Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Gdy w Polsce odbywał się "czarny protest" i gdy ostatnio przeczytałam o nowych pomysłach prezydenta USA, zaczęłam się zastanawiać, gdzie nie będę się bała zajść w ciążę. W związku z tym musiałam zorientować się, jak to w Danii dokładnie wygląda i czy przypadkiem nie trzeba będzie zaraz wracać.

W Danii duży problem stanowi starzenie się społeczeństwa. Widać to wyraźnie w mniejszych miastach, gdzie większość mijanych na ulicy ludzi to osoby starsze. Statystki są bezlitosne i ukazują bardzo mały przyrost naturalny. Stosunkowo dużą część społeczeństwa stanowią osoby starsze, przy małym udziale dzieci i młodzieży (około 18,7 proc.). Winę ponoszą, oczywiście, podłe, egoistyczne duńskie babska, które w pewnym momencie historii postanowiły pójść do pracy. Z tego też powodu nie mają czasu zakładać dużych rodzin i obecnie przypada średnio 1,7 dziecka na parę.

Dania na szczęście jest świadoma ekonomicznego zagrożenia, jakie ta sytuacja powoduje. W związku z tym państwu bardzo zależy na dzieciach i wspiera wszystkich, którzy się na nie decydują. Jako że w Danii dziecko to nie lada wydatek, na przyszłych rodziców czeka pomoc finansowa, która trwa aż do ukończenia przez dziecko 17. roku życia. I tak na malucha do lat 2 będziemy dostawać około 4,5 tysiąca koron co trzy miesiące. To za mało, aby go wykarmić, ubrać i dorzucić od czasu do czasu jakąś zabawkę – ale mimo wszystko jest to znacząca pomoc przy wychowywaniu tych małych pożeraczy pieniędzy.

O kobiety w ciąży dba się bardzo. Jeśli źle się czują, mogą liczyć na ulgowe traktowanie w pracy. Około ósmego miesiąca ciąży kobieta przechodzi na urlop macierzyński. Naturalnie płatny – przez państwo, pracodawcę albo jedno i drugie – wszystko zależy od rodzaju wykonywanej pracy. Po urodzeniu przez 14 tygodni mama zostaje w domu z dzieckiem – w tym czasie tata może wziąć 2 tygodnie wolnego, aby spędzić z nimi czas. Później rodzice mają dowolność w rozdysponowaniu pozostałych 32 tygodni pomiędzy siebie. Mogą się podzielić urlopem albo zdecydować, że któreś z nich zostanie w domu do końca przysługującego im urlopu. Danii bardzo zależy na dobrym samopoczuciu dziecka i jego najbliższego otoczenia.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: W Schwarzwaldzie, na prowincji, o feminizmie chyba nikt nie słyszał

Pary, które z najróżniejszych przyczyn mają problem z zajściem lub utrzymaniem ciąży, również mogą liczyć na wsparcie państwa duńskiego. Zabieg in vitro jest tutaj bezpłatny (musimy jedynie zapłacić 3600 duńskich koron za lek – dla Duńczyka nie jest to aż tak duży wydatek), pod warunkiem że kobieta nie przekroczyła 46. roku życia i istnieją po temu medyczne wskazania. Według Copenhagen Fertility Center 1 na 12 dzieci w Danii przychodzi na świat dzięki różnym metodom leczenia bezpłodności.

W świetle tych wszystkich informacji dziwić może to, że w Danii aborcja jest zabiegiem całkowicie legalnym. Do 12. tygodnia ciąży pełnoletnia kobieta może przejść zabieg bez podawania przyczyny. Później dokonuje się aborcji w przypadku medycznych wskazań, tragicznych okoliczności poczęcia (np. na skutek gwałtu), ale również wtedy, gdy kobieta, z punktu widzenia psychologicznego lub społecznego, nie jest w stanie podjąć się opieki nad dzieckiem. To oznacza, że tak naprawdę można ten zabieg przeprowadzać przez cały okres ciąży.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Dania uznaje prawo kobiet do decydowania o tym, czy i kiedy chcą zajść w ciążę. Dostęp do antykoncepcji jest niezwykle łatwy, istnieją "tabletki po” – i takie bez recepty, i takie przyjmowane nawet kilka dni po możliwym poczęciu, które wypisze nam lekarz. O aborcji można mieć różne zdanie. Bez względu na wszystko, bardzo szanuję Danię za takie właśnie podejście. Gdzieś indziej w desperackiej próbie zwiększenia przyrostu naturalnego aborcja zapewne zostałaby zdelegalizowana. Dania jednak rozumie, że to nie jest odpowiedni sposób rozwiązania problemu i że nikogo nie należy zmuszać do rodzenia dzieci.

Lubię myśleć, że nigdy bym tego nie zrobiła. Ale tak naprawdę nie mam pojęcia, co czuje kobieta, która nosi w sobie dziecko kogoś, kto ją bardzo skrzywdził. Albo taka, która może umrzeć, jeśli zdecyduje się kontynuować ciążę. Albo taka, która wie, że jej dziecko urodzi się bardzo chore. Nie mam pojęcia. Nie mam prawa takiej osoby oceniać.

Cieszę się jednak, że mieszkam w miejscu, w którym mogę liczyć na pomoc. W którym wiem, że w razie problemów z zajściem w ciążę będę mogła spróbować sposobów, na które gdzieś indziej raczej nie mogłabym sobie pozwolić. W którym mam poczucie, że jeśli przydarzy mi się coś złego, nikt nie będzie nas oceniał. Będziemy mogli podjąć własną decyzję i bez względu na nią liczyć na fachową pomoc. Na opiekę i poczucie bezpieczeństwa.

***

Autorka tekstu prowadzi blog Ukryty Kot

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.