Przez europejskie porty lotnicze w 2016 roku przewinęły się dwa miliardy pasażerów. Na całym świecie w ciągu dnia w powietrzu znajduje się ponad 10 tysięcy samolotów. 

Wśród linii lotniczych trwa ostra rywalizacja, której celem jest zapewnienie pasażerom jak najlepszego serwisu i najbardziej ekstrawaganckich usług - od welcome drinków, przez personel tak chętny dla pomocny, że w ciągu 10-godzinnego lotu kilkanaście razy musisz mu grzecznie dziękować i mówić “nie”, po menu, którego nie powstydziłaby się kopenhaska Noma. Wszystko po to, żeby klienci - ci, którzy zostawiają najwięcej pieniędzy - byli zadowoleni. I wracali, bo dla linii lotniczych ci, którzy latają pierwszą i biznes klasą, to złota kura. Wie o tym także KLM, który na trasie z Amsterdamu do Johannesburga zgaduje życzenia pasażerów, zanim ci w ogóle zdążą je wyrazić, proponując program “Anytime for you”. Są więc najdłuższe łóżka w całej europejskiej flocie, posiłki komponowane przez holenderskiego szefa kuchni nagrodzonego trzema gwiazdkami Michelin Jacoba Jana Boerma, kabina zaprojektowana przez Hellę Jongerius z wykorzystaniem wełny z recyklingu, wycofanych z użytku strojów stewardes i przetworzonych wykładzin, które kiedyś zdobiły samoloty.

Business class KLMBusiness class KLM mat.pras.

Są pamiątki przygotowane dla pasażerów world business class – ceramiczne miniaturki kamienic wypełnione holenderskim ginem. Biało-niebieskie „domki”, repliki autentycznych kamienic, wykonane są z porcelany z Delft. Co roku w dniu swoich urodzin KLM włącza do kolekcji nową miniaturkę, a zbiór liczy już 97 modeli – tyle, ile lat ma KLM. Są komunikatory seat chat, są rowery, które na lotnisku w Amsterdamie zasilają ekogniazdka, jest wi-fi na pokładzie. Jest i trendy, i eco, i nostalgicznie, bo pasażerowi lot ma się podobać - nawet jeśli podczas niego musi pracować. 

Złota, wierna kura w biznes klasie

Ci pasażerowie są szczególnie cenni nie tylko dlatego, że na niektórych trasach przynoszą liniom lotniczym 75 proc. zysku. Warto o nich rywalizować także dlatego, że często korzystają z programów lojalnościowych, do których są podłączone ich karty kredytowe, a to pozwala na śledzenie ich aktywności, co z kolei daje ogromne możliwości marketingowe. Z karty kredytowej zrezygnować trudno, bo nie da się bez niej funkcjonować. - Tym sposobem ujawniamy o sobie mnóstwo danych i zostawiamy wirtualne ślady - mówił w rozmowie z “Osiem dziewięć” dr Michał Kosiński, naukowiec ze Stanfordu, który wieszczy całkowitą utratę prywatności. Korporacje - także linie lotnicze - skrupulatnie z tego korzystają.

Wiedząc, co kupują, i linie lotnicze, i inne firmy są w stanie nie tylko spełniać ich aktualne potrzeby, ale też kreować kolejne.

Warto więc ich kusić i rozpieszczać, bo za pewien - zresztą sowicie opłacony - wysiłek przewoźnicy dostają wyspanego, zadowolonego i dopieszczonego klienta. A taki klient to wierny klient. Czyli najlepszy.

Coraz większa liczba pasażerów na świecie sprawia, że linie lotnicze coraz odważniej nęcą najcenniejszych dla nich podróżnych - tych biznesowych. Bo choć, jak wynika z danych w 2014 roku (USA), 70 proc. ludzi lata po prostu na wakacje czy urlop, w centrum zainteresowań przewoźników pozostaje mały bogaty procent, który lata biznes klasą. Dlatego kolejne linie otwierają nowe połączenia, prześcigając się w pomysłach na udogodnienia dla pasażerów, od bardziej miękkich foteli, które w trakcie lotu przekształcają się w łóżka, po najlepsze roczniki szampana na pokładzie.

Sens takich operacji tłumaczył gościnnie na łamach “Entrepreteur” jeden z biznesmenów, który lata tylko biznes klasą - bo podróżuje w interesach. Na loty wydaje rocznie 180 tys. dolarów, ale - jak wyjaśnia - to mu się opłaca. Bo skoro tyle czasu spędza w powietrzu, potrzebuje komfortu - żeby po wylądowaniu być w formie na spotkaniu - a ten zapewnia mu łóżko na pokładzie. W dodatku i w lounge’ach na lotnisku (tych dla wybranych i zrzeszonych w ekskluzywnych klubach), i w samolocie spotyka innych ludzi, którzy, podobnie jak on, podróżują w interesach.

A raczej większa jest szansa, że będzie siedział obok CEO start-upu wartego 100 mln dolarów niż nauczyciela z Zawiercia.

A networking to dziś podstawa.

Kamprad swój, ale reszta (za zasłonką) wkurza

Dla nas, nauczycieli z Zawiercia, dziennikarzy z Warszawy i freelancerów z każdego zakątka Polski, to inna galaktyka. I tak jak chętnie czytamy biografie innych ludzi, zaglądając im do kuchni, łóżek i pracowni, tak chętnie - choć zazdrośnie - spoglądamy za zasłonkę oddzielającą naszą klasę turystyczną od biznesu. I jakoś mniej przeszkadza nam fortuna założyciela Ikei Ingvara Kamprada od tych bogaczy rozpartych w wygodnych siedzeniach w biznes klasie, bo Ingvar to jednak swój chłop - choć Forbes w 2017 roku oszacował jego fortunę na 3,4 mln dolarów - który lata klasą turystyczną, przez lata jeździł starym volvo (dopóki nie przekonano go, że to zbyt niebezpieczne) i chętnie wskakuje w darmowe autobusy. Może i bogaty, ale równy, więc te grube miliony można mu wybaczyć.

Płaca minimalna w Polsce wynosi 2 tysiące złotych. Niecałe 500 euro. Średnia oscyluje wokół 4 tys. PKB rośnie, Złote Piaski, Hurghada i Kanary są coraz bliżej, sushi coraz bardziej smakuje, ale pierogi też jemy bez kompleksów. I latamy bez kompleksów, i wszystko nam w zasadzie jedno, jak lecimy, byle dolecieć i nie przepłacić za bilet.

Podróż Orient Expressem znamy z powieści i przeczytanych chyłkiem reportaży w pismach, które ma śliską okładkę i dużo reklam. Chciałoby się, pewnie, tylko to drogi gips. Kiedy więc na śmieciówce masz tę średnią krajową, o czym pisał ostatnio na łamach 89 Kamil Fejfer, zastanowisz się kilka razy, zanim zdecydujesz, czy najpierw spłacisz długi, czy może zapłacisz bieżący czynsz, czy jednak pójdziesz na zakupy do dyskontu. A jeśli jakimś cudem zostanie parę złotych, to lecisz do znajomego w Londynie, gdzie prześpisz się gdzieś z dala od Aqua Shard i Picadilly.

Personel się cieszy, a Oxfam wylicza

Rozpieszczanie klientów, którzy słono zapłacili za wygodę lotu przez ocean, w biznes klasie KLM zaczyna się już na płycie lotniska. Podczas gdy inni pasażerowie biegają od odprawy paszportowej do kiosku z gazetami z obłędem w oczach, próbując znaleźć wolne miejsce do siedzenia, żeby poczekać na kolejną odprawę, ci, którzy lecą klasą biznes, oczekują na lot w dyskretnie schowanym lounge'u. Tutaj niespiesznie popijają kawkę czy lampkę chardonnay; spieszyć się nie muszą, bo przy wchodzeniu na pokład i tak mają priorytet.

Na pokładzie wita ich nie tylko uśmiechnięty personel, wyglądający, jakby właśnie z powodu spotkania z pasażerami spotkało go największe szczęście świata, ale także kapitan; on także wygląda na zadowolonego.

Stewardesy i stewardzi zaczynają pytać, w czym mogą pomóc i co podać, zanim jeszcze na dobre wkroczysz na pokład, w tym magicznym momencie, kiedy jeden krok z rękawa do boeinga przeniesie cię już za chwilę na inny kontynent. Szampan? A może whisky? Z lodem, bez? Kawka? Ale jaka? Espresso czy flat white? Oszołomiony pasażer, ten latający zwykle economy, z wdzięcznością - ale też rodzajem zakłopotania - przyjmuje opiekę załogi, rozsiadając się w wygodnym fotelu, który już za chwilę może się przekształcić w prawie dwumetrowe łóżko do spania. KLM wprawdzie pidżamy nie zapewnia, ale w designerskich torbach od Jana Taminiau można znaleźć ciepłe skarpetki, opaskę na oczy i zestaw do mycia zębów. To w razie, gdyby ktoś chciał się odświeżyć po zjedzeniu specjalnie zaprojektowanego przez najlepszych szefów kuchni menu. Podanego, oczywiście, na designerskiej porcelanie.

A jak już ten zakłopotany, nieprzynależący, zazdrosny pasażer, który przeleciał się biznes klasą i zajrzał za zasłonkę, wróci do domu, to w przerwach między przeglądaniem rachunków może sięgnąć po “Luxury Fever: Why Money Fails to Satisfy in an Era of Excess” prof. ekonomii Roberta Franka z Cornell University i dowiedzieć się, dlaczego pieniądze szczęścia nie dają. “Poprzez proste i łatwo osiągalne zmiany w naszych nawykach konsumpcyjnych możemy zaoszczędzić dosłownie tryliony dolarów” - pisze w wywodzie o tym, jak niedawny boom na rynku dóbr luksusowych wpływa na tych, który nie mogą sobie na nie pozwolić. Uważa, że drobne zmiany we wzorach wydawania pieniędzy mogą działać na korzyść całego społeczeństwa. Nie tylko tej jego części, która lata biznes klasą. I może wtedy - choć dla wielu zabrzmi to jak socjalistyczny bełkot - nierówności choć trochę się skorygują. Bo na razie, jak wynika z raportu Oxfam z 2016 roku, JEDEN procent najbogatszych ludzi świata ma tyle samo co cała reszta globu razem. Choć oni akurat latają prywatnymi odrzutowcami.