Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Co przyniesie nam przyszłość?

- Przedefiniowanie.

Czego?

- Wszystkiego? Zaczynamy wątpić we wszystko, co budowaliśmy przez ostatnie kilkadziesiąt lat. Wystarczy wejść do wielkiego sklepu, by nabrać wątpliwości.

Wchodzisz i…

- I widzę skrzynki z jabłkami. Jedne są z wielkich sadów w środkowej Holandii, drugie pochodzą z Chin, a trzecie z południowej Hiszpanii. I które są najdroższe? Jabłka, które przejechały 50 km. A te, które przepłynęły w kontenerach pół świata - najtańsze. To jest świat postawiony na głowie.

To świat globalny.

- W którym biedni ludzie marzą, by kupić obrane, umyte i zapakowane ziemniaki. A bogaci, by znaleźć takie brudne, oblepione ziemią. I wtedy to jest towar luksusowy. To świetnie pokazuje, że czeka nas nadanie całkowicie innego znaczenia wielu rzeczom i zjawiskom. Tak będzie również z pojmowaniem luksusu.

Co nim będzie?

- Na pewno bycie offline, czyli poza siecią internetową. Cisza i niedostępność to jest nowe bogactwo, na które coraz mniej ludzi może sobie pozwolić. Dlatego już powstają miejsca do wynajęcia, gdzie nie ma internetu i obowiązuje całkowity zakaz używania telefonów komórkowych. Luksusem będzie też anonimowość. Chronienie swojej prywatności już jest trudne, a będzie jeszcze trudniejsze. Z innych sfer to na pewno naturalna ciemność, bo w naszym rozświetlonym świecie jest to rzecz praktycznie niespotykana. No i wielosezonowość.

To znaczy?

- Przyzwyczailiśmy się do jednego sezonu, czyli rzeczywistości, w której zawsze są banany i truskawki w sklepie, a samochodem jeździ się tak samo szybko w lecie jak zimą. Nawet ubrania nosimy te same niezależnie od pory roku. Czy jest 30 stopni na plusie, czy 15 na minusie, zawsze na nogach mamy szmaciane sportowe obuwie.

To źle? Może to wszystko, o czym mówisz, rzeczywiście będzie luksusem, tyle że zbędnym.

- Takim z całą pewnością już niedługo będzie samochód. Kilka lat temu Alan Mulally, były szef Forda, powiedział, że samochody zaczynają być robotami w połączonym świecie internetu rzeczy.

Tylko dlaczego mają być zbyteczne?

- Bo w naszych miastach nie mamy na te auta miejsca. Ostatnio byłam z kolegą w Monachium i chciałam zaparkować samochód przy restauracji, i to poza centrum. Straciliśmy ponad pół godziny, szukając miejsca. Ostatecznie musieliśmy zaparkować o wiele dalej i podjechać do restauracji trzy przystanki tramwajem. Czy to nie jest paranoja? To po co ten samochód, skoro i tak koniec końców musimy skorzystać z transportu publicznego. Ponadto samochód większość czasu stoi na parkingu. Gdyby linie lotnicze wykorzystywały samolot tak jak my samochód, to znaczy przylatywały rano i dopiero wieczorem odlatywały, byłoby to całkowicie nieopłacalne. Dlatego prywatne samochody będą powoli znikać.

Hongkong już wprowadził prawo, że nie można kupić samochodu, jeżeli nie udowodni się posiadania prywatnego miejsca parkingowego. Z kolei w Londynie za samo wjechanie do miasta trzeba płacić. A potem jeszcze za zaparkowanie. Dlatego sądzę, że w niedalekiej przyszłości wszyscy będziemy wypożyczać samochody, bo ich posiadanie będzie zbędnym problemem.

Nie podoba mi się ta przyszłość.

- Bo może zapomniałeś, co to znaczy normalnie żyć. Kiedy powstały wielkie przedsiębiorstwa, przestaliśmy żyć, a zaczęliśmy pracować. Ludzie harują i najczęściej nie czerpią z tego, co robią, żadnej przyjemności. Wchodzą do pracy w wieku dwudziestu paru lat, a wychodzą po sześćdziesiątce i są nieszczęśliwi. A wszystko po to, by nasycić się dobrami materialnymi. Pokazać, że osiągnęli poziom, który można zobaczyć w serialu telewizyjnym. To utopia, którą stworzył nam system dążący do kreowania potrzeb i ich zaspokajania.

Ekonomiści Jeremy Rifkin i Geert Noels twierdzą, że jesteśmy u schyłku kapitalizmu. W książce "Econoshock 2.0" Belg mówi, że doszliśmy do szklanego sufitu ekonomii. Nasyciliśmy się i więcej kupić nie jesteśmy już w stanie.

- To prawda. Nie jesteśmy w stanie tego wszystkiego, co kupujemy, przejeść. A chcemy mieć wciąż więcej i więcej. Nie doceniamy tego, co mamy. A przecież mając bieżącą wodę w domu, należymy do najbogatszych ludzi na świecie. W Stanach ludzie kupują w Walmarcie szampony na galony. Dokładnie te same szampony kupują mieszkańcy Malezji, Indonezji czy Indii, tyle że w malutkich saszetkach, które my dostajemy za darmo jako próbki. I taka saszetka wystarcza całej indyjskiej rodzinie na tydzień. A w zachodnim świecie? Wmówiono nam, że musimy kupować wciąż to, co najnowsze - telefon, telewizor, pralkę itd. Po wersji 1.0 mieć 2.0, 3.0, a stare wyrzucać. Staliśmy się śmieciowym pokoleniem. Młodzi, urodzeni po roku ’90, nie chcą w tych śmieciach żyć.

To co będzie dalej?

- Mam nadzieję, że gospodarka cyrkularna. Taka, która nie produkuje śmieci. Na razie mamy recykling - czyli wyrzucamy, a potem segregujemy - papier, plastik, szkło i w jakimś stopniu je przetwarzamy. Ekonomia cyrkularna polega na tym, by w ogóle nie wyrzucać i nie generować żadnych odpadów. Chodzi o to, by firmy wytwarzały jak najmniej śmieci i brały za nie odpowiedzialność. I to się już dzieje. Na przykład Thomas Rau, niemiecki architekt i innowator, całkowicie zmienił biznes Philipsa na lotnisku w Schiphol w Amsterdamie. Port lotniczy kupuje od Philipsa wyłącznie światło, a to Philips płaci za cały system, oprawki, nawet rachunki za elektryczność. I tak jak kiedyś Philips był zainteresowany, żeby sprzedawać jak najwięcej lamp, tak teraz zależy mu na tym, by nie wysyłać do nich serwisanta.

To na czym zarabia?

- Na tym, że te rzeczy się nie psują. I konsumenci coraz częściej wybierają jedną rzecz - nawet droższą, ale dobrą jakościowo, która będzie im długo służyć. Dobrym przykładem jest firma Fairphone, czyli uczciwy telefon. Jej celem jest produkcja telefonów, które są możliwie najmniej szkodliwe dla ludzi i środowiska. Chodzi m.in. o niewykorzystywanie finansowo pracowników fabryk w Azji, a także używanie nieszkodliwych dla natury komponentów. Ale również o coś jeszcze.

Szef Fairphone’a Bas van Abel powiedział: "Czego nie możesz otworzyć, tego nie jesteś właścicielem".

Wyjaśnij.

- Możesz otworzyć swojego iPhone’a?

Nie.

- Właśnie. Tak samo nie rozkręcisz macbooka czy silnika nowego mercedesa - w każdym przypadku, kiedy coś jest szczelnie zamknięte, zakapsułowane, dla nas niedostępne i jedynym ratunkiem w przypadku awarii jest wizyta w serwisie,  nie posiadamy tego.

Będą powstawały takie rzeczy jak wspomniany fairphone, które można samemu rozkręcić i naprawić. Na popularności zyska także rzemiosło. Cenne będzie wszystko to, co jest ręcznie zrobione i ma w sobie ludzki dotyk.

Dlaczego?

- Bo rzeczy zrobione ręcznie możesz zreperować, a tych zrobionych automatycznie - nie. W tej sferze poszliśmy za daleko. Najprostsze rzeczy w naszym życiu niezwykle skomplikowaliśmy. Kiedyś można było samemu naprawić spłuczkę albo poprosić o pomoc sąsiada. Dziś często trzeba wzywać elektryka, a w skrajnych przypadkach nawet IT. Technologia staje się wszechobecna.

Robi się groźna?

- Tak. A najgorsze, że wyłącznie w nią wierzymy.

Technologia to nasza nowa wiara. Jedziemy samochodem, pada śnieg, ale nie zwalniamy, bo mamy przecież opony zimowe. Nie bierzemy mapy, bo przecież mamy system nawigacyjny. Ludzie właściwie już niczego się nie uczą, bo o wszystko mogą zapytać Google’a. I Google im na wszystkie pytania odpowie. Właściwie jest jeszcze gorzej. Każda jego odpowiedź jest uważana za prawdę absolutną.

Dokąd nas to zaprowadzi?

- Jeżeli będziemy wszystko robić w imię technologii, to będziemy zdążać do zagłady. Wszystko jest teraz "smart", czyli niby "mądre", "inteligentne". Ale jak mamy smartfon, to nie znaczy, że my jesteśmy "smart". "Smart" jest phone, a my jesteśmy głupi. I im więcej rzeczy będzie "smart", tym my będziemy głupsi. Według Światowego Forum Ekonomicznego (WEF) znajdujemy się na progu czwartej rewolucji przemysłowej. Trzecia to była automatyzacja i robotyzacja. W czwartej chodzi o system inteligentnych robotów, które same się ze sobą komunikują i same poprawiają swoje błędy. Uczą się na nich. I to zaczyna być niebezpieczne. Rodzi pytania, gdzie jest miejsce dla nas.

I gdzie ono jest?

- Znany japoński naukowiec doktor Michio Kaku powiedział, że tam, gdzie nie damy rady wysłać do pracy robota. A z czasem takich miejsc będzie coraz mniej. Z tym już niedługo przyjdzie nam się zmierzyć.

Z czym jeszcze?

- Na pewno z "silver tsunami" (srebrnym tsunami).

?

- Pokoleniem tak zwanych baby boomers, czyli ogromnej powojennej generacji, która ku rozpaczy naszego ZUS-u stworzy armię długowiecznych emerytów. My, ich dzieci, z kolei jesteśmy przedłużeniem tej długo żyjącej fali. Ostatnio słyszałam, że dziewczynka, która teraz urodzi się w Holandii, ma szansę dożyć 120 lat. Przewiduje się, że do 2050 roku w całym zachodnim świecie będzie o 73 proc. więcej ludzi starszych niż obecnie. To rozłoży system emerytalny i opieki zdrowotnej na łopatki. Dlatego na pewno w najbliższych latach ubezpieczyciele zdrowotni zaczną nas obrączkować. To może być telefon, zegarek czy bransoletka, które będziemy nosić cały czas.

Będą nas śledzić?

- Gorzej. Będziemy odpowiedzialni za wszystko, co się z nami dzieje. Bo dlaczego ubezpieczyciel ma za nas płacić? Jesteś gruby? To dlatego, że za mało się ruszasz. Bolą cię stawy? To dlatego, że ruszasz się za dużo itd. To, jaki tryb życia prowadzimy, będzie wpływało na koszt ubezpieczenia. Siedzenie na kanapie i palenie papierosów będzie niezwykle kosztowne.

Co jeszcze przedefiniujemy?

- Z całą pewnością dom. To już się dzieje. Dla jednych to przestrzeń do pracy, dla innych - główna kwatera rodziny, a dla jeszcze innych - wyłącznie inwestycja. Same pomieszczenia też się zmieniają. Zobacz chociażby, jak gotujemy. Większość kupuje półgotowe produkty, łączy cztery różne paczki i dostaje kurczaka curry. Ugotowanie zupy oznacza wrzucenie kostki bulionowej do wody. Zrobienie pierogów będzie luksusem, bo tylko nieliczne osoby będą potrafiły je lepić. W tym kontekście takie pomieszczenie jak kuchnia nie jest specjalnie potrzebne. Wystarczy kawałek płyty indukcyjnej zamontowanej w blacie stołu, by połączyć parę elementów w jednym garnku.

A co z sypialnią?

- Stanie się ważnym miejscem naszej regeneracji - naszego mózgu i całego ciała. W końcu zdamy sobie sprawę, że samo łóżko jest początkiem naszego zdrowia albo choroby. Ludzie sądzą, że raz kupiony materac starcza na całe życie. Bardzo się mylą. To tak, jakbyśmy kupowali jedną parę butów na całe życie. Raczej wykoślawimy sobie stopy. Tak samo jest z materacem, dlatego zaczniemy go często zmieniać i do siebie dostosowywać.

Co jeszcze?

- Na pewno zmieni się też edukacja. Będzie to tak zwane lifelong learning - kształcenie ustawiczne, przez całe życie. Każdy kolejny dyplom będzie tylko jednym z przystanków w edukacji. Ale za edukację będziemy odpowiedzialni nie tylko my, ale również nasz pracodawca. Jeżeli zechce kogoś zwolnić, to będzie musiał udowodnić, że zrobił wszystko, aby utrzymać tę osobę na rynku pracy.

To kompletnie inny pracodawca niż ten, którego w większości znamy.

- Owszem, bo to będzie świadomy przedsiębiorca i przywódca, który odgrywa ważną rolę społeczną. Współczesne firmy tak naprawdę nic nie wnoszą do naszego świata. Jak przejeżdżam obok warszawskiego Mordoru, czyli zagłębia korporacji, to widzę tam wyłącznie gigantyczne budynki poszczególnych firm. A w Eindhoven, gdzie mieszkam, są ogrody, parki, a nawet stadion i teatr muzyczny, które Philips wybudował dla swoich pracowników. Ludzie więcej czasu spędzają w firmie niż ze swoją rodziną. Tak naprawdę pracodawca staje się dla nich rodziną zastępczą.

I to się zmieni?

- Nie od razu, ale ten zwrot nastąpi. Dokonamy "skandynawizacji" - przejścia z "ja" do "my". Świadomość "ja mam samochód", "ja mam telewizor" zastąpi "my mamy", "my tworzymy", "nasz transport", "nasza firma".

Kim jest to "my"?

- Lokalna społeczność. W Skandynawii to "nasze" jest bardzo ważne. Np. dzieci są "nasze", co znaczy, że są dobrem całej społeczności i wszędzie są mile widziane.

Ciąża nie jest problemem. Wręcz przeciwnie. Kobieta przez cały okres urlopu macierzyńskiego, czyli przez trzy lata, dostaje 100 proc. swojego wynagrodzenia. Szwecja jako pierwszy kraj na świecie skróciła do sześciu godzin dzień pracy. A wszystko po to, żeby pozwolić pracownikom żyć. Bo jak zaczyna się żyć, to też zupełnie inaczej się pracuje.

Wielkie korporacje znikną?

- Część się bardziej zregionalizuje, a część przeniesie do Azji - Chin, Indii - a także do Brazylii. Tam rynek jest nienasycony i ludzie wciąż chcą kupować. Niestety, z czasem zaczną mieć podobne problemy do naszych. Dostaną rzeczy, których nie będą w stanie strawić. Czasami wręcz dosłownie. Na przykład ich system pokarmowy nie przyswaja krowiego mleka, bo nigdy go nie pili. To dla nich cicha śmierć. Mieszkańcy Azji zaczną zapadać na choroby, które wcześniej ich nie dotykały. Tylko firmy farmaceutyczne będą zacierać ręce.

Czy są jakieś trendy, które przychodzą do nas z innych rejonów świata, chociażby z Azji?

- Ostatnim hitem w Polsce jest smog. W Azji od lat mają problemy ze smogiem, co jest konsekwencją bardzo dynamicznego rozwoju przemysłu, a my nie wiemy, dlaczego tak nagle go rozpoznajemy. I tam od dawna najbardziej chodliwym towarem są air purifier, czyli domowe uzdatniacze powietrza. W każdym chińskim domu jest taki sprzęt. A za pięć lat będzie w każdym mieszkaniu w Polsce. I tak jak w Azji będziemy mieli w naszych marketach elektronicznych całe działy z tymi urządzeniami. Obecnie w MediaMarkt mamy co najwyżej dwa do wyboru.

Jak przewidujesz trendy?

- Od kilkunastu lat co roku odwiedzam najważniejsze targi z ośmiu branż przemysłu, śledzę konferencje i wystawy. Wsłuchuję się w głosy liderów wielkich marek, przyglądam się decyzjom podejmowanym przez rządy i instytucje. Potem to analizuję, zastanawiam się, jak wszystkie elementy wpływają na siebie, i wysnuwam wnioski. Trzeba mieć też pewną intuicję.

Jak już masz ten trend, to co z nim dalej robisz?

- Ja oczywiście tylko wskazuję pewne kierunki, a to biznes podejmuje ostateczne decyzje. Czasami słuszne, a czasami nie. Ale jeżeli przedsiębiorstwo nie jest świadome tego, co nadchodzi, skąd wieje wiatr, to nie przetrwa. Zobacz, co się stało z Kodakiem czy Nokią - jednego dnia były największymi graczami na rynku, a następnego z niego zniknęły. Choć teraz Nokia wraca do żywych, i to m.in. z klasycznym telefonem komórkowym 3310 wyposażonym w tradycyjną klawiaturę, wytrzymałą baterię, kilka aplikacji. Czyli firma daje ludziom odpowiedź na ich zmęczenie dzisiejszym światem technologii - bycia cały czas w sieci i ze wszystkim na bieżąco.

Powiedziałaś, że odwiedzasz liczne targi. Co ostatnio zwróciło twoją uwagę?

- Firma Patagonia, producent odzieży sportowej, która od lat znana jest z dobrej jakości i dbałości o środowisko naturalne. Na targach ISPO w Monachium pokazała nie ostatnie kolekcje, lecz nową filozofię: "Repair is a radical act", czyli najważniejszym działaniem dla Patagonii stało się zmienianie całego przemysłu. Patagonia przedłuża życie swoich ubrań. W każdym jej sklepie można naprawić odzież. Naprawia również tę od konkurencji. To nowy model biznesowy. A tę całkowicie zużytą firma zbiera i przetwarza z powrotem na włókna.

Jak daleko wybiegasz w przyszłość w przewidywaniu trendów?

- Kierunek rozwoju można przewidzieć na pięć lat. Dziesięć lat to jest już spekulatywny scenariusz.

Opowiedz o kilku.

- Moim zdaniem w pierwszej kolejności zmienimy estetykę. Dziś piękne jest to, co zrobione jest idealnie, gdzie wszystko do wszystkiego pasuje. To, co krzywe, nierówne, gdzie widać łączenia elementów, różne materiały i kolory, jest według nas brzydkie. Ale będzie dokładnie na odwrót. Takie, w naszym konsumenckim mniemaniu, dziwolągi zyskają uznanie. Zresztą już powstają, choćby w Afryce. Przykładem jest samochód nazywany "żółwiem", który jest budowany z części aut wywożonych z Europy do Afryki na złom. Ludzie tworzą go z tego, co mają. Nie ma żadnego projektanta, który narysuje przepiękny samochód na przepięknym tablecie. Za to jest klapa od passata, lewe drzwi od toyoty, a maska od forda. Jednym słowem, patchwork, składak. I takie składane, reperowane rzeczy będą najpiękniejsze.

Skoro zmieni się postrzeganie rzeczy, to może i samego człowieka?

- Owszem. W szczególności odnośnie do relacji międzyludzkich.

Jestem przekonana, że w ciągu dziesięciu lat zmieni się prawo i będziemy mogli adoptować swoich przyjaciół.

Przyjaciół? Po co?

- By w świetle prawa byli naszą rodziną.

Ta z więzów krwi nam nie wystarcza?

- Nie. W myśl powiedzenia, że z rodziną najlepiej wychodzi się na fotografii, to przyjaciele coraz częściej znaczą dla nas więcej niż siostra, brat czy kuzyn. To z nimi mamy znacznie bliższe kontakty. To oni znają nas lepiej i są przy nas w trudnych momentach. Dlatego w niedalekiej przyszłości będziemy chcieli, by to przyjaciele podejmowali decyzje choćby w sprawie naszego leczenia po wypadku, a nie brat, którego nie widzieliśmy od 23 lat.

Czyli będziemy tworzyć sztuczne rodziny?

- Niezupełnie sztuczne. Będziemy tworzyć nowe wspólnoty, bo bez nich nie jesteśmy w stanie przetrwać. Jesteśmy w końcu zwierzętami stadnymi.

Tylko dlaczego oddalamy się od rodziny biologicznej?

- Bo nie wiemy już, do kogo mówić "mamo", a do kogo "tato". Tak to właśnie wygląda na Zachodzie. Ogromna generacja ludzi, którzy są w tej chwili w wieku 20-30 lat, wzrastała tam w kilku domach. Mama ma już trzeciego męża, ojciec - trzecią żonę i z każdą dziecko. To pozbawia poczucia stabilizacji i powoduje, że inaczej definiuje się słowa "dom" czy "rodzina". Dlatego, gdy mówię moim przyjaciołom z Holandii, że jadę na święta do rodziny, to się dziwią. A potem pytają, jak ja to ogarniam, bo oni mają mnóstwo półsióstr, półbraci, wszyscy są ze sobą pokłóceni i mieszkają w różnych miejscach.

Ale w Polsce jest inaczej.

- W Polsce to się właśnie zaczyna. Teraz mamy falę rozwodów.

Polska jak cień podąża za Zachodem?

- Tak, i to w przeróżnych sferach. Pamiętam, jak w latach 90. pójście do japońskiej restauracji było szczytem luksusu, a teraz sushi można kupić na stacji kolejowej. Wszyscy je jedzą, a na Zachodzie nikt nie może już na nie patrzeć. Podobnie jest z egzotycznymi wyjazdami. Przez całe lata 80. i 90. Zachód przedeptał wszystko, co się dało. Wszyscy byli w Peru, Nepalu, Tajlandii czy Japonii. Zwiedzili wszystkie lasy, góry i wszystkie plaże. A Polacy jeździć w te rejony zaczęli dopiero na początku XXI wieku. I teraz depczą wydeptany świat. Na Zachodzie mają już tego dosyć. I wracają do siebie.

Czyli do czego?

- Do tego, co znajduje się wokół nich.

Jak wakacje, to na swojej działce za miastem. Jak zakupy, to w pobliskim zieleniaku. Ludzie zaczynają robić wszystko lokalnie, i to się będzie nasilać.

W Holandii zaczynają powoli padać wielkie galerie handlowe. Lokalność to też jest taka naturalna skorupka ochronna, w którą człowiek się chowa. Bo jak jest źle i nie wiemy, jaka czeka nas przyszłość, to jedynym pewnikiem jest to, co dzieje się wokół nas.

Masz na myśli imigrantów, Brexit, Trumpa czy jeszcze coś innego?

- Wszystko razem. Powstają nowe siły polityczne i gospodarcze, które wywracają wszystko do góry nogami. I na pewno rok 2017 będzie rokiem dużych zmian.

Trump to tylko początek. Swoją drogą wydaje mi się, że duży wpływ na jego zwycięstwo miał m.in. serial "House of Cards", który pokazał ciemną stronę polityki. Ludzie w końcu zobaczyli, że ona tak naprawdę polega na załatwianiu różnych interesów, które nie są interesem narodu. Wybór Trumpa to pokazanie, że ludzie to widzą.

I to samo dzieje się w Europie. Porządek świata został zaburzony i nikt nie wie, w jakim kierunku to pójdzie. Nie wiadomo, czy wszystko nagle runie, czy będzie się powolutku odkruszać. Miejmy nadzieję, że nie runie. Bo jak runie, to będzie wojna.

W tej chwili jest tak niestabilnie, są takie opary benzyny w powietrzu, że jakaś iskra może wywołać wojnę, i to globalną. Szanse oceniam pięćdziesiąt na pięćdziesiąt. I raczej nie będzie to wojna konwencjonalna. Nie potrzeba żadnych "zielonych ludzików". Co najwyżej trzech, które wyłączą prąd. Nie mając prądu, sami się pozabijamy.

To kto z kim będzie walczył?

- Stary porządek z nowym. Spójrz na Europę, która zmaga się z ogromnym problemem braku tożsamości. Zostaliśmy kompletnie wyjałowieni i zunifikowani. Po drugiej wojnie światowej całe nasze życie przeszło agresywną amerykanizację, która pozbawiła nas norm i wartości, jakie były przekazywane nam od pokoleń i tworzyły naszą kulturę i tożsamość. Wszyscy nagle zaczęliśmy być jednakowi, mówić jednym językiem i jeść to samo. A coraz częściej w Europie dochodzą do głosu grupy, które uważają, że powinniśmy być odmienni, mówić odmiennym językiem, trzymać się swojej kultury i wartości, które nam przekazali dziadowie. To jest właśnie walka między nowym a starym. I odbywa się ona także na poziomie globalnym, bo globalne były zmiany.

I co będzie dalej?

- Może więcej kobiet zacznie wchodzić do polityki?

Są w niej. Jest Angela Merkel w Niemczech, Marine Le Pen we Francji.

- Owszem. I jedna trochę nabałaganiła, a druga zapewne jeszcze nabałagani. Ale to nie kobiety, tylko mężczyźni "się zarumakowali" i doprowadzili nas wszystkich do ściany. Świat jest w dynamicznej przemianie. I ktoś będzie musiał to wszystko ponownie uporządkować. Może właśnie ten cały bałagan będą sprzątały kobiety? I może to one będą rządziły światem?

Zuzanna Skalska - analityk trendów ds. designu, innowacji i biznesu. Absolwentka Design Academy w Eindhoven oraz Królewskiej Akademii Sztuk i Projektowania w Den Bosch. Autorka książek o trendach i współczesnych designie, w tym "Trendbook 2017/18 towards 2025"

Tekst pochodzi z magazynu "Wysokie Obcasy Extra" nr 4, wydanie z dnia 16/03/2017 

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.