Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

I. NAGRODA

Fot. Ilustracja Marta Ignerska

Leżała pod choinką, czekając na swoją kolej wręczania. Pudła z zabawkami grzechotały, torebki szeleściły, obdarowani dziękowali wylewnie. Obchodziliśmy pierwsze Boże Narodzenie w niedawno wybudowanym domu i chciałam wierzyć, że się w nim zestarzejemy.

Koperta czekała na mnie. Zawierała zaproszenie na kurs kontroli poślizgu. Tekst wydrukowano na białym, czerpanym papierze. Tak, to był wartościowy prezent. Dostałam go od M., mojego męża. I nagle, w obecności rodziców, teściów, dzieci i siostrzeńców, zachciało mi się płakać. Ten dar miał w sobie chłód. Mógłby być nagrodą od prezesa firmy dla najlepszego pracownika miesiąca.

Istotnie, przez ostatnie miesiące naszego małżeństwa starałam się bardziej niż kiedykolwiek. Szukałam drogi do M., który wymykał mi się, znikał, kluczył. Wracał z pracy, gdy kładłam się spać. Potem znajdowałam go przed telewizorem, gdy o trzeciej nad ranem, wyrwana z męczącego półsnu, uświadamiałam sobie, że nie ma go przy mnie.

Zawsze wierzyłam w moc rozmowy. W ciągu 12 lat naszego małżeństwa przegadaliśmy tysiące godzin, trwając w zadziwiającym rezonansie. Opowiedzieliśmy sobie historie zabawne i wstydliwe. Znaliśmy imiona naszych pierwszych miłości z kolonii letnich. Śpiewaliśmy do zachrypnięcia rockowe standardy i stare żeglarskie pieśni. Skończyliśmy razem studia i rozpoczęliśmy pracę w tym samym zawodzie, który oboje uważaliśmy za pożyteczny i fascynujący. No i urodziliśmy dwoje dzieci. Myślałam, że to wystarczy, że teraz pozostaje już tylko pomnażanie zebranego kapitału intymności.

I tylko czasem, z niejasnych powodów, M. zapadał się w sobie, gasł i zamierał, jakby ktoś na chwilę rzucił na niego urok, i wtedy zdawało mi się, że przestał mnie kochać – a potem znów do mnie wracał i oboje oddychaliśmy z ulgą. Ale ostatni rok był inny, pełen dziwnego niepokoju, jak w porządnym thrillerze, gdzie groza narasta powoli, pomiędzy spacerami z dziećmi i kuchennymi półkami, w jasnym świetle dnia. Chciałam wierzyć, że jest coś, co zależy ode mnie i co będę mogła dla nas zrobić. Pytałam, ale M. nie odpowiadał. Był surowy, obcy, daleki o świetlne lata.

Trzy tygodnie po bożonarodzeniowej kolacji poprosił o rozmowę. Był mroźny wieczór, a ja zapragnęłam najpierw wziąć prysznic, jak w jakimś pradawnym rycie, jakby przed inicjacją. Stałam w strumieniach gorącej wody i trzęsłam się z zimna.

M. przygotował herbatę i było to dobrym pomysłem, bo kubek nadawał się, by zapleść na nim palce.

– Jesteś mądra, piękna i wyjątkowa – powiedział – ale cię nie kocham. – Nie kocham cię, bo jestem gejem. Pedałem.

I wtedy dotarło do mnie, że nie jestem zaskoczona. W jednej sekundzie poczułam ulgę i rozpacz jednocześnie. Oto kończyło się moje życie, oswojone i bliskie. Umierałam, umieraliśmy oboje w naszych rolach, planach i powinnościach, w tej właśnie chwili. A jednocześnie skończyła się niepewność i paradoksalnie znów mogłam nabrać powietrza.

Opowiedział mi, jak docierało do niego to, kim jest, i jak bardzo nie chciał się tego dowiedzieć. Tamte epizody smutku były w rzeczywistości iluminacjami tożsamości, jak gdyby na chwilę otwierały się drzwi prowadzące w głąb. Próbował się bronić. Wybudował dom. Troszczył się o dzieci. I starał się być mi mężem tak długo, jak było to możliwe. W końcu stało się niemożliwe i M. nie chciał już żyć tak jak dotąd: w rozpaczy i kłamstwie. Wtedy spotkał Igora. I postanowił odzyskać swoje prawdziwe życie.

Tamtego wieczoru poczułam, że mu współczuję i zazdroszczę jednocześnie. Zazdrościłam mu miłości, która dała odwagę, by zawalczyć o siebie i o dni, które mają nadejść. Pomyślałam, że nie mogąc ocalić naszej relacji, mogę próbować ocalić siebie.

Zawsze wierzyłam, że drobne, codzienne wybory przygotowują nas do chwili, kiedy trzeba się będzie zachować przyzwoicie. W końcu życie powiedziało: „Sprawdzam”.

Gdy M. odjechał w mroźną noc, zapowiadając, że przyjedzie nazajutrz, przygotowałam sobie następną herbatę. Następny dzień był poniedziałkiem, z listą spraw oczekujących na moje przytomne decyzje. Z mamą, którą miałam zawieźć rano do lekarza. Z dziećmi, wciąż jeszcze nieświadomymi, którym w myślach obiecałam, że nie stracą żadnej ważnej relacji.

Przez pierwsze dwa tygodnie nie mówiłam nikomu. Kupiłam za to laptop i postanowiłam prowadzić dziennik, bo słowa zawsze mnie ratowały. Pierwszą, której powiedziałam, była Agnieszka – to ją wybrałam, by uniosła moją historię. Przyjaźniłyśmy się od czasów liceum, a los pozwolił nam zamieszkać obok siebie, w domach przy piaszczystej drodze. Była lustrem, w którym odbijały się wszystkie moje strachy. Chodziłyśmy na spacery stromą ścieżką w górę moreny. Piłyśmy wino na tarasie. Była, zawsze. Wierzyła, że podejmę dobre decyzje.

Najtrudniej było powiedzieć rodzicom. Martwiłam się o nich i bałam się o M.

– Wiecie – powiedziałam – ja nie mogę wygrać w tych zawodach, bo nie ma konkurencji, w której mogłabym wystartować.

Wtedy tata, miłośnik wielu sportów, uśmiechnął się i stwierdził, że to dobre porównanie. A kilka miesięcy później mama zapytała, czy pojadę z nimi na wakacje, i tak stałam się znowu częścią rodziny pochodzenia.

Tymczasem dni stawały się coraz dłuższe i przybywało światła. M. natomiast znikał po kawałku. Zabrał gitarę, żeglarskie książki, trochę płyt. Któregoś dnia zobaczyłam ogołoconą z jego ubrań półkę w garderobie. Najpierw pomieszkiwał jeszcze w pokoju gościnnym, ale przychodził coraz rzadziej, jak kot włóczykij. Remontowali z Igorem nasze dawne mieszkanie i wiedziałam, że któregoś dnia zabierze resztę ważnych dla siebie przedmiotów i wyjdzie ostatecznie. Marzyłam równocześnie o jego pozostaniu i o jego odejściu. Czasem, w najgorszej godzinie przed świtem, budziłam się, szukając jego pleców, nieogolonego policzka, oddechu. Przyjeżdżał, by spotkać się z dziećmi, ale czasem zmieniał plany, nie dotrzymując obietnic, i z bólem rozumiałam, że jego priorytety już się zmieniły. Czerwony samochód szybko znikał w chmurze pyłu z polnej drogi.

Zapisałam się na kurs kontroli poślizgu.

Na placu manewrowym pracowały zraszacze. Dzięki nim wszędzie było mokro i ślisko. Na obrzeżach poślizgu piętrzyły się opony niczym aniołowie stróżowie. Zaczęliśmy ćwiczenia. Napięcie znikało we mnie powoli i przy kolejnej przejażdżce przez tor przeszkód poczułam, że po raz pierwszy od wielu miesięcy świetnie się bawię. Sprawczość rosła we mnie z każdą udaną kontrą, z każdym zwycięstwem nad instruktorem, który znienacka zaciągał hamulec ręczny. Ostatnim wyzwaniem była jazda z trolejami; małymi kółeczkami w miejscu tylnych kół. Instruktor palił papierosa, stojąc na placu, a ja eksperymentowałam z własnym strachem, ze spontanicznością i taktyką. Gdy podsumowywaliśmy to, czego się nauczyłam, poradził:

– Jeśli nie można uniknąć zderzenia – powiedział, jakby zdradzając sekret – lepiej iść na czołowe, niż uderzyć bokiem.

Tak, chyba już o tym wiedziałam.

Tej wiosny patrzyłam, jak M. się zmienia fizycznie, jak zrzuca z siebie ochronne warstwy, nadmiarowe kilogramy, luźne swetry. Brakowało mi jego trzeźwego myślenia, fizycznej siły. Nauczyłam się, jak rozmawiać z ogrodnikami i majstrami, ignorując pytanie, kiedy wróci mąż.

W wakacje poddałam się planom rodziców. Pojechaliśmy razem nad morze, które przypominało mi o M., było jego żywiołem. Siedzieliśmy na plaży, budując doskonałe konstrukcje z piasku. Patrzyłam na dwoje dzieci, trzylatka i ośmiolatkę, najważniejszy powód, by żyć. Znów zaczęłam biegać, bo wśród sposobów na stratę i lęk ten zdawał się najbardziej konstruktywny i kojący. Dni mijały lekko, mimo wszystko.

Jesienią miałam przystąpić do egzaminu podsumowującego moje dotychczasowe zawodowe życie i dającego tytuł specjalisty. Ostatni z etapów egzaminu zdawałam w moim studenckim mieście. I wtedy, w przededniu, w listopadowy wieczór, spacerując po ulicach pełnych dobrych wspomnień, uświadomiłam sobie, że jestem sama na tym ostatnim zakręcie, jak przed śmiercią. A potem wróciłam do hotelu, by zmierzyć się z tym smutkiem i wytrzymać go do końca.

Następnego dnia zdałam egzamin, spokojnie i bez lęku.

Niedługo potem spadł śnieg i uświadomił mi, że właśnie mija rok. Zastanawiałam się, czy go zaliczyłam.

Jechałam w śnieżycy do mieszkania M., by odebrać dzieci, które spędziły z tatą parę niedzielnych godzin. Zastanawiałam się, czy spotkam tam Igora, jeszcze niepoznanego, opowiedzianego mi tylko. Weszłam do środka, zdjęłam buty i zobaczyłam, że w skarpetce mam dziurę, co nie dodało mi pewności siebie. Oni byli eleganccy, jak rodzina w trakcie niedzielnego obiadu. Chciałam go poznać, byłam na to gotowa.

Prawie dotykał głową sufitu, miał niebieskie oczy za okularami i pomyślałam, że także nie jest mu łatwo. Ale poczułam też wdzięczność. M. mógł spotkać kogoś, kto nie byłby go wart, ale zakochał się w tym wysokim chłopaku o spojrzeniu pełnym światła.

Gdy wracaliśmy, śnieg już nie padał. Na drodze płatki topniały, zamieniając się w błoto. Przy wjeździe na rondo straciliśmy na chwilę przyczepność i poczułam pod kołami dziwną lekkość. Wyćwiczony odruch zadziałał i łagodnie skręciłam kierownicą, utrzymując nas na jezdni. Jechaliśmy znów we właściwym kierunku. Do domu.

M.

2. NAGRODA

Fot. Ilustracja Marta Ignerska

Wstałam jak zwykle. 6 z minutami. Idę do kuchni zapalić, w łóżku nie mogę, bo zazwyczaj nie leżę, nie śpię w nim sama. Zaciągam się pierwszy raz tego nowego, wspaniałego dnia powoli. Tak sobie mówię: „Nowy, wspaniały dzień”, choć wiem, że będzie taki sam jak poprzedni i ten sprzed miesiąca. Idę do łazienki, Boże, ta twarz, której w ogóle nie poznaję, to jeszcze ja czy już nie ja. Oczy podkrążone, plamy starcze, twarz opuchnięta, a policzki zapadnięte. Z włosów, kiedyś tak kasztanowych, tak gęstych i długich, nie zostało już nic. Teraz są rude, bordowe, czerwone – w zależności od światła. Nawet kurze łapki przestały być widoczne; „mało śmiechu” – myślę sobie.

Wychodzę na drugiego papierosa z psem i kawą. Myślę o M., z którą nie mam kontaktu, od kiedy wyjechała z małego miasta do dużego na studia, a więc od kiedy przestała być małą, moją, a stała się dużą, swoją dziewczynką. Myślę o G. i P. Oni to mnie kochają. Moi synkowie. Zawsze za mną, za mamą. Bez oceniania, jak to uwielbia robić M. „Za dużo palisz, wykupiłaś już to mieszkanie od miasta, przecież to tylko 10 procent wartości, naprawdę tyle nie masz, nie masz nic swojego”. A ja myślę, że mam. Mam kwiaty, o których lubię mówić „rośliny”, i ją mam, i jeszcze G. i P. I psa. Mam jeszcze jego, ale on nie jest z mojej krwi. Jest obok, przy mnie, ale nie jest mój.

Wychodzę na autobus. Jeżdżą dwa. Pierwszy o 6.45, ostatni o 18.15. Interesuje mnie tylko ten pierwszy, dojeżdżam nim do pracy. Szpital, dziwne miejsce na pracę, którą wykonuję od 21. roku życia, kiedy nie jest się ze służby zdrowia. Administracja, krecie życie szpitala, biura i pokoje w suterenach, poprzedzające drogę do kaplicy lub kostnicy. Zimno tam każdemu, ale mi nie. Mnie zawsze jest gorąco, zawsze palą mnie stopy. Witam skinieniem głowy i machnięciem ręki pana S., plastyka. Wydrukował mi zdjęcie M. i jej męża S. z obiadu ślubnego, bo tak każe M. o tym wydarzeniu mówić, na który pojechałam do dużego miasta w czarnej koronkowej sukience. Wiedziałam, że na wesela to w jasnym się chodzi, ale jeśli nie było to wesele, to w czym problem, pomyślałam. Nie miałam też nic bardziej eleganckiego, a miało być elegancko. D. założył mundur galowy. Też czarny.

Przebieram te buty, w których przyjechałam, na te, co noszę w pracy. Na obcasie. Teraz już niższym niż kiedyś, ale zawsze na obcasie. Kiedyś wszyscy się dziwili, jak ja mogę w tych szpilach tak latać po szpitalu. Włączam komputer, witam się z koleżankami, nastawiam wodę na kawę, drugą i pewnie nie ostatnią. Idę do sklepiku po ćwiartkę masła osełka i dwie małe bułeczki. W szufladzie biurka mam szprota w pomidorach. Jem swoje śniadanie. Sporządzam dokumentację na przetarg pralni. Myślę, czyby nie kupić rajstop od pana, co z Tomaszowa przyjeżdża do szpitala, bo – jak mówi – tu tyle jest pań, zawsze rajstopy więc kupią. M. też je nosi. Kiedy już przyjedzie, raz do roku, to zawsze sobie bierze parę czy dwie. Podlewam kwiaty-rośliny, mam tu te, które nie mieściły się już w domu. Zamiokulkas zamiolistny stoi na środku korytarza. Każdy wchodzący do szpitala najpierw jego widzi.

Dzwoni telefon. Dyrektor prosi mnie do siebie. Jest nowy, myślę, że pewnie znowu czegoś nie wie. Wchodzę, oprócz mnie została wezwana – czy poproszona, bo nigdy nie wiem, czy oni proszą, czy każą – jeszcze jedna osoba.

Każą-proszą nam usiąść. Oprócz dyrektora w gabinecie stoi jeszcze jeden pan. Każą-proszą przeczytać i podpisać pismo. Czytam. Podpisuję. Jestem zwolniona z pracy po 34 latach za porozumieniem stron. Mam zabrać swoje rzeczy i wyjść. Idę do siebie, już nie siebie, zabieram moje, wciąż moje rzeczy. Panuje jakiś zgiełk, nikt nie zwraca na mnie uwagi, mówię do koleżanek „cześć” i cicho wychodzę. Zapalam papierosa na korytarzu. Co będzie z moimi roślinami? Ich nie wzięłam.

Opuściłam jedyne w moim życiu miejsce pracy. Pracownicy gospodarczy przycinają drzewa. Mówię, by odcięli tylko tyle, ile trzeba tego drzewa odciąć, nie więcej. Czekam na autobus. Nigdy o tej porze nie jechałam do domu, po pracy. Musiałam wsiąść nie do tego autobusu, bo jadę nie do siebie. Jakoś jednak trafiam do domu. Idę do ogródka. Pies ze mną. Przycinam obumarłe listki roślin. Pączki kwiatów zaczynają rozkwitać. Tyle na nie czekałam. Róże pienne, róże na pniu, są bladoróżowe. Dostaję pierwszego SMS-a z okazji Dnia Matki. Jest od M. Życzy mi spełnienia marzeń, dodaje w drugim SMS-ie, tych najgłębszych i najskrytszych. Jest 10.25. Czy mam jeszcze marzenia, sama nie wiem. Dzwoni D. z pracy. Życzy mi miłego dnia. „Bo już pewnie po śniadanku?” – pyta. Dzwoni G., szybko, bo z zagranicy dużo kosztuje, mówi, że mnie kocha i jestem najlepszą mamusią na świecie. Pisze P. Krótko i treściwie. Dzień Matki, to i życzenia są. Dla mamy ukochanej, jedynej, niepowtarzalnej.

D. wraca z pracy. Podaję mu zrobiony bez pośpiechu, jak to zwykle było, obiad. Mówię, że zostałam zwolniona z pracy. Nie wiem, czy zrozumiał. Dzwonię do siostry. Siostra płacze. Dzwonię do mamusi. Nie mówię jej, co się stało, tylko składam jej życzenia. W następny weekend przyjeżdżają chłopaki. Wymyślają plan, co będę robić, by dopracować te brakujące cztery lata do emerytury. G. mówi, że bierze ślub, że trzeba się tym zająć, że mnie potrzebuje, że marzą mu się bliźniaki, że stawia dom, że wraca. P. mówi, że jest gejem i zamieszka ze swoim wieloletnim partnerem, którego oczywiście nie znam, choć bardzo chciałabym poznać, i zaprasza mnie do siebie, do nich. Też wraca. Wsiadamy do auta i jedziemy wszyscy do M. Nie mieszka już w dużym mieście. Jedziemy, daleko, długo, wysoko. Pachnie. Jest zielono. Kołuje mi się w głowie. Rozpoznaję. Też kiedyś mieszkałam w górach. Zaczynam płakać. Coś się we mnie poruszyło. Nie płaczę ze smutku. Zaczął się nowy, wspaniały dzień.

Kama Morawska

3. NAGRODA

Fot. Ilustracja Marta Ignerska

Kiedy zadzwonił telefon, pędziłam autostradą A4 z Wrocławia do Krakowa. W poczuciu absolutnej wolności, nie myśląc o żadnych niespełnionych pragnieniach i potrzebach. Nasze życie wydawało się dobre. Od jakiegoś czasu nie rozmawialiśmy o tym, czego mieć nie mogliśmy. Uważaliśmy, że zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy. Nie chcieliśmy się zdobyć na żaden dodatkowy krok, chociaż nie wyczerpaliśmy dostępnych rozwiązań. Ja nie chciałam. Z przyczyn, których nigdy racjonalnie nie sformułowałam. T. nie naciskał. Siostra uważała, że kiedy dotrze do niego, że już jest za późno, będzie żałował i będzie mi miał za złe, że nie chciałam spróbować. Ale to mnie nie przekonywało, nie sprawiało, żebym zechciała. Zatem przestaliśmy o tym rozmawiać.

Jechałam autostradą A4, wracając po kilku bardzo udanych dniach w pracy. Grupa z którą pracowałam była nieduża, niezbyt roszczeniowa, spaliśmy w dobrym hotelu, w którym wszystko sprawnie działało. Nie zawiódł ani wrocławski przewodnik, ani restauracje, ani pogoda. Spektakl w operze był świetny. Rano się pożegnaliśmy. Pojechali z powrotem do Niemiec, ja wracałam do domu. Miałam przed sobą wolne popołudnie. Tylko dla siebie, T. był akurat, też służbowo, w Hiszpanii.

Napawałam się tą chwilą samotności. Od jutra miałam kilka dni wypełnionych oprowadzaniem po Krakowie od rana do wieczora, z krótkimi przerwami koło południa. Wiedziałam, że będę zmęczona rozmowami, nadążaniem z realizacją wyśrubowanych programów, ściskiem w Katedrze i w Kościele Mariackim, hałasem miasta, wszystkim, co było częścią dnia pracy w sezonie turystycznym. Był początek czerwca i sezon właściwie dopiero się zaczął. Do końca października miałam kalendarz wypełniony po brzegi.

Korzystałam z chwili, w której nikt do mnie nic nie mówił, ani ja nie musiałam do nikogo nic mówić. Na całe gardło śpiewałam sobie z Kasią Nosowską Uciekaj skoro świt, bo potem będzie wstyd i nie wybaczy nikt chłodu ust twych…jak zwykle wpadając w ekstazę przy nie prawda, że tak miało być! Że warto w byle pustkę iść!…Przy To wciąż za mało…mój głos zawibrował w tej sekundowej ciszy, kiedy audio przełącza się na dźwięk telefonu.

Nigdy wcześniej nie dzwonili. Nikt nie pytał, co u nas słychać. Odkąd przeszło dwa lata temu staliśmy się kolejnymi, którymiś tam w kolejce, przeszliśmy przez wszystkie stany emocjonalne - od euforii, podobnej tej, kiedy ten jeden jedyny raz przez te lata uporczywych starań mój test ciążowy wykazał - na krótko - obecność zarodka; poprzez ledwo tlące się w podświadomości oczekiwanie, czasem pełne ufności i nadziei, innym razem wściekłe, zniechęcone tym, że czekamy w zasadzie na coś mglistego, bez przekonania, że to się w ogóle wydarzy; oczekiwanie przeradzające się w nagły impuls do wzmożonej aktywności, walki wręcz - o swoje marzenie przecież! Stając się na moment zaangażowanymi poszukiwaczami rozwiązań niestandardowych, podglądaczami dziwnych forów internetowych, nawiązaliśmy kontakt z rodzinami, którym się udało…ale co? Załatwić sobie dziecko?! Przeraziliśmy się, że trafimy na jakichś szarlatanów, cwaniaków. Otarłam się o szaleństwo, rozważając czy mogłabym stanąć pod oknem życia, zaczekać, aż ktoś tam odda swoje dziecko i postarać się o nie! Kolejna obłędna myśl, że to wszystko igranie z losem! Czyż nie wierzyliśmy w przeznaczenie? Należy tylko cierpliwie czekać. Co ma być, to będzie. Ostatecznie jest nam też dobrze tak, jak jest. Okazyjne spotkania w gronie znajomych z małymi dziećmi uświadamiają człowiekowi bezmiar swobody, beztroskę życia tylko we dwoje. Śmiejesz się z przereklamowanego szczęścia rodzinnego. Chwilami się śmiejesz, chwilami popadasz w rozpacz.

I nagle ten telefon, na A4, w zupełnie niekonkretnym miejscu w środku dnia, w środku ulubionego utworu, w samozadowoleniu, spełnieniu, absolutnym dostatku doznań i emocji, absurdalne wręcz zdanie z samochodowego głośnika, które do dziś słyszę! – Dzwonię, by zapytać, czy w państwa życiu nic się nie zmieniło.

- Chyba nie…yyhm – przepraszam, łapię oddech i zjeżdżam na pobliski parking, bo zaczynają mi drżeć kolana,

- To dobrze, bo chcielibyśmy wam przedstawić dziecko.

- Jakie dziecko? Naprawdę!? – prawie krzyczę – Jak to możliwe!?

Psycholog z ośrodka nie może niczego powiedzieć przez telefon. Muszę do nich przyjechać. Oczywiście, będę jutro. Mam krótką przerwę w pracy. Cholera, za krótką! Coś przestawię, skrócę. Będę na 13.00. Oczywiście, że będę!

Młoda kobieta w ośrodku, z którą rozmawiam następnego dnia, mówi tylko:

- Wie pani, to jest niespełna 2 letnia dziewczynka. Zdrowa. Niewiele o niej wiemy.

Słysząc to, wpadam w euforię. Dziewczynka! Maleńka, jeszcze prawie niemowlę. Nigdy tego wprost nie sformułowaliśmy, nie określiliśmy płci, bo gdy się rodzi dziecko, też nie masz na to wpływu. Albo może dlatego, że nie chcieliśmy wyjść na małostkowych? Człowiek wiele ukrywa sam przed sobą. Nie podaliśmy granicy wieku, bo wiedzieliśmy, że T. wkrótce kończy 40 lat i to nas teoretycznie i statystycznie dyskwalifikuje w staraniu o dziecko poniżej 3 roku życia. A przecież zawsze pragnęłam mieć córeczkę. I – dotarło do mnie w ułamku sekundy – bałam się chorób, jeszcze nieodkrytych u dopiero co urodzonego i problemów dziecka zbyt długo niekochanego. Prawie każdy się boi. Prawie nikt tego nie przyznaje.

W ośrodku nie mają nawet zdjęcia dziecka. Mówią, że poproszą o nie. Jakoś nie było czasu wcześniej. Spróbują nas jak najszybciej umówić na wizytę. To zależy od rodziny zastępczej, kiedy nas przyjmą. Wizyta zostaje umówiona na 9 czerwca, za tydzień. Pojedziemy z psychologiem. Wieczorem przysyłają nam dwa zdjęcia. Na jednym dziewczynka o nad wiek dorosłej buzi ma błękitną czapeczkę, zrobioną na szydełku. Według mnie nieładną. Na drugim jest ubrana na fioletowo. Ma bardzo bladą twarz. Ujęcie jest dziwne. Uznaję, że nie pasuje jej fiolet. Zauważam, że ma pewnie odstające uszy, bo na zdjęciach ma czapkę i opaskę. Trochę się wstydzę tych myśli, ale nie umiem ich odpędzić. Przecież mówili nam – pamiętam dokładnie - mamy być wrażliwi nawet na zapach dziecka, na każdy szczegół. Zwykłe zdjęcia, zrobione słabym aparatem podczas zwykłego spaceru. Wtedy, w napięciu, pomiędzy euforią, a lękiem, ciągle czekam na znak. Szukam go we wszystkim.

T. wróci dopiero za dwa dni, ja umawiam ekipę remontową, która akurat kończy pracę u sąsiadów. Mają kolejnych klientów, ale błagam, by przyszli na te parę dni, odświeżyć parkiet i wymalować pokój. Dla dziecka. Patrzą z niedowierzaniem, bez żenady, wprost na mój płaski brzuch. Naprawdę! Za kilka dni będziemy mieli dziecko.

Wizyta była krótka, najwyżej godzinna. Wszyscy byli bardzo spięci. Patrzyliśmy na zalęknione, drepczące na palcach dziecko, które ledwo pozwoliło się wziąć na ręce. Oddychało nerwowo. Miało absurdalne, króciutkie kucyki na czubku głowy i odstające uszy.

Napięcie było prawie nie do zniesienia. Nie wiedziałam, czego się ode mnie oczekuje, co powinnam zrobić, co powiedzieć. Przede wszystkim nie wiedziałam, co dokładnie czuję. Czekałam na znak. Psycholog musiał to wyczuć. Gdy wyszliśmy, powiedział tylko:

- Wiecie, że do niczego nie jesteście zobowiązani? - to zdanie podziałało w tamtej chwili jak kojący balsam. Odblokowało skrajne napięcie, mimo, że niczego nie rozstrzygnęło.

Po powrocie, siadając - każde w innym pokoju - rozważaliśmy w samotności, co postanowimy. Płakałam. Wiedziałam, że podejmuję najważniejszą decyzję w życiu. Czułam się jakbym miała zdecydować jednym zdaniem o losach świata. Zresztą czy to nie była prawda? Nasz świat miał się całkowicie zmienić. Nasz i tej dziewczynki maleńkiej, której spojrzałam w oczy i …nie doznałam żadnego olśnienia, które – wtedy stało się dla mnie jasne! – cały ten czas podświadomie sobie roiłam! Marzyłam o tej chwili, o takim emocjonalnym wybuchu nadprzyrodzonej świadomości. Miałam spojrzeć i wiedzieć! Muszę być nienormalna jakaś! Nie mogłam zajść w ciążę, upierałam się - przecież nie z powodów światopoglądowych – lecz w przeczuciu, że coś innego jest mi pisane, że in vitro nie jest dla mnie. I teraz… nie wiem?! I wtedy przyszedł T.

- Dlaczego płaczesz? – zapytał,

- Bo nie wiem, co mam robić…

- Nie chcesz jej? – napisane, brzmi może brutalnie, ale w tym łagodnie wypowiedzianym pytaniu było tyle miłości, akceptacji, wsparcia wreszcie – choć niewypowiedzianego wprost! Nagle zrozumiałam, że z niczym nie jestem sama i nigdy nie będę.

- Myślę, że chcę – powiedziałam ostrożnie – a ty?

- Ja chyba też.

Nic więcej nie zostało powiedziane. Nikt z nas nie czuł potrzeby dopowiedzenia czegokolwiek. Przytuliliśmy się i zasnęliśmy.

Ranek przyniósł pewność. Pewność i radość. Zostaliśmy rodzicami.

Dopiero za dwa tygodnie mogliśmy zabrać naszą córeczkę do domu. Najdłuższe dwa tygodnie w życiu. Chociaż czym są dwa tygodnie, skoro czekaliśmy na nią osiem lat. Byliśmy pewni, że właśnie na nią. Wymarzone dziecko, jedyne możliwe. No tak, tak uważam, przeznaczone.

Różne sytuacje z kolejnych dziesięciu lat życia naszej rodziny pamiętam mgliście. Czasami nie pamiętam tego, co się działo wczoraj. Nie pamiętam zeszłorocznych wakacji. Nie umiem przyporządkować strzępków wspomnień do konkretnego wyjazdu, roku. Tamte czerwcowe dni pamiętam jakby wciąż się działy, pamiętam każdą myśl, każde wypowiedziane słowo. Tych słów, wtedy, wypowiadałam niezwykle mało. Każde wydawało się niezgrabne. Na wyrost, albo nie dość. Niepotrzebne. Tego się nie dało omówić, to się działo.

Przyjechała 1 lipca. W bardzo piękny gorący dzień. Wciąż widzę ją z tym pieskiem pluszowym, jak biegnie do mnie, śmiejąc się, wyciąga rączki. Za nią opiekunka, z reklamówką, całym jej dobytkiem. Z zawartości plastikowej torby dowiem się, że niebieska czapeczka została zrobiona na szydełku w komplecie z różową. Nigdy ich Mili nie włożyłam. Nie są w moim stylu. Ale przechowuję je jak cenne pamiątki. Pierwszy prezent dla mojej córeczki, który ktoś jej podarował z miłością.

  Ania Klos - Gomulec

Teksty pochodzą z magazynu "Wysokie Obcasy Extra" nr 10 (100)/2020, pismo w sprzedaży od 24 września

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.