Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jestem kobietą po trzydziestce, od 15 lat w stałym związku. Mój mężczyzna był, jest i mam nadzieję zawsze będzie moim jedynym partnerem, nic nie wskazuje na to, by miało się to zmienić. Mamy 10-letnią córkę, a obecnie jestem w siódmej ciąży. Z prostego rachunku wynika – poroniłam 5 razy. Za każdym razem przeżywałam, przeżywaliśmy jako rodzina, bardzo mocno naszą stratę.

Po raz pierwszy wiele, wiele lat temu, jeszcze przed narodzinami naszej córki. Miałam 22 lata. "No cóż, zdarza się, wiele kobiet traci pierwsze ciąże" – tyle do powiedzenia mieli lekarze, a i jeszcze, dobre rady: "Po co tak płakać, a pan to niech się lepiej nad nią tak nie rozczula".

Byłam młoda, szalenie zakochana, On wspierał mnie bardzo, zaczęłam żyć dalej.

Ciąża druga, rodzi się nasza córka. Troszkę za wcześnie, ale jest zdrowa, przepiękna, po prostu spełnienie marzeń.

Jesteśmy młodzi, zakochani, mamy cudowne dziecko, studia, praca, czas mija. W pewnym momencie naszego życia decydujemy się na emigrację. Ja bardzo tęsknię: za rodziną, przyjaciółmi, zapachem polskiego lasu, po prostu tęsknię za Polską.

Ciąża trzecia, już na obczyźnie. Radość ogromna, która niestety nie trwa długo. W czasie wakacji w Polsce pojawiają się komplikacje, nie udaje się. Niestety, znowu zderzenie z rzeczywistością polskiego szpitala. Tym razem w czasie wypisu pozostawiamy po sobie wpis w "Księdze zażaleń", ale to chyba nic nie zmienia, no może nam troszkę ulżyło, że jednak coś zrobiliśmy, napisaliśmy, że pewne rzeczy nam przeszkadzają.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: "Lekarz jest usługodawcą, a pacjent płaci. W gabinecie nie ma mowy o religii, polityce, ideologii". Jak jest u ginekologa w Anglii i Belgii?

Ciąża czwarta, też na obczyźnie. Miało być dobrze, ale znowu nie jest.

Tym razem w zachodnioeuropejskim szpitalu. Atmosfera całkiem inna, spokój, cisza, najważniejsza jestem ja, to, co czuję, czego potrzebuję. Pustka w brzuchu, w sercu, ale bez dodatkowych szpitalnych obciążeń.

Ciąża piąta, na obczyźnie. Tym razem musi być dobrze, jesteśmy zdrowi, przebadani, poprzednie straty to jakiś niefortunny zbieg okoliczności, nie znaleziono przyczyny ani w Polsce, ani za granicą. Nie jest dobrze, tracimy nasze kolejne dziecko, też w czasie pobytu w Polsce. Tym razem ronię w domu, lekarz stwierdza, że nie jest konieczny zabieg w szpitalu. Zaczynamy wchodzić w nasz rytualny schemat po stracie, życie zaczyna toczyć się dalej.

Ciąża szósta, już pod kontrolą specjalnej kliniki na obczyźnie. Teraz to już musi się udać. Nie udaje się, gdy okazuje się, że naszemu dziecku nie bije już serce, jesteśmy w Polsce. Konieczny jest zabieg, zbyt ryzykowne jest czekanie na samoistne poronienie. Skierowania do szpitala nawet nie bierzemy, nie mogę tam znowu trafić, nie dam rady przejść przez to znowu w polskim szpitalu. Chcemy natychmiast wracać do naszego kraju emigracji, jednak ostatecznie decydujemy się na prywatną klinikę w Polsce.

Nie jest źle, na pewno lepiej niż w polskim szpitalu, jednak standardy państwowej opieki medycznej w kraju zachodnioeuropejskim przewyższają standardy polskiej kliniki prywatnej.

Nie jestem tam długo, sam pobyt nie odciska się piętnem na mojej psychice.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: U ginekologa w Hiszpanii: W gabinecie nie ma chodzenia z gołą pupą

Ciąża siódma, teraz wszystko będzie dobrze. Okres największego ryzyka mija, nasze dziecko rozwija się dobrze. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, celebrujemy każdą chwilę ciąży. W 16. tygodniu wyniki badań krwi wykazują bardzo wysokie ryzyko, że nasze dziecko ma zespół Downa, wysokie ryzyko to 1:15. Przeżywamy bardzo ciężkie dni, decydujemy się na amniopunkcję, która jest wykonywana zaraz następnego dnia, później 3 dni czekamy. Nasze dziecko jest zdrowe – tę wiadomość otrzymujemy późnym wieczorem, gdy już nikogo nie powinno być na tym oddziale, jednak jedna pani położna jeszcze była, gdy przyszły wyniki z laboratorium, zadzwoniła od razu, aby oszczędzić nam kolejnej bardzo stresującej nocy.

Co dzień mogę patrzeć na moją zdrową, piękną 10-letnią córkę. Co dzień czuję ruchy mojego dziecka w brzuchu, jeszcze 3 miesiące i będę je miała obok. Co dzień myślę sobie, jaką jestem wielką szczęściarą, że mam to, co mam, i choć droga do tego nie była i nie jest prosta, to idę do przodu każdego dnia. Mieszkam teraz w miejscu, w którym czuję się bezpiecznie. Nie jestem w stanie uwierzyć w to, co teraz dzieje się w moim kraju, gdybym w tym momencie żyła w Polsce, nie czułabym się bezpiecznie.

Przeraża mnie hipokryzja, jaka tam panuje. Jeśli chodzi o aborcję, to mamy do czynienia z dzieciątkiem od momentu poczęcia, jeśli chodzi o poronienie, to mamy do czynienia z płodem.

Tylko tu, na obczyźnie, zapytano nas, co chcemy zrobić z ciałem naszego 13-tygodniowego dziecka. W Polsce nikt nie pyta, są to odpady szpitalne. Odpadom szpitalnym chrzest się nie należy, nie należy się też pochówek. Sytuacja natomiast zmienia się diametralnie, jeśli w grę wchodzi aborcja, wówczas odpad szpitalny staje się dzieciątkiem, które podlega innym prawom.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Nie wyobrażam sobie, że musiałabym przechodzić przez badania prenatalne w Polsce. Rząd nie musi nic zmieniać, żeby zgotować polskim kobietom piekło, to piekło dla polskich kobiet już trwa. Nie wydaje mi się, aby posłanki i posłowie, którzy chcą zmuszać kobiety do rodzenia chorych dzieci, kiedykolwiek byli na patologii ciąży bądź po prostu na polskiej porodówce. Co może być gorszego od piekła, które już trwa? Oni nam pokażą, że może być gorzej.

Dla mnie każde moje dziecko było moim dzieckiem od samego początku, od zobaczenia dwóch kresek na teście. Wiem bardzo dobrze, co to znaczy stracić dziecko i co to znaczy martwić się, czy dziecko w moim łonie jest zdrowe. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie sytuacji, w której podejmuję decyzję o aborcji, ale mam rozum i wiem, że czasem taką decyzję trzeba podjąć. Zawsze jest to dramat. To życie tej kobiety bądź kobiety i jej partnera będzie naznaczone decyzją, którą podjęła bądź podjęli.

Bardzo bym chciała wrócić do Polski, myślałam, że za jakiś czas pokonamy barierę materialną, która w tym momencie nam na to nie pozwala, i wrócimy, ale czy to nadal będzie kraj, do którego bez obaw wrócę z moimi dziećmi? Mam wielką nadzieję, że tak.

***

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.