Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wyjechałam z Polski 17 lat temu na jeden semestr Erasmusa. Chciałam poduczyć się niemieckiego i zobaczyć świat, który do tej pory był dla mnie zamknięty. Wybrałam małe miasto na południu Niemiec, które niestety bardzo rozczarowało mnie pod względem wizualnym. Ja marzyłam o kulisach podobnych do Heidelbergu ze "Sławy i chwały" Iwaszkiewicza, a znalazłam się w miejscu całkowicie zniszczonym przez wojnę i odbudowanym bez specjalnego polotu. Na dodatek długo cierpiałam na dziwną przypadłość - gdy mijałam starsze osoby na ulicach, nieustannie zastanawiałam się, co robiły w czasie wojny. To chyba polska edukacja historyczna zostawiła we mnie trwały ślad. Pod koniec wymiany nagle zakochałam się z wzajemnością w Niemcu. Moja rodzina go zaakceptowała. Choć dziadek, były więzień obozu pracy przymusowej, na początku miał pewne opory. Jego rodzice też mnie polubili. I tak zaczął się zupełnie nowy, niespodziewany etap mojego życia. Urządziliśmy huczne wesele na polskiej prowincji. O ilościach wypitej wódki do tej pory krążą legendy pośród naszych niemieckich przyjaciół. Ostatecznie wylądowałam w heidelbergopodobnym miasteczku na północy Niemiec. Tam zaczęłam robić karierę w dużej firmie doradczej, urodziłam dwoje dzieci i nawet zaczęłam studia doktoranckie. Całkiem zwyczajne życie z odhaczaniem klasycznych etapów.

Na początku nie zdawałam sobie sprawy, że czasem jest mi ciężko jako emigrantce. Zauważyłam to dopiero, jak mi się poprawiło, czyli jak zdobyłam taki poziom pewności siebie (pewnie wynikający ze znajomości języka i osiągnięć zawodowych), że poczułam się naprawdę na swoim miejscu. Nigdy nie przyszło mi jednak do głowy, żeby przyjmować niemieckie obywatelstwo. Uważałam, że nie jest mi ono do niczego potrzebne, że z nim czułabym się jak "farbowany lis". W 2015 roku przyszedł kryzys uchodźczy, który dużo zmienił w moim życiu. Ze łzami w oczach patrzyłam na tłumy ludzi uciekających przed wojną i biedą. Dramatyczne obrazy telewizyjne przepełnionych uchodźcami dworców i pociągów zostawiły we mnie trwały ślad.

Myślałam tylko, że ja w obliczu wojny i braku perspektyw zrobiłabym to samo – zapakowałabym rodzinę i wyruszyła w poszukiwaniu lepszej przyszłości dla moich dzieci. Angela Merkel otworzyła wtedy granice dla około miliona uciekinierów i powiedziała słynne już "wir schaffen das"/damy radę.

Wiem, że zapłaciła sporą cenę za tę decyzję. Wiem, jakie ryzyko niesie ze sobą niekontrolowane otwarcie granic dla tylu ludzi, którzy dodatkowo są nam tak obcy kulturowo. Wydaje mi się, że z moralnej perspektywy, jako człowiek, Merkel zrobiła jedyną właściwą rzecz.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Na Zachodnim Wybrzeżu Polacy nie zabierają Amerykanom pracy. Bez kompleksów zakładają własne biznesy

Od tego momentu, obserwując falę pomocy, z jaką spotkali się u nas, w Niemczech, uchodźcy, ja też zaczęłam się zastanawiać, co mogę zrobić. Nie musiałam szukać daleko, moja niemiecka parafia zaczęła organizować regularne spotkania dla uchodźców i miejscowych. Chodziło o stworzenie neutralnego miejsca, żeby się wzajemnie poznać i od zwykłych rozmów na migi i przekazywania jakichś rzeczy przejść do bardziej zaawansowanych form pomocy. Moje dzieci chodzą ze mną na te spotkania. Zwłaszcza mój młodszy, jasnowłosy syn o okrągłych policzkach cieszy się dużą sympatią pośród bywalców Cafe International. Z Polski regularnie słyszę o chorobach przenoszonych przez uchodźców i zagrożeniu, jakie stanowią dla naszego chrześcijańskiego społeczeństwa. Wielu moich niemieckich znajomych pyta, skąd w Polsce takie podejście, a ja nie wiem, co powiedzieć. Wstydzę się, bo nie rozumiem, jak można nie pomóc ludziom w potrzebie. Nie jestem naiwna, wiem, że to nie jest łatwe. Wiem, że jest wiele różnic kulturowych i potrzeba ciężkiej pracy, by integracja miała szansę powodzenia. Ale jestem dumna z dużej części niemieckiego społeczeństwa, z tych wszystkich wolontariuszy, którzy tyle z siebie dają, żeby nowi przestali być obcy. Na fali tych uczuć złożyłam podanie o niemieckie obywatelstwo i je otrzymałam. Formalnie w dalszym ciągu nie jest mi ono do niczego potrzebne, ale jest rodzajem symbolicznego uznania mojej drugiej ojczyzny. Pomagam dalej.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Teraz to już nie są dla mnie jacyś uchodźcy, tylko Adel, Mohammad, Abdullah, Rami, Seba, Ali. Wiem, że są wdzięczni swojej nowej ojczyźnie, ale też jak jest im ciężko. Kiedyś spytałam nastolatkę z Damaszku, za czym tęskni najbardziej. Po chwili ciszy łzy spłynęły jej po policzkach i powiedziała: "Za wszystkim. Za całym moim życiem". Nie jestem dumna z tego pytania, staram się być subtelniejsza. Razem z grupą chłopaków z Syrii i miejscowych stworzyłam też pierwszy w naszym mieście przewodnik miejski po arabsku i niemiecku. Właśnie go wydaliśmy. Ma pomóc nowym w odkrywaniu naszego miasta. Naszym celem jest także zachęcenie starych mieszkańców do zainteresowania się perspektywą uchodźców. Przewodnik przedstawia podobieństwa i różnice pomiędzy Syrią a naszym miasteczkiem i pokazuje, że możemy się od siebie nawzajem dużo nauczyć.

***

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.