Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

– Chciałabym znaleźć mężczyznę „dobrej jakości”. Co to znaczy? Żeby był przyzwoity, wierny – to jako pierwsze napisałam w ankiecie, żeby poważnie podchodził do życia. I do kobiet. Nie chcę tu popróbować, tam popróbować, tylko znaleźć partnera, przyjaciela, doradcę. Kogoś, z kim będę żyć.

Od dziesięciu lat Olga żyje dla dzieci i pracy (jest główną redaktorką i wydawcą w lokalnej stacji radiowej). Nie, nie narzeka – to dwie rzeczy, które kocha najbardziej. Po prostu czuje się zmęczona. A czasem zwyczajnie się boi – czy da radę? Czy wystarczy pieniędzy z jednej pensji? A co, gdyby nagle zachorowała? Myśli kłębią jej się w głowie, w żołądku ściska, a gardło robi się nagle suche. Paskudne myśli, chciałaby się ich pozbyć, ale nie potrafi. Niekiedy dopadną ją przed zaśnięciem – wtedy przewraca się z boku na bok. Innym razem, gdy zmęczona siada po powrocie z radia, na kanapie. Każdego dnia daje sobie takie dwadzieścia minut. Oczy ma półprzymknięte, ciało bezładne. Długie, ufarbowane na chłodny blond włosy, opadają na oparcie. Dziewczynki chodzą wokół niej na palcach, albo zajmują się swoimi sprawami. Nawet Salwador, biało-czarna świnka morska, jakby milkł w klatce. A ona nie robi nic. Potem trzeba przyszykować kolację, jedzą i rozmawiają, co się wydarzyło w ciągu dnia, co w szkole. Później lekcje – pomaga im z zadaniami, przepytuje z czego potrzeba. Kładą się koło północy. Dlatego, gdy rano budzik dzwoni o 6.40, odsuwa moment wstania do ostatniej minuty. Budzi dzieci, śniadanie, prysznic, makijaż. I dalej, w kolejny dzień.

Dziesięć lat temu Olga urodziła bliźniaczki - Sofię i Marianę. Pamięta, że pielęgniarka położyła jej jedną córkę na lewej ręce a drugą na prawej. Pokazała je najstarszej, dziewięcioletniej wtedy Halinie. To był moment całkowitego szczęścia. – Kocham je wszystkie trzy tak, że trudno opisać – mówi i pokazuje na telefonie zdjęcia z dziewczynkami (razem na spacerze, na daczy, Halina gra koncert – uczy się u najlepszego profesora w Grodnie i chce studiować w mińskim konserwatorium). Miesiąc później mąż ją zostawił.

– Powiedział: nie dam rady fizycznie, psychicznie. Nie wytrzymał bezsennych nocy, tych wszystkich obowiązków. On odszedł, ja zostałam. Nie myślałam: co teraz zrobię, zabiję się czy coś. Zrozumiałam, że muszę zająć się dziećmi i tyle. Ale przez dwa lata byłam jak automat. Młodsze dziewczynki od początku znają życie, w którym jest tylko mama – milknie na dłuższą chwilę. – Minęło dziesięć lat, chodziłam do psychologa, ale wciąż tego nie rozumiem – miał śliczne dzieci, zdrowe, wspaniałe, no niesamowite. Jak można sobie tego odmówić? Nie, nie założył nowej rodziny, zamieszkał ze swoją matką. Dziewczynkami się nie interesuje – jak się uczą, co jedzą, w co się ubierają. Co parę miesięcy przychodzi i zabiera je na spacer. Co miesiąc płaci alimenty na młodsze, bo starsza jest już dorosła – po 25 dolarów na każdą (urzędowo uznano, że na więcej niż te 50 dolarów nie może sobie pozwolić), czyli 100 naszych białoruskich rubli w sumie. Pójdziesz dwa razy do supermarketu i nic ci nie zostanie, bo ceny produktów spożywczych i chemii gospodarczej nie różnią się od polskich.

Pytam Olgę o infantylizm mężczyzn. Z czego wynika, poza wychowaniem?

– Z niestabilnej sytuacji – mówi. – Mężczyźni dużo pracują, czasem w dwóch albo trzech miejscach, mało widują rodzinę, ale i zarabiają mało. Nie mogą się realizować, nie czują się męsko i to ich łamie. Zaczynają pić, alkoholizm to u nas wielki problem.

– Ta apatia zaczyna się już po studiach, w wieku dwudziestu kilku lat – tłumaczy mi Maxim Rust, Białorusin mieszkający w Polsce, badacz społeczny. – Ze względu na „rozpriedielenie” przez dwa lata młodzi muszą w miejscu wskazanym przez władze odpracować studia, jeśli były bezpłatne, na państwowym uniwersytecie. Często zostają tam na lata z obawy czy znajdą inną pracę i tak tkwią w zawieszeniu, sfrustrowani. Państwo zapewnia im minimum bytu, ale wiele więcej nie mogą zdziałać.

Kobiety przed poddaniem się temu powstrzymuje matczyny instynkt. To motor, który je napędza. I spuścizna po czasach ZSRR – wtedy pracowały na dwóch „etatach” – tym zawodowym i rodzinnym, bo to one odpowiadały za dom, dzieci, a nawet zakupy ubrań dla mężczyzny czy dbanie o jego zdrowie. I nadal tak jest – Białoruś tym różni się od innych krajów byłego Związku Radzieckiego, że kobiety wciąż tu pracują zawodowo en masse. Niestety w gorzej płatnych zawodach niż mężczyźni, więc idealna rodzina to wciąż taka, gdzie jest dwójka partnerów, którzy pracują i zarabiają. Na to, że kobieta powinna mieć męża i dzieci, wciąż silna presja społeczna.

Maya. Ost-West

Gdy wyjdzie się z dworca w Grodnie, który ma kwadratową wieżę zegarową z iglicą i jest idealnie czysty, jak każdy budynek użyteczności publicznej na Białorusi, i pójdzie ulicą odchodzącą od dworcowego placyku w lewo, po 15 minutach trafimy na wysoki socrealistyczny blok, górujący nad małymi domkami starego rynku. To tu Maya prowadzi agencję, która oferuje białoruskim kobietom marzenia.

Maya jest po sześćdziesiątce. Włosy blond krótko przycięte za ucho, z „pazurkami”, ciepły uśmiech i oczy, które na każdego patrzą z uwagą. Jej granatowa garsonka do kolana przypomina ubranie stewardesy. Robi mi kawę w biurze, które składa się z dwóch pokoików. Wszystko jest tu zwyczajne, jakby przeniesione z lat dziewięćdziesiątych, albo wcześniejszych – żółte ściany z lamperią, meble biurowe z płyty i elektryczny biały czajnik. Wszystko, poza jedną rzeczą. Na ścianach wiszą ślubne zdjęcia par: ona i on, młodsi i starsi, bruneci, blondyni i siwi. Dziesiątki fotografii, setki uśmiechów i radosnych oczu. Są jeszcze talerze ozdobne, które zajmują znaczną część ściany na lewo od wejścia. Na każdym nazwa miasta – miejsca gdzie klienci, którym agencja pomogła znaleźć „drugą połowę”, pojechali w podróż poślubną.

Maya jest filolożką, w czasach radzieckich wykładała na uniwersytecie. W latach dziewięćdziesiątych została bez pracy. W tym samym czasie jej koleżanka Ina owdowiała i nowego partnera postanowiła szukać za granicą – z powodzeniem, dziś mieszka we Francji. Mai dało to do myślenia, wokół widziała mnóstwo kobiet, które zostały same. Bo się rozwiodły albo owdowiały („nasi mężczyźni nie dbają o zdrowie, więc umierają szybciej, do dziś tak jest”) , bo już wcześniej same wychowywały dzieci. W 1996 roku założyła agencję. – Fachu uczyłam się od najlepszych – śmieje się – moim pierwszym partnerem było biuro matrymonialne z niemieckiego Saarbrücken – „Klub Ost-West”. Jego szefowa miała ogromne doświadczenie. Na Białorusi podobnej działalności nikt nie prowadził. Portrety mężczyzn szły do nas faksem, my informacje o kobietach i ich zdjęcia pakowaliśmy w koperty i wysyłaliśmy pocztą. Ogłoszenia z ich sylwetkami ukazywały się w gazetach. To były czasy przed internetem.

Agencja Gimeney nazwę wzięła od greckiego boga Hymena – skrzydlatego opiekuna małżeństwa i ślubów Przez dwadzieścia lat działalności połączyła szczęśliwie pięćset pięćdziesiąt par, średnio oznacza to dwadzieścia pięć ślubów na rok. Najczęściej były to białoruskie kobiety (Białorusini też bywają ich klientami, ale znacznie rzadziej), których mają w bazie około siedemset i zachodni mężczyźni – z Francji, Niemiec, Hiszpanii, Włoch, Kanady, USA, niedawno trafił się nawet jeden Maorys z Nowej Zelandii.

Zazwyczaj wygląda to tak, że partnerzy przysyłają dane klienta i listę kobiet, które chciałby poznać. Potem on przyjeżdża na pięć-siedem dni, czasem tylko na weekend, bo wtedy ma wolne, spotyka się z nimi i podejmuje decyzję. Zazwyczaj kolejny krok to zaproszenie wybranki.

Agencja bardzo dba o bezpieczeństwo klientek – szkoliła ich w tym zakresie fundacja La Strada, walcząca z handlem ludźmi. Maya zawsze przy pierwszej podróży za granicę mówi, na co powinny zwrócić uwagę i upewnia się, że dotarły na miejsce. A klienci, którzy je zapraszają podpisują oświadczenie o odpowiednim traktowaniu kobiet.

W ich bazie są ekonomistki, lekarki, nauczycielki, muzyczki, fryzjerki, inżynierowie.

– Nawet te młodsze, z wyższym wykształceniem wciąż są tradycyjne – mówi Maya. - Marzą o dziecku, gdy znajdą mężczyznę, także te po czterdziestce. Szukają stabilności – mężczyzny gotowego do ślubu, z mieszkaniem albo domem, żeby pobrać się i mieć rodzinę. Chcą wiedzieć gdzie dzieci będą dorastać i jakim językiem mówić. Bo u nas jest bardzo niestabilnie – jednego dnia masz pracę, następnego możesz ją stracić albo nie zapłacą ci przez kilka miesięcy. Pamiętam klienta, pięćdziesiąt lat, Amerykanin, bardzo sympatyczny, jeździ po świecie, zarabia jako freelancer, tłumacz i psycholog. Ale nie ma stałego miejsca. Białorusinki to przeraża, żadna go nie chciała.

Tatiana. Ślub z bajki

Z mężem poznali się na ulicy. Może zwrócił uwagę na jej płomiennorude, krótkie wtedy włosy i szczupłą, kobiecą sylwetkę, może na ciepły uśmiech. Po 3 miesiącach był już ślub. Piękny i duży – jak z bajki. Miała dwadzieścia sześć lat, on był dziesięć lat starszy.

– Jest mistrzem słów, potrafi budować zamki z piasku – opowiada. – Zakochałam się bez pamięci. Miłość znikała po trochu, aż nic z niej nie zostało. Bo on był typowym białoruskim facetem. U nas jest bardzo wielu takich, nie czują się odpowiedzialni za rodzinę ani związek. Dlaczego? Długo nie rozumiałam. A to sprawa historyczna. W krajach takich jak Rosja czy Białoruś, gdzie były wojny – wielka wojna ojczyźniana, cała II wojna światowa, w czasie której wielu mężczyzn zginęło, brakowało ich i dlatego gdy kobieta rodziła chłopca, był dla niej jak skarb. Matki traktowały córki srogo, bywały dla nich ostre i wymagające, a dla synów były czułe i delikatnie, zdejmowały z nich wszystkie obowiązki. Do dziś tak jest. Zaczyna się w dzieciństwie, potem chłopcy rosną, mieszkają z mamami i szukają partnerek, które będą im matkować. Za to mnóstwo u nas kobiet samodzielnych. Też taka jestem i chciałabym, żeby był obok mnie podobny mężczyzna, który rozumie, że kiedy wstępujesz w związek troszczysz się nie tylko o siebie, ale o dwie osoby. – Sięga po latte, które zamówiła - Kiedy nasza córka miała rok, poszłam do pracy – u nas to wcześnie, na płatnym urlopie rodzicielskim można być do 3 lat. Wiele kobiet się na to decyduje, a potem rodzi kolejne dziecko . Mamy mały przyrost demograficzny, więc władze promują rodziny wielodzietne. Przy pierwszym dziecku kobieta na wychowawczym dostaje 230 rubli, przy kolejnym już 400, często więcej niż wynosi jej pensja. Ci, którzy mają dzieci troje i więcej mogą liczyć na preferencyjny, niskooprocentowany kredyt mieszkaniowy.

Ja zdecydowałam inaczej, bo dostałam dobrą propozycję i chciałam być niezależna. Budżet naszej rodziny to była właściwie moja pensja. On był kierowcą taksówki i zarabiał bardzo mało. Kiedy zdałam sobie z tego sprawę i zrozumiałam, że pod jednym dachem żyje dwoje ludzi o zupełnie różnych aspiracjach, doszłam do wniosku że tak być nie może. Nie było równowagi, potem wyszły też na jaw różnice poglądów. Na pewno czuł się niekomfortowo w sytuacji, kiedy ja zarabiałam więcej, ale nic z tym nie robił.

Rozwiodła się pięć lat temu. On wrócił do matki. Z córką się nie widuje. Alimentów płaci pięćdziesiąt dolarów miesięcznie. – Nasze państwo bardzo chroni mężczyzn w tym zakresie – mówi Tatiana – wykazują się minimalnymi zarobkami, nikt nie sprawdza czy mają inną pracę.

Z początku było jej smutno. Ale zaczęła dużo czytać, rozwijać się. No i poznała Mirę, mamę koleżanki, która była w jej wieku, gdy wyszła za Francuza. Spotkali się dzięki agencji Gimeney. – Kiedy przyjechała do Grodna, zobaczyłam kobietę zadbaną, szczęśliwą, która nie wygląda na swój wiek, a oczy świecą się jej szczęściem. On, choć są dwadzieścia lat po ślubie często daje jej małe prezenty – opowiada. – Jeśli ona chce jechać w podróż, to mąż planuje i podróżują. Każdego dnia okazuje jej, że ją kocha. Wcześniej myślałam, że takie historie zdarzają się tylko w filmach.

Rok później Tatiana sama poszła do agencji.

Z ankiet…

V. dobiega pięćdziesiątki. Ekonomistka, z wyższym wykształceniem. Krótka, wystrzępiona blond fryzura. Na zdjęciu usta ma pomalowane na czerwono i nosi dużą złotą biżuterię. Jest po rozwodzie i ma dorosłą córkę. Kobieca i uczuciowa, ale zarazem realistka z silnie rozwiniętą intuicją. Pragnie życia rodzinnego i mężczyzny poważnego, szczodrego w uczuciach i rozumiejącego.

Architektka P. ma lat 38, krótką fryzurę i szelmowski uśmiech. Pisze o sobie, że lubi design, fotografię, teatr i podróże oraz…pieczenie ciast. Szuka mężczyzny racjonalnego, na którym mogłaby polegać. Najchętniej wysokiego, bo ma 178 cm.

Trzydziestodwuletnia E. jest singielką, skończyła psychologię, ale pracuje jako animatorka i fotografka na wielkich statkach rejsowych. Lubi podróże, czytanie historycznych książek i spacery po lesie oraz sport. W agencji od 10 lat, lecz dotąd nie trafiła na właściwego mężczyznę. Chciałaby, żeby miał poczucie humoru, otwarte serce, był pełen energii i wspierający. Nie przeszkadza jej, gdyby miał dzieci.

Długowłosa, smukła A. to rocznik 1990. Jest inżynierem, a przedstawia się jako romantyczka z poczuciem humoru i dobra gospodyni. Jej rówieśnica, D., badaczka rynku, zdążyła już wziąć rozwód i szuka porządnego, inteligentnego optymisty.

Klientki agencji Gimeney podzielone są na sześć kategorii wiekowych. Najmniej jest tych najmłodszych, 18-24 lata. W grupie po trzydziestce liczba kobiet wyraźnie rośnie. Wiele w rubryce „stan cywilny” zaznacza „singielkę”. W kolejnej – 36 + – coraz częściej pojawia się status „rozwiedziona”. To te, które sparzyły się na białoruskich mężczyznach. W tym kraju śluby wciąż zawiera się młodo, często w wieku dwudziestu paru lat, a współczynnik rozwodów jest wysoki¬ - w 2017 roku było ich w stosunku do zawartych małżeństw wynosiła czterdzieści osiem procent (dla porównania w Polsce było to trzydzieści cztery procent), a w ciągu ostatnich dwudziestu lat zdarzało się, że przekraczał pięćdziesiąt procent. Fakt, że kiedy do rozstania dojdzie, mężczyzna nie ponosi prawie żadnych konsekwencji, bo jego wkład w życie rodziny może ograniczać się do 50 dolarów alimentów miesięcznie, nie jest tu bez znaczenia.

Maya. Iskra

– Opowiadają bajki, że w Grodnie na jednego mężczyznę przypada siedem kobiet. – mówi Maya. – A to nieprawda, w rzeczywistości na sto kobiet mamy na Białorusi osiemdziesięciu siedmiu mężczyzn. W naszym mieście pewnie realnie jest ich mniej, bo wielu wyjechało do pracy za granicę. Ale to nie ich liczba jest głównym problemem, tylko charaktery. Bo oni są rozpuszczeni, mają kochanki, przyzwyczaili się, że to kobieta o nich zabiega.

A kobiety? Te, które do nas przychodzą są często nie tylko wykształcone (lepiej niż mężczyźni, co potwierdzają statystyki), atrakcyjne i zadbane, ale mają pracę, mieszkania, samochody. Kiedyś częściej chodziło im o to, by trafić na Zachód. Dziś niektóre szukają miłości, inne dobrego życia, ale jak się zakochają, idą za sercem, szukają miłości, inne dobrego życia, ale jak się zakochają, idą za sercem – mówi Maya. – Tutaj takich mężczyzn, jakich by chciały, brakuje. I dodaje, że kryzys sporo zmienił w podejściu zachodnich klientów – kiedyś częściej wiązali się z kobietami z dziećmi, dziś, z powodów ekonomicznych, robią to mniej chętnie. Oczekują też, że kobieta będzie pracowała, dopiero ci po czterdziestce, ze stabilną pozycją pozwalają jej wybrać, czy nie wolałaby zostać w domu. Sporo też zmieniła zachodnia emancypacja – od paru lat wśród klientów ma na przykład młodych Włochów, którzy, często ze wsparciem rodziców, chcą mieć żonę z Białorusi, bo ich rodaczki po pierwsze mają wysokie oczekiwania co do statusu finansowego męża, a po drugie są niezależne, skoncentrowane na sobie i nie bardzo chcą wejść w tradycyjną rolę. Nawet teraz w gabinecie siedzi trzydziestolatek z Neapolu, przystojny z ciemnymi kręconymi włosami i brodą, chirurg – w asyście tłumaczki rozmawia z jedną z kobiet z ich bazy.

Maya potrafi doradzić – z kim warto się spotkać, komu dać szansę, że warto mężczyznę wypytać o rodzinę, pracę, o jego życie. Ma dar – umie dostrzec, kiedy między dwójką świeżo poznanych osób przeskoczy iskra. Szóstym zmysłem wyczuwa, z kogo będzie para. Choć droga do tego bywa kręta.

Jak u Aliony i Waltera spod Bordeaux. Sześćdziesięciodziewięciolatek przyjechał do Grodna pięć lat temu do innej klientki (sześćdziesiąt lat), z którą długo pisali listy. Przywiózł mnóstwo prezentów. Cały tydzień się spotykali – chodzili do restauracji na obiady, spacerowali po mieście. W niedzielę (a wylatywał we wtorek) powiedział agencyjnej tłumaczce Liubie wprost, że nic z tego nie będzie. Chciał machnąć na wszystko ręką. Ona jednak specjalnie, choć miała wolne, przyjechała do biura. Przypomniała sobie, że mają w bazie lekarkę, która dobrze mówi po francusku, kobietę w jego wieku. Spotkali się, ale też nie zaiskrzyło. Wtedy pomyślała o Alionie, choć ta języka Waltera nie znała. Pięćdziesięciodziewięcioletnia nauczycielka biologii była chora, ale wstała z łóżka i przyjechała na spotkanie. A po drodze jeszcze kupiła mu pamiątkę – drewnianego żubra, symbol Białorusi. On, zawodowy bokser, jest niski i krępy jak ten zwierzak. Strasznie się ucieszył. Ale przez chorobę na kolację już z nim nie poszła. Wyjeżdżał załamany, bo bardzo mu się spodobała. Z pomocą tłumaczki zaczęli jednak korespondować. Oboje potrafili pięknie pisać. O sobie, o miłości, o tym, co ważne w życiu. Po dwóch miesiącach on znowu był w Grodnie, a potem zaprosił Alionę do siebie. Rok później wzięli ślub. Jak on na nią patrzy, jak troszczy się o jej rodzinę, żyją bardzo szczęśliwie. Zabezpieczył ją finansowo do końca życia, mówi „moja Alioszka” i wkłada prezenty do walizki, gdy ona gdzieś wyjeżdża. Ona zaś poszła na kurs francuskiego i zaczęła rysować tamtejszą przyrodę.

– Chcę, żeby ludzie znaleźli szczęście – mówi Maja i wyciąga gruby album. – Ta para to Robert, Amerykanin i nasza Katia. Siedem lat po ślubie. On jest spokojny, pogodny, ona bardzo emocjonalna. Dobrze im się żyje. Mają trochę podobną historię jak Walter i Aliona. Jemu spodobała się nasza klientka, pisali maile i w końcu przyjechał do niej w 2010 roku. Duży facet, prostolinijny , otwarty na świat, porządny, dobry. Ale ona spojrzała i powiedziała, że jest za prosty. Myślę, nie odpuszczę takiego mężczyzny. I namówiłam go na spotkanie z Katią, pianistką. Dzwonię do niej, a ona z gorączką. Ale szybko wstała, umyła głowę i przyjechała. Od razu było wiadomo, że będzie z nich para. A on, makler z zawodu, okazał się milionerem, takim prawdziwym, o czym zupełnie nie wiedziałam. Spotykali się rok, może półtora. Zaprosił ją do Paryża i kiedy wjechali na wieżę Eiffla, klęknął i się oświadczył. Jej córkę i siostrzenicę posłał do prestiżowego koledżu w USA. Pomaga całej jej rodzinie. Mają wielką posiadłość w Illinois i dom na Florydzie. Co roku przyjeżdżają do Grodna. Prawdziwa bajka.

Tak, Maya lubi historie z happy endem. Ona tym żyje – mówią klientki.

Sama ma jednego męża od trzydziestu siedmiu lat, dobrze im razem. Z tyłu za biurkiem na półce stoją zdjęcia wnuków – dziewięcioletniego Lwa i pięciolatka Sawili. Z małżeństwa jedynego syna z byłą klientką. Z synową nie mają bliskich relacji, ale chłopców widują co drugi weekend. Ich tata cztery lata temu zginął w wypadku samochodowym. Maya niechętnie o tym mówi.

*Imiona niektórych bohaterek i bohaterów zostały zmienione.

Tytuł i skróty od redakcji.

Fragment książki „Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi”, antologia autorstwa Stowarzyszenia Reporterów Rekolektyw,  red. Małgorzata Nocuń, wyd. Czarne. Drugie wydanie książki ukaże się 30 listopada 2020 r.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.