie śpi, nie je, nie pije. Automat. Wizyty u psychiatry. Po dwóch latach pani doktor orzeka:to nie depresja, to tak długa żałoba. Przeczołguję się w 2015 rok. Oswajam nową codzienność. Przypominam sobie, że mam na imię Elżbieta, że moją pasją jest czytanie i podróże. Że jeśli chcę dalej żyć muszę poszukać sposobu, celu w życiu. Intuicyjnie czuję, że te dwie pasje postawią mnie na nogi. Boję się zacząć czytać bo przez te dwa lata nie byłam w stanie zapamiętać paru zdań. Nie móc czytać, to uciążliwa bolączka jakiej doświadczyłam w tych bolesnych dniach.

   Jest rok 2015, zaczynam wertować książki, te ukochane, te z biblioteczki przy łóżku. Udaję, że nie widzę Terzaniego, choć już podskórnie czuję, że to on mnie uratuje i jego magiczna Orsigna.   Nadchodzi wiosna,  natura upomina się o swoje.

Chcę wędrować śladami moich ukochanych pisarzy, tak jak w poprzednim życiu. Tiziano Terzani był jednym z nich. 

Po przeczytaniu pierwszej książki T.T. marzyłam o tym, by w swoich wędrówkach po świecie zobaczyć miejsca, które opisywał. Wędrowałam jego śladami po Azji, odwiedzałam hotele w których mieszkał...A teraz mam przed sobą jego książkę Koniec jest moim początkiem- wywiad rzekę spisany przez jego syna Folco. Patrzę na okładkę widzianą po raz setny i widzę polanę na której siedzą oni dwaj. Ojciec i syn. Ojciec światowej sławy pisarz włoski i korespondent wojenny z Kambodży i Wietnamu i syn, młody Folco, który na wieść o śmiertelnej chorobie ojca przyjeżdża do domu rodzinnego by spisać jego testament, książkę życia. Terzani wrócił w rodzinne strony z wielkiego świata by odnaleźć sens choroby, śmierci i cierpienia. Wiem, że muszę tam pojechać i zamieszkać na jakiś czas...bo jak powiada sam autor Orsigni się nie odwiedza, w Orsignię wpada się po uszy. To miejsce magiczne.

    Zapada decyzja. Jadę do Toskanii. Szukam domu w którym mogłabym zamieszkać. Cały kosmos, jak mówi P.Coelho w Alchemiku, pomaga mi w podróży życia. O dziwo w przygotowania włącza się mój nieodłączny Anioł Stróż.- Gdzie byłeś kiedy tak liczyłam na twoją pomoc? Długo nie odpowiada, by w końcu bąknąć pod nosem: przecież ja jestem twoim aniołem stróżem od podróży a nie od spraw ostatecznych.

Tymczasem na miejscu we Włoszech widzę, że anioł przybrał postać Emanueli,mojego cicerone na kolejne dni. To ona ma mnie dowieźć samochodem, po dzikich ostępach, do małego miasteczka na granicy Toskanii i Emilii Romanii w Apeninach Pistoiańskich. Kobieta, którą widzę po raz pierwszy wprowadza mnie na drogę, która ma odmienić moje życie. To ona sprawi, że Orsigna okaże się naprawdę magiczna.

    Las wpuszcza nas w swoje ramiona, ukazuje nam  ścieżki, które pną się jak gęsty labirynt, wciąż wyżej i wyżej, ku szczytom. Takich krajobrazów nie widziałam nawet w snach. Było jak w baśni. Dziko i magicznie. Charakter terenu zamieszkałego niegdyś przez Etrusków, pocięty pasmami trudnych do przebycia lesistych wzgórz i głębokich dolin rzecznych stanowi nadal tereny mało dostępne, jeszcze ciągle dziewicze. Gdzie nie spojrzeć przepaści, strumyki głazy, zieleń starych drzew i błękitne niebo. Wiatr niesie ze sobą zapach igliwia i żywicy. Powietrze zdaje się tak cienkie, że mogłabym je chyba stłuc głosem. Kasztanowce,buki i dęby duszą się od listowia, a powietrze wypełniają słodkie aromaty. Pachną bukiety dzikich kwiatów, a żarnowiec panoszy się ze swoją żółcią. Gdy na chwilę milknie śpiew ptaków Orsigna staje się ciszą. Zdążyłam uprzedzić Emanuelę, że przyjeżdżam w celach terapeutycznych, więc ona cichnie gdy ja cichnę. Wyczuwa chwile kiedy czuje, że chcę zostać sama. Tylko dwa psy domowe nic sobie nie robią z moich nastrojów. Jeden z nich Shilla będzie mi towarzyszył jak cień w moich samotnych wędrówkach. Mój niedostateczny włoski staje się nagle całkiem przyzwoity. To pewnie adrenalina. Myślę, że to znów sprawka anioła podróżnika.

    Wreszcie jesteśmy w domu , który wybudował na pocz. XX w. dziadek  męża Emanueli. Skarpę niżej stoi dom z niebieskimi okiennicami i różowym dachem. Nie wierzę! naprawdę jestem sąsiadką Terzanich. Dostaję pokój z widokiem na gompę, w której pisarz spędzał ostatnie miesiące życia, gdzie czytał, medytował, gdzie spotykał się z najbliższą rodziną i przyjaciółmi ze wsi, Brunalbą i Mario. Z mojego okna widzę kamień z resztką prochów pisarza z napisem: Tiziano Terzani 1938-2004.Viaggiatore /podróżnik. Tylko tyle i aż tyle. To cała filozofia pisarza, zostawić wszystko co doczesne i zespolić się z naturą. To całe lata poszukiwań sensu życia, to chęć (wg.filozofii zen) domknięcia koła życia. Mój cicerone opowiada mi o  sławnym, charyzmatycznym sąsiedzie. Wie o nim wszystko, w bibliotece ma wydania  jego książek w wielu językach świata. Udostępnia mi dokumentację filmu o T.T. Opowiada o współpracy z ekipą filmową, poznaje mnie ze sławnym kompozytorem muzyki do filmu, Ludovico Einaudim. Jakimś cudem przebywał w okolicy. To pewnie znów czary mary anioła. Poznaję syna pisarza uśmiechniętego Folco, który codziennie mija mnie siedzącą na tarasie z filiżanką kawy, poznajemy się, on zagaduje, któregoś dnia kładzie na stole stokrotki. Z okna widzę go bawiącego się na polanie z synami.

   Całe dnie mam wypełnione do późnego wieczora. Nocą patrzę przez okno i widzę świetliki, które pisarz tak lubił. Patrzę na dolinę schodzącą z naszego szczytu, na oświetlone w dole miasteczko, wdycham balsamiczne powietrze i myślę o jednym z dwojga. Jest we mnie spokój. Co rano wypuszczamy się z Emanuelą „Il sentiero di Tiziano Terzani”szlakiem,którym za życia wędrował sam pisarz, a dziś wędrują setki jego fanów z całego świata. Na pamiątkę zostawiają chusteczki, szaliki, wielobarwne chusty, liściki i tzw.lung-ta, czyli tybetańskie flagi modlitewne, rozwieszane zwykle w Himalajach. Pisarz w swoich wędrówkach po świecie spotkał mistrza aśramy Swamiego, a potem Starca w Himalajach. Dotarł w to miejsce poza światem, co nie pochodziło z tego świata. Zrozumiał, jak wielcy mędrcy, że nic nie trwa wiecznie, nic nie jest trwałe, nic nie jest stałe. Pojechał do Indii by nauczyć się umierać, by zaakceptować śmierć bo jeśli się to zrozumie, czegóż więcej chcieć? Przypomniałam sobie słowa Horacego „wszystkich ta sama noc nas czeka i ścieżką śmierci tylko raz się chodzi”. Chciałam zrozumieć,bo ciągle się wadzę ze Stwórcą o śmierć jednego z dwojga. I dlatego wybrałam Orsignę.

    Orsigna okazuje się idealnym miejscem na podróże w głąb siebie, a mój mistrz na doskonałego nauczyciela w meandrach doskonalenia samego siebie. Mój cicerone idzie pół kroku za mną, od czasu do czasu komentuje, wie że chcę być sama.

W wędrówkach szlakiem Terzaniego znajduję ogromne drzewo pod którym pisarz zwykł siadać. Drzewo z oczami bo jak sam twierdził drzewo widzi wszystko i wszystko czuje. A jeśli zaczniesz postrzegać las jako coś, co żyje, ma swoją historię, wszystko staje się piękniejsze- tak mówił Tiziano. W istocie, las i szumiące w nim strumyki żyją i otaczają nas swoimi odgłosami, a echo górskich przestrzeni rozbrzmiewa śpiewem ptaków i melodią lasu.

Zamknięta dolina, która prowadzi donikąd, jest miejscem tajemniczym. Każdy kawałek ziemi w Orsigni, każdy załom, dolina, wąwóz, strumień ma swoją magiczną historię. Tu kiedyś mieszkały czarownice, wilkołaki, tu ludzie opowiadali sobie przedziwne historie. Te i inne historie poczytuję sobie wieczorami, korzystając z przebogatej biblioteki gospodyni. To dlatego T.T. spowiadając się ze swojego życia synowi mówił, że ten widok był dla niego oparciem. Ten widok pomógł mu znaleźć to, czego zawsze szukał. Inny punkt widzenia. Podobała się mu myśl, że stąd właśnie odejdzie. To moje Himalaje, mówił.

    Emanuela ma w swoim repertuarze terapeutycznym urocze miasteczka  Pracchię, Maresci, jezioro di Suviano, zamki i niezwykły  pałac księcia Ferdinanda w  w Artimino. Wędrujemy, jemy lunche i wraz z psami lody bo one to uwielbiają.

    W przeddzień wyjazdu Folco zaprosił mnie na koncert. Tak, od lat, wita każdy wschodzący dzień. Na polanie płonęło małe ognisko, powietrze przesiąknięte było dymem. Folco na corno (jakby mała muszla) grał hymn na cześć wschodzącego słońca. A słońce? Słońce zalewało  całą dolinę, przyroda sposobiła się do życia, chwilami nie wiedziałam gdzie jestem. Słuchałam muzyki. Folco wyglądał jak Indianin, odprawiający sobie tylko znane rytuały. Było wprost magicznie. Doznałam uczucia, że przeniosłam się w inny wymiar, nieznany dotąd i było mi z tym cudownie. Poczułam się lekka i miałam wrażenie, że stapiam się z przyrodą, że troski gdzieś bezpowrotnie odeszły. Folco widząc mój stan powiedział: możesz zwiedzić gompę. To było wielkie wyróżnienie ponieważ nikt, poza rodziną nie ma tam dostępu. Ostatecznie, w tej  ascetycznej kryjówce wyposażonej w niezbędne sprzęty, w kolorach tybetańskich mogłam pożegnać się z pisarzem i doświadczyć jego mądrości, zaczerpnąć z jego doświadczeń, filozofii, którą się w życiu kierował. Poczułam się silna, a w tunelu zieleni zobaczyłam iskierkę nadziei na dalsze dni.

    Wróciłam do domu. Postawiłam walizkę w przedpokoju i pierwszy raz od odejścia jednego z dwojga nie płakałam.

Elżbieta Wisławska       

Moja mama uwierzyła we mnie

Rok, który zmienił wszystko, a raczej wszystko przyspieszył, spowodował, że to co w moim życiu było niepełne, niepewne i tłumione wybuchło z całą siłą –  to rok 2018.  Dwa lata temu świetnie zdałam  maturę, dostałam się na Oxford i na kilka innych prestiżowych uczelni.  Rozumiem, że teraz pewnie pomyślicie: „O nie! To będzie przechwalanie się jakiegoś zarozumialca”. Jednak moja historia różni się od tej, którą mógłby napisać typowy, szkolny geniusza. Będzie ona raczej o przeciwnościach losu, które może nie były dramatycznie wielkie, ale pewnie wielu zniechęciłyby do jakiegokolwiek wysiłku.

Na szczęcie nie zniechęciły mojej mamy, która kiedy miałam ok. 1,5 roku usłyszała od psychologa, że jestem upośledzona umysłowo i że mój iloraz inteligencji jest dużo poniżej przeciętnej. Na szczęście moja mama nie robiła nadludzkich wysiłków, żeby udowodnić całemu światu, nie woziła mnie od specjalisty do specjalisty, nie zaczęła mnie edukować według jakiś „wspaniałych” metod, prowadzić terapie pobudzania pracy mózgu etc. Nie, moja mama zachowywała się normalnie, i jak mi niedawno powiedziała (po raz pierwszy przybliżając mi tę historię) – po prostu nie uwierzyła, gdyż wiedziała, że u tak małego dziecka nie określa się ilorazu inteligencji tylko rozwój psychoruchowy a ten, był u mnie nieharmonijny.

Żeby nie szukać dalej eufemizmów, kolejny lekarz, do którego zaprowadzili mnie rodzice zawyrokował „syndrom DB”. Moi rodzice podobno zbledli, ale szacowny profesor wyjaśnił, że syndrom DB, to syndrom Dużej Baby. „To nic strasznego, chociaż dzisiaj wszystkie chcą być filigranowymi blondynkami” – powiedział uczony. Cóż, w siatce centylowej zarówno pod względem wzrostu jak i wagi plasowałam się w górnych rejestrach.

Że jestem inna niż moje rówieśnicy przekonałam się boleśnie gdzieś tak ok. czwartego roku życia, kiedy to prawie codziennie udawałam się z mamą na plac zabaw w pewnym znanym sklepie dla dzieci. Był tam domek dla lalek, zjeżdżalnie i basen z piłeczkami i były moje koleżanki. Pewnego dnia zabroniono mi tam wejść. Przysięgam, że pamiętam, jak pani powiedziała: „To dziecko jest za duże!”. Moja mama tłumaczyła, że to jakiś absurd, przecież mam cztery lata i jak mogę być za duża na takie urządzenia, na które wchodzą też dorosłe osoby – rodzice dzieci. Pani się upierała, że rodzic to rodzic, a dyrektor tego sklepu opracował procedurę, wg której dzieci mogą wchodzić tylko do pewnego wzrostu, gdyż jeśli wchodzą większe to są też starsze, a jak starsze to bywają też agresywne… bla, bla, bla … Na nic się zdały tłumaczenia mamy, że ja nie jestem dwunastolatkiem, który zdewastuje huśtawki, a czteroletnim spokojnym dzieckiem. Pamiętam jak wtedy stałam po środku sali i płakałam jak krokodyl.

Opresja świata wobec „dużych dzieci” jeszcze wielokrotnie dała mi się we znaki. W pierwszej klasie przyjaźniłam się z Krzysiem, był ode mnie o dwie głowy niższy, ale była to prawdziwa przyjaźń, gdyż jak (nie)wiadomo pedagogom przyjaźń nie zważa na wzrost. I to z nim postanowiłam tańczyć krakowiaka na szkolnej akademii. I znów nauczycielka wezwała moich rodziców: „sami państwo rozumiecie, nie chcę dziecka wystawić na pośmiewisko, a oni się uparli, że będą razem tańczyć”. Tym razem mój tato stanął w mojej obronie: „a cóż w tym złego, jeśli nawet nie zatańczą najlepiej to przynajmniej z radością, to chyba nie są soliści z opery? A pani też nie jest choreografem wielkiej premiery tylko szkolnej akademii”. Rzeczywiście był śmiech na sali kiedy długie pawie pióro w czapce mojego przyjaciela nie sięgało mi nawet do połowy głowy, cóż mówić o głowie Krzysia. Chyba rzeczywiście zabawnie wyglądaliśmy wywijając tańce, ale nam naprawdę to nie przeszkadzało.

Szłam więc sobie przez życie nie za bardzo zwracając uwagę na dziwne zachowania dorosłych.  No bo czy dla dziewięciolatka czytającego książki dla dorosłych, pasjonującego się wieloma rzeczami nie było dziwne, kiedy lekarz podczas wizyt pytał ściszonym głosem rodzica: „w szkole to ona sobie chyba nie radzi?”. Otóż radziłam sobie do pewnego momentu przeciętnie, bo pochłaniały mnie zgoła inne rzeczy niż szkolna proza. Pamiętam, że w III klasie szkoły podstawowej, kiedy pisałam test trzecioklasisty całą energię pochłonęło mi zadanie powtarzające się na końcu każdej strony, które dotyczyło oceny swojego stanu psychicznego. Z kilu twarzy, trzeba było wybrać tę która najbardziej odzwierciedla emocje dziecka podczas egzaminu. Chciałam być precyzyjna więc czasem dorysowywałam na twarzy zmarszczone czoło, albo bardziej wyrazisty uśmiech. Wynik testu nie był oszałamiający, za to mój stan psychiczny podczas rozwiązywania zadań zeskanowałam precyzyjnie J.Podobnie jak własne, lubiłam też obserwować cudzie emocje np. w cyrku lub zoo – nie patrzyłam wówczas na zwierzęta, ale na twarze widzów. Oni mnie pasjonowali najbardziej!

Po tym sprawdzianie trzecioklasisty moi rodzice pewnie mogli się zastanawiać, czy aby diagnoza psychologa sprzed lat nie była trafna. Ja w każdym razie nie odczuwałam żadnego niepokoju rodziców w związku z moim intelektem. Byłam z nimi, chłonęłam ich przyzwyczajenia i tak jak tato czytałam książki, chodziłam z mamą na wystawy, przysłuchiwałam się dyskusjom dorosłych, a wyciągnięcie nie z księgarni kończyło się moją histerią. Pozwalano mi też mieć wszystkie pasje jakie mi do głowy przyszły, które jak chciałam to rzucałam bez żadnych konsekwencji i gderania rodziców w stylu: „Musisz mieć cierpliwość, nic nie przychodzi łatwo!”

Może rodzice chyba czuli, że jak tak łapczywie szukam miejsca w życiu? Było więc i malarstwo i szachy i tenis, pływanie, pianino, gitara i taniec i sama już nie pamiętam co jeszcze.

Rodzice zawsze byli koło mnie jakby gotowi ze mną do moich eksperymentów bez mówienia, że właśnie pogrzebałam ich nadzieje na bycie rodzicami sławnej tenisistki, malarki itp.

Podstawówka, zwykła, osiedlowa w centrum Warszawy. Gimnazjum obok domu, którego od pierwszych dni nie cierpiałam, w dodatku o profilu matematycznym, a ja (wówczas jeszcze) matmy nie lubiłam. Za to kwitła moja pasja muzyczna i językowa. Tak bardzo chciałam uczyć się w gimnazjum z wykładowym angielskim, że… sama pojechałam do takiej szkoły i poprosiłam dyrektorkę żeby mnie przyjęła.

Cóż, postawiłam rodziców przed faktem dokonanym, a zaraz potem postawiłam ich w niezręcznej sytuacji. W nowej szkole była jakaś uroczystość, do której zgłosiłam się jako pianistka. Na pianinie grałam przez miesiąc w przedszkolu, a potem pół roku na keyboardzie. Ale wówczas w tej pierwszej klasie gimnazjum tak bardzo zapragnęłam grać na pianinie, że … skłamałam, że umiem grać. Przez miesiąc intensywnie, w różnych miejscach ćwiczyłam mazurka Chopina. Może to nie było mistrzostwo, ale na tyle dobrze mi poszło, że babcia kupiła mi pianino. Grałam z pasją, ale wkrótce zupełnie zatraciłam się w Azji. Interesowało i interesuje mnie wszystko co dotyczy tego kontynentu. Najpierw Korea Północna. Zaczęłam uczyć się koreańskiego, ale nie jak większość, z powodu k-popu, ale polityki, ekonomii i historii Korei. Z takimi zainteresowaniami dostałam się do prestiżowego liceum, do klasy z programem międzynarodowej matury.

Początki może nie były wspaniałe i jeśli chodzi i o naukę i moje życie towarzyskie. Ciągle przecież czułam się to największą dziewczyną, która zwraca uwagę swoją posturą. Jednak ani się obejrzałam jak zaczęłam czuć się tutaj dobrze. Nauczyciele w większości byli ludźmi nieprzeciętnymi osobowościowo i przewodnikami po swoich dziedzinach. Teraz wszystko było pasjonujące: i biologia, i chemia, a przede wszystkim – kiedyś niezbyt lubiana matematyka.  Z wycieczki do Harvardu w drugiej klasie liceum wróciłam z walizką pełną książek, głównie dotyczących Azji. W wakacje przed maturą spędziłam na stypendium w Chinach. Już nie miałam wątpliwości co chcę studiować. Moi przyjaciele również. Mierzyliśmy wysoko, w grę wchodziły tylko najlepsze uniwersytety na świecie. Jednak nasz entuzjazm w pewnym momencie ostudziła wizyta organizatora kursów przygotowujących do takich studiów. Przedstawiciel firmy przedstawił nam wizję niezbędnych przygotowań, za jakąś niebotyczną dla większości kwotę. Nie było nas stać na żaden. Stać nas jednak było na intensywne przygotowania. Z moją grupą przyjaciół: Basią, Natalią, Mateuszem i Pawłem potrafiliśmy się wzajemnie mobilizować.

Rozpoczął się przełomowy dla mnie rok 2018, pięć miesięcy do matury i coraz wyraźniejszy obraz tego co chciałabym robić. Entuzjazm przeplatał się z niedowierzaniem, że ja dziewczyna, która była przeciętna, której nikt nie uważał za genialne dziecko jest gdzie jest. Nie będę się rozwodzić jak to wszystko gładko poszło. Po pozytywnie przyjętej aplikacji na Oxfordzie, rozmowy z profesorami i atmosferą tego miejsca, w którym każdy kamień ma przynajmniej 300 lat było cudownie dostać informację o zaproszeniu do studiowania sinologii w tej szacownej uczelni. A zaraz potem informacja z ambasady Korei, że zapraszają mnie na pięcioletnie stypendium do Seulu. Zdecydowałam się jednak w ostateczności na Edynburg gdzie złożyłam aplikację na sinologię i ekonomię. Studia są rewelacyjne, wykładowcy wspaniali, a życie studenckie ekscytujące. Zostałam ambasadorem prestiżowej korporacji, zaangażowałam się w działalność społeczną polonijnego stowarzyszenia.

I czasami sobie myślę o tej diagnozie sprzed lat. Jak wszystko łatwo w życiu zmienić, przekreślić, skazać kogoś na gorszą pozycję. Teraz namawiam mamę, żebyśmy wspólnie napisały poradnik dla rodziców: „Jak osiągnąć sukces wychowawczy bez wysiłku”,  albo coś w tym stylu. Chciałabym tym wszystkim niezadowolonym ze swoich dzieci rodzicom i młodym ludziom nie wierzącym w swoje możliwości, sabotującym swoje marzenia: „jestem za głupia” ,„gorsza”, „ze wsi”, „z biednej rodziny” powiedzieć, że świat jest dla was! Nie napinajcie się tylko, a po prostu róbcie to co kochacie. No i nie przejmujcie zbytnio opiniami innych. Czasami inni mogą się mylić.

Duża Baba J

Zofia Urbańska 

Wąż to odwaga

         To było , jak przebudzenie. Po długim , 20-letnim maratonie bycia matką, żoną, pracownicą. Odsuwane na niejasne „później” ukochane zajęcia sportowe, oddalające się w galopującym tempie wymarzone podróże, łatwo wytłumaczyć ważniejszym dobrem najbliższych. Kochałam chodzenie po górach z moim dorastającym synem oraz mądre rozmowy z nastoletnią córką. Patrzyłam,  jak pięknie rozkwitają. To był piękny czas.

         A teraz przyszedł mój czas. W życiu spotykałam się z przeróżnymi ludźmi, ale to rozmowa z Niedźwiedziem była brzemienna w skutki. Na jakimś zawodowym spotkaniu rozmawialiśmy o dalekich krajach o Tajlandii, Peru, Meksyku. Dla mnie były to rzeczy nieosiągalne,  a on stwierdził, że za 2000 dolarów jest w stanie kupić bilety do Ameryki Południowej tam  i z powrotem, i pomieszkać w niezłych hotelach przez 3 tygodnie zwiedzając Peru. Nie potraktowałam tego poważnie, ale mijały dni, tygodnie, a ziarno kiełkowało.

         Zaczęłam liczyć moje oszczędności. Szybko okazało się, że to nie jest nieosiągalne.

Finansowa bariera okazała się … fikcją. Mając tego świadomość postanowiłam , że pojadę  na wycieczkę do Peru i Boliwii. Tam, gdzie powstały dawne cywilizacje, a alpaki i lamy biegają swobodnie. Od dziecka zaczytywałam się w opowieściach o Inkach, geoglifach na płaskowyżu Nazca, jeziorze Titicaca i starożytnym mieście Tiahuanaco. To było, jak bajka.

         Druga bariera wydawała się trudniejsza. Jak zareagują moi bliscy? Zawsze zachowawczy rodzice, mąż, dzieci. Na rozmowę z nimi mocno zbierałam się w sobie. Nie chodziło o moje własne wyrzuty sumienia, że TERAZ JA I MOJE POTRZEBY, ale o kasę, jaką mam wyłożyć.

         Podczas pewnego  niedzielnego spaceru z mężem i dziećmi po krakowskim Rynku powiedziałam, że chcę pojechać do Peru i od razu zaproponowałam czy ktoś ze mną chciałby pojechać. Początkowo myślałam, że wspólnie z mężem zrealizuję moje marzenie, ale on nie zechciał. Syn też odrzucił moją propozycję, ale córka całkiem chętnie przyjęła zaproszenie. Najbliżsi zostali powiadomieni. I wspólnie zaczęliśmy szykować nas na wyprawę.

         Pozostali moi rodzice.

Pamiętam, jak usiedliśmy przy stole w ich pokoju  i oznajmiłam,  że chcę zrealizować moje marzenie. Po wstępnej ciszy mój Tata powiedział, że przecież zawsze chciałam zwiedzać świat, więc mam działać.

Nawet nie musiałam ich przekonywać… Otrzymałam wsparcie!

         Wtedy rozwinęłam skrzydła i rozpoczęłam prawdziwe własne przygotowania. Wróciłam do mich ukochanych książek, zaopatrzyłam się w nowe pozycje. Myślami już podróżowałam po Peru. I przeżywałam mistycyzm tajemniczych miejsc.

         Ale życie jest przedziwne. Straciłam pracę. Redukcja etatów.  Mogłoby się wydawać,  że wszystko runie, a świat daje mi znać, że : HOLA, HOLA, WRACAJ BABO SKĄD PRZYSZŁAŚ! Na szczęście miałam dobrego szefa, który zapewnił solidną odprawę, a dobrzy ludzie NAPRAWDĘ są wśród nas. Kasa przydała się, jak najbardziej , a po powrocie czekała  na mnie nowa, lepsza (!) praca.

         Teraz, gdy analizuję poszczególne zdarzenia wiem, że wszystko, co się dzieje ma dwie strony: dobrą i złą. Tylko należy je dostrzec.

         We dwójkę pojechałyśmy na wyprawę marzeń. To było, jak przeniesienie do innego świata. Wrażenia z podróży były tak silne, że okazały się,  pierwszym krokiem mojego nowego JESTESTWA. I nie chodzi o to, że zaczęłam podróżować, bo nie, ale przekroczyłam wiele barier, które ogromnie mnie ograniczały, a były tylko iluzją. Moja samoświadomość bardzo się wzmocniła. A wiara we własne możliwości bardzo urosła. Stałam się … silna.

         W tym momencie  muszę wspomnieć o jednej sytuacji. Kiedy po zwiedzaniu ruin miasta Tiahuanaco    w Boliwii zmęczone usiadłyśmy w autokarze podeszła do nas lokalna przewodniczka, Indianka. Zaproponowała, abyśmy z zamkniętymi oczami wybrały sobie amulet. Mnie dostał się wąż. Pomyślałam, że to nie jest najszczęśliwszy znak, a ona powiedziała, że w kulturze boliwijskich Indian to symbol odwagi… Wzięłam to sobie bardzo do serca.

         Dzisiaj, 11 lat po tamtych przeżyciach wiem, że były one bardzo ważne, bo spowodowały, że dzisiaj żyję na własnych warunkach. Wiele się zmieniło i te zmiany JA spowodowałam, albo pozwoliłam im się zadziać. Przebranżowiłam się i to ja zarządzam moim czasem, pracuję  na własnych zasadach.  Jeżdżę na rowerze, spaceruję z psem, ćwiczę jogę.

I mam swoje alpaki, bo od dziecka chciałam pracować ze zwierzętami. Ale to już inna opowieść.

Mariola Dębska-Woźniak 

Ona nie wiedziała, że mój mąż ma żonę

Tak w ogóle, to ja chyba ciągle czekam na taki czas i rok, który jeszcze zmieni moje życie.

No bo były co prawda lata, o których myślałam, że są początkiem czegoś nowego i lepszego, a potem okazywało się, że to wszystko ułuda i pozory. Ale z drugiej strony „masz to, na co godzisz się…”, albo trywialnie, niby poetycko, że każdy jest kowalem własnego losu. A ja właściwie nigdy nie szukałam miłości, nie miałam wielkich planów, nie marzyłam wiele, lecz brałam to, co dawał mi los.

Jak teraz o tym myślę, to wszystkie moje minione lata na przemian, albo i razem były ważne, cudowne, ambitne, smutne, radosne, do zapomnienia i pamiętania, chude i tłuste, naiwne, spełnione, czegoś uczące albo wręcz przeciwnie, dające nadzieję, ale i odbierające ją. Żałuję też wielu lat, w których podejmowałam niewłaściwe decyzje. Któraś z bliskim osób powiedziała mi kiedyś, że widocznie tylko takie decyzje mogłam wtedy podjąć, ale ja myślę, że to nieprawda i że mogłam postąpić inaczej. Nie należę chyba do tych, którzy mogą tutaj zaśpiewać: non, rien de rien, non, je ne regrette rien…

Który rok w moim życiu był ważny? Każdy rok tak naprawdę przynosił coś nowego, a to nowe było raz dobre i ciekawe  innym razem  nudne, a czasem złe - jak chyba w życiu każdego człowieka. Np. taki 1983… skończyłam dobre liceum, dostałam się na studia – nie musiałam pracować, rodzice mnie utrzymywali i wtedy też zakochałam się. Powiem jeszcze, że on był tym pierwszym w każdym calu i spełnieniu, i co najgorsze (tak, tak najgorsze) jestem z nim do dzisiaj, nie mając po drodze nikogo innego…To była miłość z sąsiedztwa, od maturalnej klasy, studencka, naiwna,  a dlaczego wyszłam za niego? bo go bardzo kochałam, a z tej miłości zaszłam w ciążę – taki banał. Byłam wtedy pewna, że on również czuje to, co ja. Do ślubu poszłam bez welonu i wianka – tak postanowiłam. Urodziłam wspaniałą córkę – jest teraz cudowną kobietą (dzięki niej zyskałam i wspaniałego zięcia), z latami zawsze  dojrzalsza, jak na swój  wiek, dzisiaj to moja ostoja i wsparcie. Ale muszę się tutaj przyznać, że wychowała mi ją nieżyjąca już dzisiaj moja mama, za co jestem jej wdzięczna, bo mogłam zawsze realizować się zawodowo. Mama była niestety osobą niespełnioną (w wielu aspektach; chyba nie takiego życia chciała, nie takiego męża…), równocześnie niesamowicie oczytaną, żądną wiedzy, mającą zawsze własne zdanie, a…i wszystko wiedziała najlepiej na każdy temat, ale Ona, to już osobny temat na długą historię. I często mi powtarzała; masz możliwości, ucz się, studiuj, żebyś nigdy nie musiała być od nikogo zależna.

Parę miesięcy przed swoją śmiercią (zmarła w 2001 r. na raka, ale zdążyła jeszcze pomóc mi wychować syna), kiedy jak zawsze zaczęłam rozmowę o tym, co dzieje się wokół m.in. w kulturze, w polityce, sporcie (była fanką piłki nożnej – pamiętała daty, nazwiska, wyniki – niesamowite, jak sobie dzisiaj o tym myślę), powiedziała do mnie: „wiesz, chyba umrę niedługo,  bo przestał interesować mnie świat…”.

Kolejny rok –następne studia podyplomowe i uznanie środowiska - zostałam dyrektorem szkoły (wtedy najmłodszym w mieście - nie miałam jeszcze 30 lat). Ale niestety, osiągając bardzo dużo w życiu zawodowym,  spełniwszy się jako matka - jakże cudownie jest usłyszeć po latach od dorosłych ponad 30- i 20-letnich dzieci, że nigdy nie chciałyby mieć innej -  daję się równocześnie uzależniać  emocjonalnie we własnym domu (?).

I tak płynie czas, a każdy nowy rok wydaje się równie ważny i jedyny w swoim rodzaju, ale to, co dzieje się w 2002 r. burzy we mnie dotychczasowy ład i porządek. Kolejne osiągnięcia, sukcesy zawodowe, nagrody Prezydenta Miasta, satysfakcja, popularność, fajna sylwetka (zawsze starałam się o siebie dbać), czułam się spełniona i kochana – troje wspaniałych i mądrych dzieci - z sukcesami w szkole, a obok mnie kochany, cudowny, przystojny, ten jedyny od zawsze.. i koniec! Nagle mnie nie ma, niknie to, w co wierzyłam do tego momentu, przynajmniej od czasu bycia nastolatką - trochę naiwne, ale tak właśnie było!

Ale, ale, taka bardzo naiwna to może do końca nie byłam. Którejś niedzieli przyszedł do niego SMS, nie było go w domu, a telefonu nie zabrał ze sobą. I czytam wiadomość…nie wiem, co mnie popchnęło do tego, bo nigdy wcześniej tego nie robiłam.  Miałam do niego całkowite zaufanie – mierzyłam go własną miarą. Ja za niego dałabym uciąć sobie rękę – banalne, ale wtedy tak było. Nigdy go nie kontrolowałam. SMS – niby nic: obiad już ugotowany? Dziwne pytanie, i instynktownie odpowiadam na nie, ale  z własnego telefonu: co ją to obchodzi.

Zaczynam myśleć (wreszcie!)..w niedzielę kobieta do żonatego faceta, po co i dlaczego… Wraca. Pytam o wiadomość, wpada prawie w szał, przewraca krzesło, krzyczy, jak śmiałam odczytać informację w jego telefonie! Najmłodsza córka zaczyna płakać, pierwszy raz widzi ojca w takim stanie! On rzuca moim telefonem i rozbija go, ale ja już mam tamten numer zapisy na kartce, jej numer.

Początkowo nie rozumiałam zupełnie, co się wokół mnie dzieje, chyba jak dziecko wychowywane w kochającej się rodzinie, otoczone miłością, które to dziecko traci nagle całe bezpieczeństwo.

A ja nadal chcę od niego usłyszeć, że to nie tak…zachowuję się tak, jakbym to ja coś zrobiła, jak dziecko obwiniające się o to, że rodzice się rozstają. I tak naprawdę nie wiem, co ja wtedy robiłam, co myślałam, jakbym była w amoku, a on zaczął pakować torbę. Ja prosiłam, błagałam żeby jeszcze nie jechał….pojechał. Wziął jeszcze kluczyki do mojego samochodu, żebym za nim nie pojechała? Zupełnie nie rozumiem siebie z tamtych chwil i kolejnych dni.

Potem wydzwaniam do niego, nie jem, palę mnóstwo papierosów, fatalnie wyglądam, w pracy pytają z troską, co mi jest. Myślę, że niektórzy się domyślali. Nawet pojechałam do niego porozmawiać i sprawdzić co się dzieje tak naprawdę (bo ja nadal nie przyjmuję, że jest ktoś inny). Spotkanie u niego jest dziwne, widzę u niego jej zdjęcie w ramce, ale on tak zręcznie kłamie, że ja nadal wierzę,  że to zmęczenie i stres, przecież trudno żyć tak na odległość.

Wróciłam do siebie, ale to zdarzenie i ta cała sytuacja nie dawała mi spokoju. Mijają tygodnie. Chudnę, odwiedzam nagminnie zakład krawiecki i zwężam spodnie, spódnice, marynarki, sukienki... Bliska znajoma mówi, że to „fajna” reakcja, bo ona w takich sytuacjach je jeszcze więcej niż zwykle (no figurę ma obficie kobiecą). Dzięki, chociaż starsza córka – wtedy licealista też coś powiedziała, że mogę sobie zapisać po stronie plusów ten skutek (a ojca wtedy znienawidziła, dzisiaj toleruje).

I wtedy jedna z moich przyjaciółek radzi mi, abym do znajomej od SMS-a po prostu zadzwoniła  i przestała się zadręczać.

Dzwonię…i dowiaduję się, że Ona nie wiedziała, że ja żyję  - tak, tak, dosłownie. Po tej rozmowie, wszystko ze mnie zeszło. Nie wiem do dzisiaj, jak właściwie opisać ten stan – to chyba jakby człowiek nic nie wiedział, żył w innym „drugim” świecie, a nawet wymiarze; ci sami ludzie w innych rolach, albo bez ról.

Ale ona również w szoku, chyba nie chciała uwierzy, jak i ja, zadzwoniła nawet parę dni później do mnie do pracy, bo chciała sprawdzić, czy ja naprawdę istnieję i jestem jego żoną, dlaczego nie dziwiłam się?

Taki kicz -  on ma od kilku lat (4?) kochankę, młodsza ode mnie może 15 lat? Ona żyje w jednym Matrixie, a ja w drugim, klasyk? W jej świecie – opowiedzianym przez niego – mnie już nie ma, ja nie żyję, on jest wdowcem, wychowuje dwoje dzieci, a trzecie (bo tyle mamy!), to on adoptował po śmierci swojej kuzynki. BOŻE – no on wzór cnót, takich facetów już nie ma! A ja, tak na marginesie, byłam w jej oczach wspaniałą żoną (trudno mnie będzie zastąpić), ona nawet w pewnym momencie stresuje się, co będzie, jak będzie musiała pójść na „mój grób”. A jak mnie zastąpi, ja byłam taka idealna – no, no pochlebił mi. Wtedy, a może wiele lat później, pomyślałam sobie, to życie pisze scenariusze do filmów, a nie odwrotnie.

Jak to możliwe?? Nie ma (a może nigdy nie było?) wierności, miłości, uczciwości, zaufania? Nie jestem drugą połówką tego samego jabłka co on? O Platonie! Taką głupotę napisałeś, a ja w nią wierzyłam!! Jak wielu przede mną i po mnie.

Da się tak zrobić? no okazuje się, że tak.  Zapomniałam dodać, że ten jego drugi świat rozgrywa się w innym mieście – ponad 300 km od mojego – on tam pracuje (bo lepsza praca) i zjawia się u nas (u mnie i u dzieci) w weekendy.

Jak to możliwe, że byłam taka ślepa (no bo zakochana od nastu lat, a miłość jest ślepa – ha, ha, ha), dlaczego nie domyśliłam się wcześniej? Żadna lampka mi się nigdy nie zapaliła.

I znalazłam przyczynę – ja go tak bardzo kochałam, że na wszystko, co się działo, miałam wytłumaczenie. Nie kocha się ze mną, no tak ciężko pracuje i jest zmęczony, kłóci się ze mną, no tak, ciężko pracuje i jest zmęczony, nie ma czasu dla nas i nie przyjeżdża czasem w święta, no tak ciężko pracuje i jest zmęczony (w wakacje taki opalony, a wydaje mi się…),  tak ciężko pracuje i jest zmęczony.

No, a jak już zaproponował, abym z dziećmi przeprowadziła się do niego, bo tak nie możemy żyć, to już w ogóle nie miałam wątpliwości, że jednak jest ok.

I tutaj następuje moment, jaki nastąpiłby zapewne w książce i filmie, a przede wszystkim w domu mądrej kobiety, w którym powinnam powiedzieć, koniec historii roku, żegnaj! Nie zasłużyłeś na mnie, ani na dzieci, ani na dom, który stworzyłam. Spektakularne spakowanie jego walizki albo wyrzucenie ubrań przez okno.

A ja co? WYBACZYŁAM mu i pozostałam z nim. Dlaczego? Bo jednak nadal kochałam, młodsze dzieci chciały być z nim, on tego chciał? A czego ja chciałam i dlaczego z nim?

I…. wyjechałam z dziećmi do niego. Wydawało mi się, nie, ja wierzyłam w to głęboko -  że zamykam za sobą to wszystko, co się zdarzyło i zaczniemy wszystko od nowa, zresztą nic mnie nie trzymało w dawnym miejscu aż tak, mama już wtedy nie żyła, ojciec miał u nas często bywać, a ja raczej nie bałam się zmian. Chociaż rezygnowałam z pełnej stabilizacji  zawodowej,

z funkcji kierowniczej, którą pełniłam, zdobytego szacunku zarówno przełożonych, jak i podwładnych. Ale czego nie zrobi kobieta dla ratowania miłości i rodziny. Tylko dlaczego nie ratowania siebie?

Ale sklejenie rozbitej porcelany i jeszcze większa dbałość, aby powtórnie się nie rozbiła, nie okazało się to takie proste i łatwe, łzy pojawiały się w moich oczach przez długi czas, wydawało się bez powodu.. tym bardziej, że on starał się jakby mniej niż oczekiwałam. Zrozumiałam dopiero po jakimś czasie, dlaczego.

Myślę, że zbyt łatwo i szybko mu wybaczyłam, nie musiał więc bardzo się starać, a człowiek powinien wiedzieć, że za wszystko trzeba zapłacić.

Wystarczy, przecież to nie jest historia św. Wybaczających.

No i co dalej? A no to, że ten tak bardzo smutny 2002 r. będący rokiem utraconej wiary w miłość mojego życia (no wierzyłam w nią prawie 20 lat) stał się jednocześnie początkiem nowych wyzwań, nadziei, przyjaźni, perspektyw dla moich dzieci i dla mnie - bo nowy dom z ogrodem, nowa, satysfakcjonująca, lepsza praca, zagraniczne wyjazdy z nią związane. Możliwość spotkania i rozmów z wieloma znaczącymi osobowościami współczesnych czasów (nigdy wcześniej nie zobaczyłam tylu stolic i miast europejskich), ukończone drugie studia podyplomowe, wykształcenie dzieci, ślub córki, poznanie nowych przyjaciół, ale i dbanie o dawne przyjaźnie, przekonanie się, że są prawdziwe i można na nich polegać.

Ale równocześnie na tej nowej drodze w kolejnych latach wiele ostrych cierni i ciężkich kłód, zamkniętych drzwi i okien. Zbyt szybie odejście kochanego taty – najlepszego człowieka, jakiego znałam, i chyba coś pisanego specjalnie dla mnie –  trudna choroba Tego, z którym zostałam i wspieranie go do dzisiaj.  Może to właśnie dlatego w tamtym czasie miałam przebaczyć i z nim wtedy zostać….przeprowadzić się i zamieszkać niedaleko szpitala, w którym pracuje światowej sławy neurochirurg. Ale to już nowa historia kolejnych lat mojego życia.

Nie wiem ile jeszcze przede mną lat - tych spokojnych, smutnych, bolesnych, a może jednych i drugich, a może żadnych, a może niewymienionych i niemożliwych do określenia? Czy bardziej powinnam żałować, że ów pamiętny 2002 rok był końcem mojej wielkiej, ufnej i jedynej miłości, czy też może spojrzeć na ten rok życzliwiej, gdyż stał się ostatecznie początkiem drogi do wspaniałego miejsca, w którym jestem obecnie. A tu i teraz tego nie żałuję.

Kobieta 56

Przyjaźń jest najważniejsza

Pijemy kawę. U niej. Najlepszej przyjaciółki. Znamy się od przedszkola i choć obie jesteśmy już po 30-stce, to nasza przyjaźń jest równie silna jak w szkole albo nawet i większa.

Nie zawsze czułam taki spokój jak teraz. Rozpoczynam rok 2016. Sylwester spędzam sama z dwójką małych dzieci. Teoretycznie mam męża, praktycznie nie wiem co to związek. Mąż (jeszcze tylko na papierze) sylwestra spędza gdzieś… Lepiej nie wiedzieć gdzie. Zaczynam styczeń. Muszę się wyprowadzić z domu, bo dom należy tylko do męża. Nie mam pracy, bo zajmowałam się do tej pory dziećmi. Nie mam swojego samochodu. Nie mam pieniędzy. Nie mam nic… Mam za to dwoje dzieci, dla których trzeba iść do przodu. Mam też ją – PRZYJACIÓŁKĘ, która nie pozwoli, żebym była sama. Płaczę jej w słuchawkę a ona mi mówi ostro: „musisz żyć! Musisz podnieść głowę i działać!”. Znalazłam tanie mieszkanie do wynajęcia. Brudne ściany, stare meble, piec. Za to mały czynsz. Pierwszy krok w tym mieszkaniu napawa mnie nadzieją. Czuję, że tu znajdę spokój. Nie będzie kochanek, nie będzie poniżania, nie będzie manipulacji. Pracy szukam od kilku miesięcy, od 1 lutego przyjmują mnie do pracy w urzędzie. Praca od 7:00 do 15:00. Pogodzę to z przedszkolem dzieci. Jeszcze tylko samochód. Pożyczka od rodziców i 2000 zł na start od byłego męża. Na jakiś tam samochód wystarczyło. Rozwód. Ręce się trzęsą. Nogi odmawiają posłuszeństwa. Ale jest ONA. Ta sama, która była świadkiem na ślubie, wiezie mnie teraz na rozwód. Wzięła wolne w pracy, bo nie pozwoli, żebym była sama. Nie zostawi mnie. Jak będzie trzeba, wejdzie na salę rozpraw.

Wzięłam rozwód, zamieszkałam w wynajętym mieszkaniu, kupiłam mały samochód, zaczęłam pracę, w której początki były ciężkie. Nie szczędzono mnie, pokazano, że młody pracownik musi robić za dwoje albo nawet troje. Nie było czasu na wypicie herbaty, zjedzenie kanapki. Nie raz, nie dwa usłyszałam, że mogłabym lepiej pracować, choć teraz wiem, że to nie było prawdą. Ktoś wtedy chciał dowartościować się tym, że gnębi słabszego.

Mija dzień za dniem. Listopad.

Dowiaduję się, że byłemu mężowi urodziło się dziecko. Równo 9 miesięcy po rozwodzie. Z tą, z którą mnie już wcześniej zdradzał, nawet imię ma ona podobne do mojego, tylko brzmiące angielsko…

Takie jak się daje dzieciom myśląc, że zagraniczne imię dziecka we wsi da pieniądze i sławę. Kolejny szok. Ale trzeba żyć.

Znów sylwester. Tym razem nie jestem sama. Jestem z NIĄ. Przyjaciółką przez duże P.

Mija rok 2016. Był ciężki, ale w końcu minął. Minęły łzy, stres i strach. Jestem już spokojna, na nikogo nie czekam, dzieci dają kopa do życia, nawet poszłam na podyplomówkę, poznałam fajnych ludzi, mam znajomych w różnych miastach. Nikt mną nie manipuluje, nie poniża. Nie muszę już słuchać, że nic nie potrafię, że powinnam robić coś tak jak ktoś chce. Żyję na swoich zasadach.

Do zupełnego spokoju, do pogodzenia się z losem, do małych podróży, koncertów, spektakli, pasji jeszcze minie trochę czasu. Jeden rok nie wystarczył, ale 2016 był przełomem. Zaczynał się z lękiem, ale dał początek ku nowemu rozdziałowi. Nie dałabym rady bez NIEJ. Nareszcie mogę być sobą, mogę spełniać marzenia, właściwie to mogę je w ogóle mieć… Mogę pić kawę. Wreszcie w słońcu i wreszcie z lekkim sercem.

Janusz Leon Wiśniewski twierdzi, że ze wszystkich rzeczy wiecznych miłość trwa najkrócej. Zgadzam się z nim, ale mam też dowód na to, że najdłużej trwa przyjaźń.

Małgorzata

Za drzwiami  /historia w kilku odsłonach/

Zawsze żyła w świecie marzeń, wymyślonych historii lub cudzym życiem, wyczytanym w książkach, bo jej własne, za bardzo ją bolało. W tym wyimaginowanym była bezpieczna.

Dziewczynka z podstawówki. Dobra uczennica, nie wyróżniała się niczym szczególnym. Szara myszka. Dzieliła pokój z bratem. Każdy miał swoją kanapę. Wyspy odosobnienia w morzu samotności.

Ona spała bliżej drzwi. Czasami marzyła by były dźwiękoszczelne, bo cienkie przepuszczały każdy głos, a nawet szept.

Zawsze dziwiła się, że brat nic nie słyszy, a może udawał. Może tak jak i ona drżał ze strachu? Nigdy o tym nie rozmawiali. Każdy z nich, żył w swoim świecie. Nie dzielili się emocjami. Nie potrafili być razem, pomimo niedużej różnicy wieku.

Najbardziej bała się niepunktualnych powrotów ojca do domu. Jeśli nie przyjechał o 16 –tej, to oznaczało kolejny koszmar. Kolejną noc, pełną krzyków, płaczu matki i strachu, oraz okrutnych słów, które pijany ojciec rzucał, raniąc jej, małe, drżące serce.

Na każdy ostry głos podrywała się z łóżka. Musiała zdecydować, czy już pora interweniować. Bronić matkę przed razami ojca. Znała każdy odgłos, szmer. Po jego krokach umiała rozpoznać, jak bardzo jest pijany i jak będzie źle.

I kiedy decydowała, że to już ta pora, wkraczała na scenę, gdzie wszystko było nieprzewidywalne, bo on był agresywny i zły. Zdarzało się, że rzucał przedmiotami rozbijając je o ściany.

Krzyki, płacz, rozpacz i strach.

Strach miał jego oczy, wykrzywione usta, jego ręce, jego głos. Nienawidziła strachu i jego, a potem znienawidziła życie i siebie.

Zawsze po takiej awanturze wracała do łóżka na nogach jakby nieswoich. Wyczerpana płaczem, wtulała się w poduszkę i marzyła o śmierci. To też sobie wyobrażała w różnych odsłonach. Ileż to razy po powrocie ze szkoły, kiedy była sama, kładła głowę na kuchence gazowej i odkręcała palniki. Kiedyś była blisko. Wiedziała jednak, że nie może tego zrobić, ze względu na matkę.

Palce bolały, bo znowu je obgryzała za krótko.

Za drzwiami niedźwiękoszczelnymi zapadała cisza. Dochodziło tylko jego głośne chrapanie.

Strach mijał. Za oknem świtało.

Potem na lekcji wychowawczej musiała pokazać całej klasie, to upokarzające dzieło, krwiste, bolesne, poobgryzane paznokcie, które dokonało się w mroczną noc. Nauczycielka nie spytała, dlaczego? Liczyła się tylko estetyka, a obgryzione paluszki, ją zakłócały.

Skończyła szkołę średnią i na studia uciekła do mniejszego miasta. Tam miała rodzinę zapewniającą spokojne życie. Przestała bronić matkę. Zresztą ojciec przeszedł na rentę, a więc skończyło się pijaństwo i agresja. Dogadywali się z matką. Brat założył rodzinę, nigdy nie pił.

Tylko ona była bardzo poraniona. Wybrała nieodpowiedniego męża. Owszem nie pił, to zdecydowało, nie wzięła pod uwagę innych jego cech. Nie pasowali do siebie. Po 10 latach, rozwiedli się.

W tym czasie przyszła na świat upragniona córeczka. Przekazała jej całą miłość, którą w sobie miała. Odkąd ufnie zakwiliła, ona, matka, otuliła ją miłością bezwarunkową. Kocha ją najbardziej na świecie, a jednak wyrządziła jej ogromną krzywdę.

Nigdy nie przestała być osobą znerwicowaną. Ślad z dawnego życia, naznaczył piętnem ją i jej dziecko. Zdała sobie z tego sprawę, dopiero po latach. Dzisiaj jej córka jest wspaniałą, wrażliwą kobietą, lecz też bardzo znerwicowaną.

Tego nie może sobie wybaczyć.

**

Epizod końca

Matka zadzwoniła, że to koniec. Ojca zabrali do szpitala. Walczył z rakiem od czterech lat. Tym razem było źle. Na szybko kupiła czarną sukienkę, aby potem nie było kłopotu. Musiała ze sobą zabrać dwuletnią córeczkę. Po przyjeździe okazało się, że wrócił do domu . Zwiększono mu dawkę morfiny, którą miał sobie aplikować w razie bólu.

Twarz miał pożółkłą, wychudzoną, skórę obwisłą. Stwierdziła to po pierwszym spojrzeniu, bez żadnych emocji, bez współczucia. Nie potrafiła go pożałować. Czyżby zabił w niej wszystkie uczucia?

Czarną sukienkę upchnęła na dnie walizki. Pod wpływem morfiny często niejasno kojarzył rzeczywistość, jakby na chwilę dochodziło do zwarcia na drodze neuronów, miedzy mózgiem a jego ciałem. Wtedy bułka była kiełbasą i na odwrót. Zawsze interweniowała matka. Ona udawała, że tego nie dostrzega. Nie wiedziała jak się zachować, podobnie jak w dzieciństwie, kiedy  prowadził ją do piekła.

Kiedyś wybrała się z córką na spacer. On powoli szedł za nimi. Nie nadążał. Był wyniszczony chorobą. Zwolniła i wtedy spytał:

- Wstydzisz się mnie?

- Nie -  bąknęła zaskoczona .

Co miała mu powiedzieć? Wstydziła się go, gdy była w szkole, a koleżanki mówiły, że jej ojciec pijany siedział na krawężniku i bluzgał stekiem wyzwisk.

Wtedy go nienawidziła i chciała nie istnieć. Przez niego wyjechała z domu.

Teraz, nie czuła nic, tak jej się zdawało.

Po dwóch dniach zabrali go do szpitala. Umierał, jakby ktoś nagle przykręcał płomień.

Matka była cały czas przy jego łóżku. Myła go, pielęgnowała. Nic nie jadł.  Nikogo nie poznawał, tylko matkę.

Poszła go odwiedzić, bo tak wypadało. Bała się sama, więc poszła z bratem.

Na łóżku leżał jego cień. Skrępowany pasami, bo wychodził z łóżka, pomimo barierki, wyrywał igły.

Kiedy ją zobaczył, powiedział:

- Bożenka - to jego siostra.

- Tak, tak – potwierdziła.

Brat siedział sztywno na krześle, nie odzywał się.

W pewnym momencie ojciec wyciągnął rękę, która przez chwilę zawisła w próżni, jakby szukała wsparcia, otuchy. Bez namysłu podała mu swoją. Mocno ścisną jej dłoń. Nieważne, mogła być Bożenką, jednak musiała to zrobić. To było ich pożegnaniem. Gdzieś głęboko, czekała na jakieś słowa, bo matkę przeprosił. Były dla niej bardzo ważne. Niestety, nie padły.

Ten uścisk, może to on był niewypowiedzianym żalem, przeproszeniem.

Umarł po trzech dniach. Postanowiła, że nigdy nie zapłacze nad jego grobem, bo nie zasłużył.

A jednak łzy płynęły ciurkiem. Kiedy szła za wózkiem wiozącym trumnę, żałowała siebie, swoje dzieciństwo. Tęskniła za ojcowską miłością, której nigdy  nie doświadczyła.

Przez jakiś czas chodziła na terapię, bo chorowała i zawsze okazywało się, iż podłożem jest jej dzieciństwo. Musiała mu wybaczyć. To jednak był bardzo długi i trudny proces. Była na oddziale nerwic. Leczyła się z lekomanii i depresji. Już od wczesnych lat trafiała do szpitala, bo była zbyt chuda i znerwicowana. Wtedy nie pytano dzieci, jak jest w domu. Zresztą matka wyszkoliła ich, aby nikt o tym się nie dowiedział. Zawsze broniła męża. Po jego śmierci oświadczyła, że on przecież nie był taki zły.

A w niej "wewnętrzne dziecko”, cierpiało bardzo długo.

**

Przyszedłeś tak późno

Dopiero kiedy ukończyła 50 lat, mogła pójść na jego grób i odmówić modlitwę, za jego duszę, chociaż nie jest za bardzo religijna. To był rok przełomowy. Jakaś część jej serca, wreszcie się zabliźniła.

To wtedy dopiero uwolniła się od przeszłości. Nie, nie zapomniała, bo jej nie da się zapomnieć, ale powraca do niej rzadko.

Odnalazła siebie w takich zakątkach życia, w których jeszcze nie była. Są to najwrażliwsze i najpiękniejsze miejsca, pełne optymizmu i słońca.

Odnalazła wreszcie prawdziwą miłość.

Śniła o miłości. Marzyła o mężczyźnie, który by ją przytulił, tak po prostu, za nic, za to, że jest.

Córka dorosła i wyruszyła w świat. Musiała uszanować jej wybór, choć serce płakało. Nagle została sama i bardzo samotna.

  Pewnego dnia, młoda koleżanka z pracy, pokazała stronę w komputerze, gdzie potencjalnych pretendentów do ręki było setki. Podeszła do tego zjawiska z naiwną ciekawością dziecka.

Jej profil prezentował się chyba wspaniale, bo pierwsze oferty posypały się od 20 - latków. Przeraziła się i chciała wycofać, ale dowiedziała się co to jest spam i jak wybierać odpowiednich kandydatów.

  Któregoś dnia otworzyła skrzynkę, a z niej wypadł ten, na którego czekała.

Zwyczajny i samotny, tak jak ona.

Pisywali do siebie codziennie, jakby chcieli nadrobić czas, a może zdawali sobie sprawę z nieubłagalnego przemijania. Potem na skypie usłyszała jego głos, serce wibrowało radością i wtedy poczuła nieznane jej dotąd motyle.

Na fotce, którą w końcu przesłał, zobaczyła niepozornego mężczyznę,

z łysinką i smutnym, niebieskim spojrzeniem, z bladym uśmiechem w kącikach ust. Daleko mu było do przystojnej elegancji. Mimo to wzruszyła się i zapragnęła go przytulić.

Zamieszkali razem. Nikt nie miał prawa wtrącać się do ich życia. Strzegli go, jak upragnionego Edenu. Liczyli się tylko oni, a nie reszta świata.

Poznawali się powoli, smakowali siebie, doznając wspaniałych przeżyć. Tych, o których piszą w romansach, i o których opowiadają zakochani.

Ona rozkwitła różą, on przemienił się w barwnego motyla.

Dopiero przy nim dowiedziała się, co to znaczy kochać .

Ślub ich był bardzo skromny, a zarazem wspaniały. Córka była świadkiem i przyjaciele.

Ona w sukience, w maki, on w niebieskim ubraniu. Makowa panienka i jej paź.

Miała szczęście, uśmiechną się do niej los. Lubi myśleć i mówić, że to jej Anioł Stróż, zesłał go.

Minęło 12 lat, a oni  nie rozstają się, nawet na jedną noc.

Pokonali wspólnie chorobę męża. Są dla siebie wsparciem.

Ona niepoprawna  pisze o nich romantyczne wierszyki i czyta jemu w długie wieczory, przy lampce wina.  On zawsze mówi, że są piękne, tak jak ona.

A ona kocha go w błękitach, bo oczy ma niebieskie i kupuje mu błękitne koszule.

Jest jej pierwszą, prawdziwa miłością.

I błaga los, by troszkę zwolnił czas, nie pędził z prędkością światła, bo chcieliby jeszcze cieszyć się swoim szczęściem.

Ona bez niego…już nie ma takiej opcji, za bardzo go kocha.

Ania

Nasz synek przyniósł ze sobą trudną niespodziankę

2013. Pechowa i szczęśliwa jednocześnie 13-stka. Weszłam w niego niemal w połowie ciąży. Wymarzonej, wyczekanej, szczęśliwa.

Jak inaczej? 29 lat, ukochany u boku, spokojny, dostatni byt, niezła praca w korporacji. Idealny moment. Czułam się błogo czekając na synka, bo usg jasno pokazywało, że chłopak, zdrowy, zdrowy na pewno. Od kwietnia drobne problemy, przepływy nie takie, synek jakby trochę mniejszy niż powinien. Cesarka jednak niemal w terminie. 10 punktów, piękny pierwszy płacz i piękny syn. Śliczny, cudowny i tylko oczka jakby lekko skośne, od razu zauważyłam. I dwóch neonatologów z niewyraźną miną. Grom z jasnego nieba, słowa lekarzy pamiętam jak przez mgłę "zespół Downa, niedrożna dwunastnica, operacja jutro".

Świat się skończył i zaczął jednocześnie. Z kolejnych 6 miesięcy pamiętam migawki. Synek przeszedł 4 operacje, wszystkie nagłe, ratujące to maleńkie życie. Mając 4 miesiące wychodził ze szpitala z wagą 3,5 kilograma, to przecież tyle, ile waży zdrowy noworodek. Huśtawki nastrojów, walka o karmienie piersią, szukanie informacji o zespole Downa, szukanie pomocy, rehabilitacja, próby cieszenia się macierzyństwem, skrajnie innym od tego, które sobie wyobrażałam w czasie ciąży. A w tym wszystkim maleńki człowiek z ufnością patrzący w nasze oczy, szukający bez przerwy kontaktu i chłonący naszą miłość jak gąbka. Uśmiechnięty na przekór na przekór wszystkiemu. Uśmiechnięty całym sobą, całą buzią.

2013 rok zmienił wszystko bardziej niż miał. Narodziny dziecka zawsze zmieniają świat, ale narodziny dziecka z niepełnosprawnością, do tego niespodziewaną, burzą ten świat u podstaw. Zbudowaliśmy na zgliszczach naszego dawnego świata silną, choć poturbowaną rodzinę. Zbudowaliśmy nową wizję naszego świata, w którym nie robimy wielkich planów, tylko dostosowujemy się do tego, co niesie życie. Nie jesteśmy jednak bezwładni. Nauczyliśmy walczyć - przede wszystkim o syna i dla syna. O chodzenie, o bieganie, o skakanie, o mowę, o każdą nową umiejętność. O to, co rodzice zdrowych dzieci kwitują krótkim “tak, już potrafi”, bo przecież to oczywiste, że dziecko mając roczek zaczyna chodzić, a mając dwa mówić.

My natomiast szalejemy z radości, którą trudno opisać słowami, pękamy z dumy, dzwonimy do całej rodziny, a wieczorem po raz setny oglądamy filmiki na komórce, które dokumentują dany dzień i nową umiejętność, choćby była ona mała i dla innych nieznacząca. “Cieszyć się z małych rzeczy” nabrało dla nas nowego wymiaru.

2013 rok zmienił też nasze relacje z ludźmi. Nie ma lepszego sprawdzianu dla znajomości czy przyjaźni od trudnych wydarzeń. Odsunięcie się ludzi, którzy wydawali się bliscy nie było nawet bolesne, bo byliśmy zajęci walką o synka. Ale być może nie było bolesne, bo równocześnie okazało się, ile wokół nas życzliwych i dobrych osób, które dały nam wsparcie.

Ugotowany obiad, zakupy, rozmowy, bezwarunkowa akceptacja naszego synka, otwartość czy choćby to, że siostra męża dzwoniła już do ośrodków rehabilitacyjnych, gdy ja nie mogłam jeszcze bez łez wykrztusić “mój synek ma zespół Downa”.

Poczuliśmy, jaką skałą i oparciem są nasi rodzice i rodzeństwo.

Często słyszymy, że świetnie sobie radzimy, że syn się świetnie rozwija i miło patrzeć na taką rodzinę jak nasza. Dziękuję, ale zawsze odpowiadam też “A jakie mamy wyjście?”. 2013 rok nie pozostawił nam wyboru i radzimy sobie z rzeczywistością najlepiej jak potrafimy - tak, jak każdy człowiek w swoim życiu. Po prostu każdy z nas w różnych momentach życia napotyka inne wyzwania. Nasze wyzwanie przyniósł nam synek. W szerszej perspektywie Staś zmienił w naszym życiu właściwie wszystko - zburzył i zbudował na nowo. Był motorem wielu zmian. Mieszkamy w innym miejscu, nie pracuję już w korporacji, mam własną firmę i pracuję w trybie, który pozwala mi być blisko syna.

Zmian dokonał też mąż. Jesteśmy silną rodziną, bo wiemy jak wszystko jest kruche. Zanim synek się urodził, nie miałam w stosunku do niego żadnych oczekiwań, po prostu chciałam, żeby był dobrym, szczęśliwym człowiekiem. Nie wyobrażałam sobie, że będzie prawnikiem, a może lekarzem, że na pewno skończy świetne studia, będzie mówił w kilku językach obcych i podbije świat. Akceptowałam go w pełni zanim się urodził, kochałam go i dałam mu wolność zanim przyszedł na świat. Przyniósł ze sobą trudną niespodziankę, która jednak nie zachwiała ani na chwilę moją miłością do niego i akceptacją.

Czy wolałabym, żeby moje życie potoczyło się inaczej? Czy wolałabym, żeby nie miał zespołu Downa i był zdrowy? Tak. Tak. Tak. Zamieniłabym wszystkie nasze trudne doświadczenia na pogodne macierzyństwo bez strachu o życie i przyszłość synka. Zamieniłabym wszystkie złe wspomnienia i traumy, dziecka i nasze jako rodziców, na beztroskę i niczym niezmąconą radość z rodzicielstwa. Z drugiej jednak strony patrzę na nasze doświadczenia trochę jak na film i myślę, że scenariusz od przełomowego 2013 roku piszemy całkiem niezły.

Julia Kostowska 

Zdrada, czyli początek lepszego życia

Rok który zmienił moje życie wydarzył się 3 lata temu. Przez blisko 50 lat córeczka tatusia potem żona. On przystojny, autorytet w każdej dziedzinie, ideał.  Ja podporządkowana wpatrzona jak w obraz, zawsze pomocna skora do zaspokajania wszystkich potrzeb. Rezygnująca z siebie, zabezpieczająca „tyły” czyli dom i troje dzieci. Ale też nieporadna. Sprawy finansowe ? nie... jestem za głupia, prowadzenie samochodu ? ależ skąd za gapiowata. . To On jest ważny bo zarabia przynosi „mięso do domu”. Głowa rodziny, wspaniały ojciec, wyrozumiały mąż, niezastąpiony menager. JA cicha potulna zawsze krok do tyłu. Czy ktoś uwierzy, że przez 25 lat nie pokłóciliśmy się ani razu !  Ja uważałam to za wspaniały dowód naszej miłości. Już takiej spokojnej ale wciąż na zawsze. Co prawda przestaję lubić weekendy i wakacje bo Pan ma ciągle pretensje, że jestem za mało towarzyska no ale cóż da się żyć.   Nie bije, nie ogranicza finansowo -  a ja przecież „Tylko siedzę w domu” i jestem taka nieporadna życiowo.

Rok 2017 zaczyna się kiepsko. Umiera ukochana mama, w maju współczujący mąż  zabiera biedną żonę na weekend do Neapolu. I – czy w to ktoś uwierzy czy nie – w Pompejach zostałam uświadomiona, że Pan i władca ma kochankę od paru miesięcy i chce z nią żyć. Szok, niedowierzenie, ból, rozpacz. Dlaczego ??? Mamy przecież wspaniałe dzieci, dom, przeszłość! Ale jak się okazało nie mamy już przyszłości – przynajmniej w jego oczach. Powrót do domu walka, przekonywanie, dół za dołem, leki, psycholog, terapia czyli cały zestaw zgodny ze spisem treści  poradników psychologicznych dedykowanych osobom, zdradzonym, oszukanych z beznadziejnym poczuciem własnej wartości. Zabijające myśli - nie jestem wartościowa, nie jestem kobietą, jestem  porzuconym starym kapciem.

 Ale los ma co do mnie jednak inne plany. Zaczyna się cała seria niesamowitych zdarzeń.

Zastanawiając się czy mam już iść i rzucić się z mostu spotykam przeznaczenie. Nieoczekiwanie dostaję  pracę ! (jak to możliwe ktoś zauważył, że nie jestem beznadziejną kurą domową ?!). Przerażona, ledwie żywa ale staram się. I nagle okazuje się, że daję radę, idę do przodu. Kolejny cios rozwód tak szybki , że nawet nie jestem w stanie się zastanowić. Następny - On natychmiast bierze ślub. To bardzo trudne.

 Ale nie to jest już ważne ważna jestem teraz Ja. Wyrzucona kopniakiem ze strefy komfortu zaciskam zęby i idę dalej. Praca i krąg przyjaciół sprawia, że zaczynam czuć się pewniej. Nagle okazuje się że zaczynam, jeździć samochodem, operacje finansowe przestają być moją zmorą a nawet okazuje się, ze mam jakieś do nich wyczucie.  Sprzedaję,  kupuję z sukcesem. I ku własnemu zaskoczeniu daję radę. Ogarniam pracę, remont, dzieci , zajęcia dodatkowe,  zmieniam życie  na własną modłę.  I tak (jakież to patetyczne!)  w gruzach Pompei zawaliło się całe moje życie. Ale z tych zgliszczy urodziło się Nowe.

Po tych trzech latach dochodzę do wniosku, że tam w Neapolu obudziłam się ze snu, który trwał trochę za długo. Boję się jeszcze powiedzieć to na głos - ale ta myśl jest  już we mnie od dłuższego czasu-  że chyba nic lepszego nie mogło mi się przydarzyć. Ze strachu i braku poczucia własnej wartości oddałam swoje życie w ręce innych. Teraz Odradzam się na nowo. Głowa pęka od pomysłów, świat zapełnił się  przyjaciółmi a weekendy przestały być wreszcie złem koniecznym. Pracuję nad duchowością-  mogłabym napisać doktorat z psychologii.  W tym miodzie jest jednak łyżka dziegciu. Długotrwały stres odbija się na zdrowiu- ciało pamięta jednak  dłużej niż głowa. Ale JA każdego dnia budzę się z ciekawością co będzie dalej i jestem chyba nareszcie szczęśliwa. 

MN

Chwilę przed czułam spokój

Mam na imię Monika, mam 43 lata. Jeszcze kilka tygodni temu mieszkałam w małym mieście na Mazowszu, razem z moim mężem Robertem i trójką dzieci – Alą, Tomkiem i Piotrusiem.

Zmiana w moim życiu, rozpoczęła się latem 2019 roku. Razem z Robertem zaplanowaliśmy i przeprowadziliśmy remont naszego mieszkania – niewielkiej kawalerki. Był to wyjątkowy czas – czas pracy, troski o siebie i odpoczynku. Czułam, że te chwile były dla nas prezentem. Nie było zbyt wielu takich momentów, w ciągu szesnastu lat naszego małżeństwa. Pod koniec sierpnia, czułam spełnienie i rosnącą siłę naszej relacji – siłę, która zawsze  pomagała mi mocniej kochać życie.

Jesienią spotkałam się ze znajomymi ze studiów, sprzed dwudziestu lat. Spędziliśmy wieczór pijąc wino, oglądając stare zdjęcia, opowiadając sobie o tym, jak zmieniła się nam rzeczywistość, odkąd widzieliśmy się po raz ostatni. Poczułam jak blisko mi do nich, pomimo upływu czasu, odległości i dzielących nas różnic. Postanowiliśmy celebrować tak życie przynajmniej raz w roku.

Zimy prawie nie zauważyłam, a wiosną przybył do Polski – pewnie gdzieś z Włoch – koronawirus. W ciągu kilku dni rozwinęła się epidemia – dla mnie Ziemia Obiecana. Nie musiałam biec. Na nowo odkryłam rodzinę. Z niespotykaną dotąd intensywnością, uczyliśmy się siebie i jak nigdy, spędzaliśmy razem wolny czas. Zyskałam dużo realnej przestrzeni dla siebie. Moje ciało upominało się o aktywność. Nie musiałam już wytrzymywać napięcia związanego z pracą, zbierać się w sobie i zaciskać zębów.  Było to z pewnością źródłem fizycznego bólu. Czułam każdy malutki staw, każdy mięsień w moim ciele. Zaczęłam chodzić na samotne spacery i przypominać sobie ćwiczenia z lekcji „wf-u”. Robiłam też trening duchowy – miałam dużo czasu na modlitwę. Powoli dochodziłam do siebie.

Bez szkoły w realu, za to z rodzicami w obfitości, nasze dzieciaki bawiły się świetnie.

Wielkanoc zaplanowaliśmy w domu, razem, bez wyjazdów. Czułam spokój, zgodę na siebie, bliskich, stan świata.

Miłość, miłość, miłość…- myślałam sobie gotując zupę, przy kojących dźwiękach ulubionej „Myśliwieckiej 3/5/7”. Kocham.

W kwietniowy czwartek  odebrałam telefon. Mąż pytał – śmiejąc się – czy wytrzymamy z nim cały piątek. Zaplanował dzień urlopu. „Świetny pomysł”- odpowiedziałam. 

Spędziliśmy wspólnie dzień – kawa, śniadanie, zakupy, obiad, wygłupy z dziećmi, na koniec wieczór filmowy.

Sobota – kawa, radosny poranek z pełnym energii Piotrusiem. Pamiętam, jak Robert mówił do niego : „Masz mądrą mamę”, a potem do mnie, trochę egoistycznie : „Monia! Proszę, tylko nie choruj…Kochasz mnie?”

Wybierałam się na spacer, a potem mieliśmy obejrzeć „Gwiezdne Wojny”. W radio puszczali „Trudno nie wierzyć w nic”.

Jeszcze tylko chusteczki z koszyka w łazience i wyruszam. Usłyszałam krzyk Tomka: „Mamo! Tata upadł!”.

Robert umarł kilka minut po szesnastej. Przykryłam Jego ciało naszą ulubioną pościelą. 

Za chwilę nadejdzie lato roku, o którym wiem, że na zawsze zmienił moje życie.

Monika Bobowska 

Dziś już nie szukam swojej wartości w twoich oczach

"Jestem przy Tobie sobą
prawdziwą naturą
stosem śmieci na leśnej polanie
butelką wina w jeziora otchłani
zbędnym bluszczem w iglastym lesie
stertą niepotrzebnych rzeczy na podwórka bezkresie
prezentem psich przyjaciół na piaszczystej plaży
gołębiem – symbolem miastowych włodarzy
i dlatego wciąż tu jestem"

Dzień za dniem scenariusz powtarzał się. Od miesiąca mąż budził mnie ciepłym słowem:

-Śniło mi się, że mnie zdradziłaś. Mam nadzieję, że to nieprawda?!

-I znów miałem ten sen. Jesteś pewna, że to się nigdy nie wydarzyło?

-To ciekawe, że kolejny raz w moim się śnie byłaś z innym. Chyba jednak kłamiesz!

Powinnam się już przyzwyczaić. Od 12 lat skrupulatnie "buduje" moje poczucie wartości:

-Kariera? Jaka kariera,  nie żartuj sobie!

-Przecież Ty nic nie potrafisz! Tylko dzięki mnie coś potrafisz!

-A co Ty osiągnęłaś!? Gdyby nie ja nic byś nie osiągnęła!

-Jesteś nikim! Beze mnie byłabyś nikim!

-Widzisz jak mnie zezłościłaś?! Przez Ciebie złamałem sobie rękę! - powiedział, gdy któregoś nia w ostatniej chwili, wycelowaną we mnie dłonią, uderzył w ścianę.

Przez ostatnie lata patrzyłam w lustro i zastanawiałam się kim jestem.

Leń, nieudacznik, czy dziwka? Po czym on to poznaje?

Zaczęłam pracę w korporacji zaraz po studiach. Pieniądze były nieduże, a praca nic nie znacząca, ale ją lubiłam. Po roku zatrudnienia przez agencję pracy tymczasowej, dostałam etat – mój pierwszy sukces. Co dwa kolejne lata pięłam się coraz wyżej. Żeby była jasność, nie dlatego, że zasłużyłam. "Miałam po prostu ogromne szczęście!"

Zarabiałam  "za mało" pomimo, że od pewnego czasu więcej niż on. Płaciłam wszystkie rachunki, on oszczędzał. Wydawało mi się to uczciwe. Byłam w końcu "rozrzutna".

Wracając po pracy ogarnizowałam dom. Robiłam zakupy – nigdy sama bo byłam "niegospodarna". Codziennie gotowałam – ale to on dodawał przypraw i swoją rolę uważał za kluczową w przygotowaniu potrawy. Sprzątałam, prałam i prasowałam – mimo wszystko od zawsze byłam "leniem".

Gdybym tylko wychowała się na wsi tak jak on... Podziwiałam teściową. Codziennie do godzin popołudniowych pracowała w polu równo z pozostałymi członkami rodziny. Po ciężkiej pracy, gdy wszyscy odpoczywali, zaczynała gotować obiad, a gdy po kolacji kładli sie spać,  padała na kolana by umyć podłogi.  Jak mogłam się z nią równać!? Nie miałam siły nawet wbić łopaty do ziemi pod fundament naszego wymarzonego domu. Taczki wypadały mi z rąk po dwóch krokach. Umierałam gdy kolejną godzinę podlewaliśmy fundamenty w upale i gdy 12 godzinę docinałam styropian tam gdzie on uznał, że robotnicy nie zrobili tego w odpowiedni sposób. Fakt, że rodzice chowali mnie kloszem mnie nie tłumaczył. Był raczej powodem drwin. Pracowałam resztką sił by udowodnić mu, że jestem coś warta.

Od pierwszych tygodni znajomości nie odstępował mnie na krok. Wypad w męskim gronie? Pewnie! Dziesięciu chłopa i ja. Jego wierny pies – przyjaciel, pochłaniacz złych emocji, kompan na dobre i na złe. Kochałam go bezwarunkową miłością. Nic więc dziwnego, że ciąge go tłumaczyłam: trudne dzieciństwo, brak akceptacji, wykorzystywanie. Ja – wychowana w bloku przez kochających rodziców - mogłam się tylko domyślać jak ciężko miał w życiu.

W łóżku też nigdy nie byłam orłem. Brakowało mi polotu, inicjatywy. Uprawialiśmy seks prawie codziennie. Ale on chciał bym była bardziej zaangażowana. A nie leżała jak kłoda kiedy wchodzi we mnie gdy już śpię. 

Za dużo spałam a on tego bardzo nie lubił. Tak jak moich służbowych kolacji. Wychodziłam z ludźmi z pracy tylko wtedy, gdy obecność była "obowiązkowa".  Mąż dzwonił wtedy do mnie co godzinę bo się bardzo martwił... czy nie wypiłam. Po alkoholu "byłam łatwa". Skoro tak mówił na pewno miał rację. Był mądrym meżczyzną. Ja nie miałam takiej wiedzy jak on. Gdy prosiłam go czasem by się nią podzielił odpowiadał, że nie po to się tyle uczył, by podawać innym gotowe rozwiązania.

Wszystko zmieniło się, gdy dostałam pracę w wymarzonym zespole. Kierownicze stanowisko w  dziale sprzedaży. Tzn. dostałam tą pracę dzięki niemu. Sama nigdy bym nie spróbowała, nie wierzyłam w swoje siły. On też w nie wierzył, ale ciągle uważał, że jestem mało ambitna.

Gdyby nie ten awans... pewnie nic by się nie zmieniło.

"Niestety" zaczełam coraz częściej wyjeżdzać z domu. Czasem na kilka dni. Otrzymałam samochód służbowy. I gdy tylko wsiadałam do niego byłam w innej rzeczywistości. Czułam niewyobrażalną wolność i bezpieczeństwo.

Z czasem w pracy pojawiły się sukcesy... nowi klienci, premie, wyjazdy zagraniczne. Z zaskoczeniem stwierdziłam, że kontrahenci mnie lubili, cenili, szanowali. Dawali mi sygnały, że jestem atrakcyjna, ciekawa, inteligenta i wartościowa. "Absurd"!

Gdy zaczęłam czuć dysonans poznawczy, do świadomości wdarł się strach. Byłam przekonana, że jeśli coś pójdzie nie po jego myśli to on mnie zabije i zakopie w ogrodku naszego nowego, pięknego domu. I nikt mnie nigdy nie znajdzie.

Któregoś dnia gdy kolejny raz próbował mi wyjaśnić,  że jestem nikim wyjechałam do rodziców. Obraził się.  Przez kilka dni, gdy się nie odzywał, czułam się wolna i spokojna, ale gdy w końcu do mnie zadzwonił – natychmiast odebrałam. Ze strachu. Płakał do słuchawki jaki jest biedny, samotny, chory. Błagał żebym wróciła. Uległam bo zrobiło mi się go żal. Nagle z despoty stał się małym chłopcem, którym trzeba się zaopiekować. Czy włączył mi się wtedy instynkt macieżyński? Nie wiem. Do dziś nie mam dzieci.

Wtedy wróciłam do domu i mimo, że kilka pierwszych dni jego bliskość wywoływała mój odruch wymiotny - zostałam. W nagrodę dostałam pierścionek i trzeba przyznać, że przez jakiś czas również spokój. Jednak z całej tej lekcji zapamiętałam jedno zdanie. Gdy któregoś dnia po moim powrocie do domu powiedział:

-Wiedziałem, że wrócisz. Gdybyś tego nie chciała to byś przecież nie odebrała telefonu.

-       Wtedy zrozumiałam, że wystarczyło nie odebrać.

***

Był koniec stycznia 2016r. Mój Rok. Wracałam z podróży służbowej. Padałam ze zmęczenia. Złapała mnie policja. Dostałam mandat. Niewielki i nie pierwszy w życiu. Gdy zadzwoniłam do niego by mu o tym powiedzieć wszczął awanturę. Poczułam się jakbym conajmniej kogoś zabiła.

Tym razem jednak przestałam słuchać. Pierwszy raz w życiu się rozłączyłam. Czułam, że już dłużej tego nie wytrzymam. Niby nic takiego się nie wydarzyło, jednak dla mnie jakby o tą jędną kroplę przelała się szala goryczy. Sięgnełam po telefon i umówiłam się na wizytę do terapeuty.

***

Przed ślubem udaliśmy się do poradni małżeńskiej. Prowadząca sesję Pani Ania oczyściła atmosferę kilkoma pytaniami. m.in zapytała mojego przyszłego męża dlaczego uważa, że robi coś lepiej ode mnie. Nie umiał odpowiedzieć. To dziwne ale ja się popłakałam a on spokorniał na kilka dni. Podczas tej wizyty czułam jakąś nić porozumienia z tą kobietą. Dałam mi swój numer gdybym miała ochotę kiedyś pogadać. On uznał to za potwierdzenie, że rzeczywiście mam problemy z głową, a ja wykorzystała ten numer kilka lat później. Nie ma przypadków w życiu.

***

Wszystko później potoczyło się dość szybko. Pani Ania była pierwszą osoba, której powiedziałam co przeżywam. Kilka dni przygotowywałam się do rozmowy. Podczas wizyty wyrzucałam z siebie słowa jak kamienie, które latami zdążyły z mojego wnętrza zrobić kamieniołom.

-Dlaczego Pani nie odejdzie? - zapytała mnie wtedy.

-Boję się... - zawahałam się na chwilę – boję się, że popełnię błąd – wyszeptałam ze łzami w oczach.

-To normalne, że w życiu popełniamy błędy. To ludzkie. Dzięki temu uczymy się jak żyć. Ma Pani do tego prawo! - powiedziała.

Zaraz, zaraz. To ja mam jakieś prawo? Od dziecka słyszałam, że najważniejsze w życiu to właśnie nie popełniać błędów. A ja nie jestem pewna, że dobrze robię. Jak sobie poradzę bez niego? Przecież ja nic nie potrafię. Nie umiem być sama.

Gdy wróciłam do domu po wizycie ... była noc. Wszczął kolejną awanturę. Krzyczał na przemian "wynoś się" a następnie "wracaj". Jak kilkuletni chłopiec, tupał przy tym nóżkami jakby ktoś mu zabierał ulubioną zabawkę.

A mnie prowadził instynkt.

Spokojnie, bez gwałtownych ruchów robiłam krok, po kroku w tył... najpierw wyszłam z sypialni, w której się zaczęło, później zeszłam powoli po schodach na dół, stawiałam stopy jakby pode mną był kruchy lód... trwało to jakieś 20 minut...aż w końcu udało mi się wyjść z mojego pięknego, nowego, postawionego na kroplach mojej krwi i cierpieniu mojej duszy, domu.

W piżamie w środku zimy. Była połowa lutego.

Gdy tylko weszłam do auta poczułam się bezpieczna. Pojechałam do rodziców i nigdy już nie wróciłam.

Podczas drugiej wizyty w gabinecie, Pani Ania słysząc moją opowieść o tym, co się wydarzyło nie wyglądała na zaskoczoną, a wręcz kiwała głową z aprobatą. Ogromnie mnie to wtedy zdziwiło. I gdyby nie jej wielomiesięczne wsparcie pewnie bym do niego wróciła. Tak, jak poprzednim razem.

Jednakże pomimo, że nadchodzący czas był istnym koszmarem wiedziałam już, że dobrze robię.

"Nie chcę Cię więcej widzieć. Zabieraj swoje rzeczy i wynoś się z mojego domu"

"Przepraszam. Wróć. ZABIJĘ SIĘ bo nie mogę bez Ciebie żyć"

"Wiem gdzie jesteś, zniszczę Cię"

Mąż długo nie dawał za wygraną. Gdy przestał pisać smsy i zaczął dzwonić... pierwszy odruch był bezwarunkowy. Odebrać! Znów bałam się tego nie zrobić! Byłam doskonale wytresowana. Przypomniałam sobie jednak ostatnią lekcję.

Tym razem byłam mądrzejsza.

Nie reagowałam.

Ciągle jednak czułam niewyobrażalny strach o swoje życie. Nikt tego nie mógł zrozumieć.

"Co on Ci może zrobić?" - to najgorsze co może usłyszeć zaszczuta osoba.

Mąż odpuścił gdy zrozumiał, że stracił nade mną kontrolę. Walczył póki miał coś do ugrania. Na koniec został majątek. Wtedy dowiedziałam się, że w związku z tym, że to jemu zawdzięczamy: dom, moją karierę, pieniądze, należy mu się 3/4 wszystkiego (podczas gdy prawnie nie należała mu się nawet połowa). I gdyby nie moja prawniczka - oddałabym mu wszystko o co walczył, by zostawił mnie w spokoju.

Wydarzyła się jeszcze jedna rzecz, która spowodowała, że przestał mnie straszyć. Znalazł nową ofiarę.

Podobno miała tak samo na imię jak ja.

Podobno zabierał ją na męskie wypady do knajpy.

Podobno wyglądała jak najsmutniejsza kobieta na świecie. 

Potrafię sobie to wyobrazić.

Jednak czy powinna ja uratować?

***

Koszmar trwający 10 miesięcy - a raczej 12 lat - skończył się 1 grudnia 2016r. Rozwód na mój wniosek, bez orzekania o winie. Przedstawiłam sędzinie podsumowanie mojego życia. Ani na sekundę nie zerknęłam w jego stronę. Byłam bardzo dzielna.

Opowiadając historię swojego życia, wydawała mi się ona tak prozaiczna, że nie wierzyłam, że z tak błahego powodu dostanę rozwód. A jednak kobieta w czarnej todze się nie wahała.

Po 10 minutach byłam wolna.

Mimo to wybiegłam z sądu ze strachu, że on pójdzie za mną.

***

Mam na imię Agnieszka i dziś już nie szukam swojej wartości w twoich oczach.

Agnieszka Wolarek

Miłość to samo ma imię

Mam na imię Lidka. Opowiem wam o mnie, choć czasem lepiej nie słyszeć takiej historii. A może każdy powinien ją znać. A może każdy z nas ma własną.

W grudniu 2018 r. stałam w kaplicy na Cmentarzu Osobowickim we Wrocławiu. Czytałam mowę pożegnalną dla Pawła, mojego męża. Dziesięć dni wcześniej czas stanął w miejscu, mój świat się skończył.

To była środa, spotkanie administracyjne, jak co tydzień. Po godzinie sprawdziłam szybko wiadomości. Kocham cię bardzo. Kropka. Tyle. Zadzwoniłam. Raz, drugi, trzeci, kolejny. Wiedziałam, że coś jest nie tak. Marek pojechał do domu ze mną, miał chwilę, wypadło mu jedno ze spotkań.

Z Markiem znamy się od lat i przyjaźnimy. Dziesięć lat wspólnej pracy, Pawła znał dłużej, poznali się studiując wiele lat temu teologię we Wrocławiu. Potem ich drogi rozeszły się. Marek został kanclerzem w Ewangelikalnej Wyższej Szkole Teologicznej, Paweł pracował jako nauczyciel angielskiego i niemieckiego, lektor i tłumacz. Przez ostatnich kilka lat zajmował się obsługą tłumaczeniową jednego z dużych niemieckich koncernów. Można powiedzieć, że asystentką Marka zostałam po tak zwanej znajomości. Wieloletnia praca w szkole jako nauczyciel niemieckiego dała mi nieźle w kość. Lubię zmiany, a ta zmiana była konieczna, nigdy jej nie żałowałam.

Przez miasto przejechaliśmy szybko, było około dziesiątej rano. Wrocław dopiero budził się do życia. Na klatce schodowej czekała zaniepokojona sąsiadka Ola z dzieckiem na ręku. Paweł nie otwierał, zza drzwi słychać było muzykę.

Tego widoku nie da się wymazać z pamięci. Wraca. Może należy z tym żyć, jeszcze się na to nie godzę. Człowiek działa jak automat, adrenalina skacze, nie ma łez, jest walka. Nóż, żeby odciąć, nie mam siły, Marek ma, reanimacja, Ola, pogotowie. Klęczałam i wołałam do Boga, tylko tam był zawsze mój ratunek. Moje ręce były za słabe, żeby pomóc.

Pawła poznałam w wieku lat osiemnastu. Był studentem germanistyki, idealistą, który przyjechał do małego miasta w zachodniej Polsce głosić ewangelię, opowiadać ludziom o swoich wartościach i zachęcać do zmiany życia na lepsze. Zakochałam się i uwierzyłam w Boga, a może odwrotnie:)

Paweł nie odwzajemniał moich uczuć. Po maturze zaczęłam studiować germanistykę we Wrocławiu, spotykaliśmy się towarzysko, to nie byłam ja, o czym poinformował mnie kilkukrotnie. Wiele kandydatek ubiegało się o jego rękę….

Depresja Pawła uległa nasileniu. Zaczął mieć stany lękowe. Ludzi wkoło było coraz mniej. Siedział zamknięty w domu, u rodziców, tam gdzie w wieku lat trzydziestu już dawno nie powinien być.

Zawsze w działaniu opieram się na instynkcie, głosie wewnętrznym, mocnym przekonaniu, które pojawia się w środku. Dalej byłam zakochana, już chyba czwarty rok, albo piąty. Czy zakochani liczą czas?

Ślub wzięliśmy w marcu 1995 roku. Nie pamiętam, czy mi się Paweł oświadczył. Nie było białej sukni, pierścionka. Miał się źle, próbował kilku leków z różnym skutkiem. Ludzie mówili do mnie: uważaj.

Krok po kroku szedł do przodu, opierając się na mojej miłości, na Bogu, w którego zawsze wierzył.

Nowa praca, lekcje niemieckiego, angielskiego, kolejna praca, dobra praca, mała własna rodzina. Życzliwi ludzie, którzy pojawiali się jak anioły na naszej drodze.

Przez 24 lata zbudowaliśmy dom oparty na miłości. Rok za rokiem zrastaliśmy się ze sobą jak dwa blisko zasadzone drzewa, mieliśmy wspólny krwioobieg. Pokochał mnie z czasem, wiem to na pewno. Mówił to rzadko, u niego słowa miały wartość, nie kłamał.

Marysia, nasza córka. Ktoś kiedyś powiedział: piękna, po czempionach. Chciałabym dać jej inne dzieciństwo, bez wiecznego cienia choroby. Bez dramatu, który w tak młodym wieku dotknął jej osobę. Podróżowaliśmy wspólnie, chyba do 22 roku życia Marysi. Nie wiem, czy Paweł lubił podróże. Nauczyłam go tego, ale myślę, że wyjeżdżaliśmy po części dla mnie.

Rzymskie mury Lugo, flamingi w Delcie Rodanu, Toskania, sowa z alabastru w Volterze, dom Leonarda, Costa Verde i wielkie wille Indianos. Alpy, Alpy, Alpy. Nasz matecznik: Niemcy. Dolina Mozeli, Speyer, Mannheim, koncerty Xaviera Naidoo. Pamiętasz kochany?

Stojąc w grudniu nad grobem Pawła nie widziałam przyszłości. Przez kolejne dni i tygodnie żyłam tylko dniem teraźniejszym. Czas nie istniał, kolejny rok, który był przede mną miał czarny, pusty kształt. Bolała mnie sama myśl o wiośnie, o lecie, o nowym życiu. Jakim życiu?

Modliłam się, pomimo wszystko, na przekór. Przyjmowałam pomocną dłoń: zupę, pieniądze, słowa przyjaciół, obecność Adama i Marysi, rozmowy z Elą.

Wróciłam do pracy. Zostałam sama, zdana na siebie, w świecie, gdzie postawiliśmy na rozwój Pawła i jego realizację w zawodzie. Moje życie jak księżyc kręciło się wokoło jego osoby.

Nie miałam żadnych planów na przyszłość i pragnień. Całą siłę pochłaniało mi ogarnięcie nowej rzeczywistości. Szłam jak zwierzę, kierując się tym co zawsze: instynktem, głosem wewnętrznym, siłą płynącą z przeżytych doświadczeń i genów. Genów Taty Feliksa, prostego, starszego człowieka, który przeżył wojnę i do końca dni kochał mamę oraz każdy nadchodzący dzień. Mamy Teresy, która walcząc z powojenną biedą skończyła studia, wiele lat pracowała jako radca prawny, zawsze była przy mnie, pomagała najlepiej jak potrafiła.

To, co umiałam w tym życiu to kochać drugiego człowieka, to mi wyszło, to chciałam robić dalej. Mogłam jednak zapić się na śmierć czerwonym winem lub zrobić krok tam, na drugą stronę inaczej. Wieczory były otchłanią. Mieszkanie dostarczało dziesiątków wspomnień. Jedną nogą byłam z Pawłem, w świecie do którego odszedł.

Nigdy nie byłam na portalu randkowym. No bo i jak, i skąd. Całe życie spędziłam z jednym facetem, do głowy by mi nie przyszło rozglądać się na boki, a poza tym nie miałam czasu;)

Przyjaciółki opowiadały o swoich wrażeniach z szukania partnerów online, pozytywnych nie było dużo.

Temat opracowałam starannie. Zorientowałam się co oferuje rynek portali randkowych, jak wyglądają ceny, opinie, wyznaczyłam sobie deadline i po miesiącu namysłu zrobiłam to: wybrałam najdroższy, żeby zainwestować w jakość…. Aby mieć szersze pole rażenia zapłaciłam też za portal chrześcijański, no i za popularną Sympatię. Do tej pory chodziłam do pracy, do kościoła, miałam stałą grupę znajomych, poznanie kogokolwiek w realu nie było za bardzo możliwe.

To był kwiecień. Jest taki obowiązek prawny, że rodzina człowieka, który się powiesił, musi odebrać pętlę. Pismo z policji, nakaz odebrania, nie uciekniesz. Kwitły drzewa, było pięknie. Pakunek pieprznęłam z całej siły do śmietnika przy komisariacie na Połbina. Kopnęłam pojemnik, klęłam jak szewc. Monitoring to wytrzymał.

Zdjęcie różowo kwitnących drzew spod komisariatu wysłałam Tomkowi z Sympatii…

Jak na „swoje lata” jestem niebrzydka, zwracam uwagę ludzi. Wysoka, bardzo wysoka, za wysoka, smukła, blond trochę podrobiony, ale faceci wolą blondynki.

Byłam jak baranek wśród wilków. Nie wiedziałam w jakie karty grają faceci. Przez wiele lat miałam swój świat, oparty na nieprzemijających wartościach, prosty, pełen wysiłku.

Napisało wielu. Odfiltrowałam napalonych dwudziesto- i trzydziestolatków. Tego nie szukałam. Szukałam, miałam to w opisie, fajnego faceta, do tańca i do różańca…..

Zaczęłam się spotykać z mężczyznami z portali. To nowe życie wypełniało mi czas, dawało silne emocje, wypełniało pustkę. Uzależniało trochę, ale przynajmniej było ucieczką od strachu i bólu.

Niektórzy odpadali od razu, niektórzy od drugiego wejrzenia. Bez seksu, nie przekraczałam moich granic.

Powiedziałabym o sobie wtedy blachara. Okazało się, że reaguję na fajne auta i pełną kieszeń. Wyglądałam coraz lepiej. Odświeżyłam garderobę, zaczęłam chodzić w sukienkach, zwróciłam uwagę na biżuterię. W wieku 48 lat miałam w sobie olbrzymią wolę zmiany, siłę przetrwania. Szłam do przodu, choć niezbyt wiedziałam w jakim dokładnie kierunku. Biegłam, uciekałam od śmierci i samotności. Ci, którzy mnie znają patrzyli na mnie z podziwem i zdumieniem. Łamałam schemat.

Waju. Zainteresował mnie twój opis. Nie miałeś zdjęcia, wspomnę także o zaniżonym wieku….Wysłałam ci uśmiech, jako pierwsza. Ot tak, ponieważ opis wydawał mi się ciekawy.

Waju NieNerwowo Przez Pół Świata. Kanał na you tube pokazał żeglarza, podróżnika, filmowca. Nil desperandum, nie rozpaczaj, nie trać nadziei, nie nerwowo…Takie życiowe motto pasowałoby mi także.

Paweł szukał kobiety swojego życia. Cel miał dookreślony jasno, informował zresztą o tym wszem i wobec. Czerpał z doświadczenia życiowego: rozwód, kobiety, dwie wielkie miłości, piękne córki, on po pięćdziesiątce, na rozdrożu życia, także zawodowego. Bilans przeżytych dni spowodował, że jeszcze raz chciał postawić na najważniejszego konia: na miłość.

Umiał podrywać babki, jest starym wygą w tym rzemiośle, chociaż bez ważnych atutów w postaci auta, stanowiska, kasy, no i ta matura…. Ściągnął mnie z rynku. Przeciwieństwo jego dotychczasowych zdobyczy: chuda, wierząca, paniusiowata. Nie był za bardzo w moim typie, raczej człowiek czynu, emocji niż intelektualista, w tym momencie kierowca na trasach międzynarodowych. Byłam na nie.

Przeprowadził Blitzkrieg. Do tej pory nazywa mnie Barankiem. Podobno łatwo złapać kogoś nieobytego w tej grze. Kierował się intuicją, od początku, od pierwszego spotkania. Zdecydował się szybko na bycie ze mną. Nie popuszczał, był blisko, coraz bliżej: ciepły, dobry, karmiący smacznym jedzeniem. Opowiadał o sobie. Moje przeciwieństwo. Intrygował mnie.

Wprosił się na mój wyjazd nad morze. Polskie morze, nie byłam tam dwadzieścia lat.

Dane nam było słońca zaćmienie… piękna pogoda, puste plaże w okolicach jeziora Sarbsko. Kupiliśmy tęczowy parawan. Rozmowy, tematy nie chciały się skończyć. Dotyk, najpierw obcy, bałam się trochę, potem coraz bardziej mój, bliskość i pasja.

Jesteśmy razem 11 miesięcy. Nigdy nie słyszałam tyle razy, że jestem piękna, nigdy nie byłam tak chciana. Jestem jego księżniczką, bawi mnie to trochę. Pięćdziesięcioletnia księżniczka i kierowca, Apollo 53….Rozmowy dalej nie chcą się skończyć, okazało się, że dobrze gotuję. Seks jest boski. Lily & Waju….

Miłość na ostatnią, najtrudniejszą część życia. Czy to ona? Jak połączyć dwa tak dorosłe, różne światy? Będziemy próbować, powoli, nie nerwowo.

Tak więc wypłynęłam z portu, gdzie zagnała mnie burza. Płynę dalej. Z tobą Waju, po horyzont. W drodze do Boga, Taty, Pawła. Spotkamy się tam gdzieś kiedyś wszyscy.

Lidia Harcej

Naprawiłam drzwi, które on rozwalił w szale

Właśnie spakowałam wyprawkę wielkanocną mojemu byłemu mężowi Markowi; jest w niej kawałek czekoladowej babki, żurek, jajko ozdobione piórkami.....choć....on nie lubi jajek ale.....to przecież symbol...Spotkamy się pewnie jak zwykle w mieście o umówionej godzinie. On przekaże mi siatkę z prezentami dla Melanii-naszej 2,5 letniej córeczki.

Na spotkanie z nim idę sama. Zwykle, kiedy jeszcze nie było pandemii zabierałam córkę i spotykaliśmy się wszyscy w parku, galerii czy innym miejscu publicznym. Taki jest wyrok sądu.....Nigdy bym nie pomyślała, że spotka mnie właśnie taki scenariusz.

To był 2018 rok. Dnia 16 listopada o godzinie 12 dowiedziałam się, że mój mąż pozostanie w areszcie śledczym przez kolejne trzy miesiące. To była sobota .Tak więc zostałam sama z dziećmi. Z jednej strony poczułam ulgę, że mój domowy koszmar właśnie się skończył a jednocześnie czułam strach przed samotnością. Dwa miesiące wcześniej, po kilku latach wspólnego życia wzięliśmy upragniony ślub. Rok wcześniej zostaliśmy rodzicami Melanii-Marek miał wtedy 63 lata a ja skończyłam 40stkę.To nigdy nie był idealny związek ale czułam ,ze Marek jest miłością mojego życia. Może dlatego nie zauważałam wcześniej jego pewnych niepokojących zachowań wobec mnie ,może chciałam nie zauważać dla "ogólnego dobra"; przyszło na świat nasze upragnione dziecko i to ono stało się najważniejsze.

Starsza córka Izabella wielokrotnie odradzała mi ten ślub widząc zachowania mojego partnera, ale ja byłam tak bardzo w nim zakochana, że nie było mowy o odwoływaniu czegokolwiek. Tak, wiedziałam dużo o jego przeszłości ale postanowiłam nie oceniać tego. Wiedziałam też, że znęcał się nad swoja drugą żoną, z którą był 25 lat. Ale on twierdził, że rodzina wyolbrzymiła ten temat. On-prawdziwy Hippis z krwi i kości, działacz "Solidarności" i wspaniały ojciec trójki dzieci miałby robić aż tak straszne rzeczy?

Dlatego w to nie wierzyłam a jego niestosowne zachowania wobec mnie brałam na karb wcześniejszych ,długoletnich nałogów, o których bardzo dobrze wiedziałam. Dwa dni po ślubie mój mąż powiedział mi, wychodząc do pracy ,ze "teraz to on może zrobić ze mną co tylko chce bo jestem jego żoną". Uśmiechnęłam się tylko i pomyślałam sobie ,że niezłe ma żarty. Okazało się jednak, że zrobił dokładnie to co obiecał....

Jeszcze tego samego dnia ,kiedy dostałam wiadomość, że został aresztowany, zostawiłam dzieci pod opieką mojej mamy i pojechałam do aresztu zawieść mu leki oraz bieliznę. Kiedy wracałam był zimny ,mglisty wieczór....

To wtedy pierwszy raz pomyślałam o tym, że nie chcę żyć.....Chciałam nawet wejść pod pierwszy samochód, ale nagle zadzwonił telefon i moja starsza córka Izabella zapytała: „Mamo, gdzie ty jesteś? miałaś nam kupić pizzę! Kiedy będziesz?". I to mnie uratowało.

Pobiegłam do najbliższego marketu po mrożoną Margerittę i wsiadłam w pierwszy autobus w stronę domu. To była koszmarna noc...Wiele następnych również.. Ja -świeżo upieczona mężatka zrozumiałam, że zostałam sama z dwójką dzieci. Kochałam go nadal; mimo wszystko nie mogłam sobie wyobrazić życia bez Marka; płakałam właściwie co noc, żeby dzieci tego nie widziały, a przy nich starałam się być dzielna. Potem nadeszły najtrudniejsze dla mnie Świeta Bożego Narodzenia. Przez te wszystkie miesiące zastanawiałam się co będzie dalej...Powracało pytanie dlaczego on zrobił mi te wszystkie straszne rzeczy?

Po pięciu miesiącach mąż opuścił areszt ,lecz ja zdecydowałam się na rozwód. Dla swojego bezpieczeństwa, dla bezpieczeństwa moich dzieci...zwyciężył zdrowy rozsądek...

Trudno w kilku słowach opowiedzieć jak to wygląda dzisiaj ...Jesteśmy od kilku miesięcy po rozwodzie, Marek widuje się z córką raz w tygodniu. A ja? Wyleczyłam się z tej miłości...Jestem sama i nie myślę o kolejnym związku. Cenię sobie to, że potrafiłam odbudować swój dom na nowo, z moimi dziećmi. Odnowiłam nawet zepsute drzwi, które Marek rozbił w szale. Zmieniłam wystrój mieszkania ale...najważniejsze, że zmieniłam myślenie o samej sobie-nie jestem już ofiarą przemocy domowej, ale silną i dumną kobietą, która już nigdy więcej nie da sobie zrobić krzywdy.

Ewelina Bandurska

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.