Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami żyła sobie księżniczka, która często powtarzała: „Jak ja mam wszędzie daleko” – tak pokrótce zobrazować można moje życie w górach Schwarzwaldu. Do najbliższego sklepu, w którym nawet ceny są wygórowane, jadę kilkanaście kilometrów. Do większych marketów, jak Lidl czy Aldi, mam piętnaście kilometrów, do lekarza, w zależności od specjalizacji, od piętnastu do trzydziestu pięciu. Dlatego moim najlepszym przyjacielem jest mały samochód. Musi być mały, bo drogi są wąskie, sprawny, bo kręte, i najlepiej z napędem na cztery koła, żebym zimą nie utknęła w śnieżnych zaspach. Tu, gdzie mieszkam, na każdego dorosłego mieszkańca przypada jeden samochód. Proekologiczni Niemcy mieszkający w miastach, którzy propagują car-sharing, kompletnie tego nie rozumieją.

Duże odległości i to, ile zajmuje mi ich pokonanie, powodują, że wszystko kupuję na zapas. Żartuję czasem, że w razie wojny czy innej katastrofy moja rodzina przeżyłaby ponad miesiąc na tych zapasach, które upycham w domu w każdym zakamarku. Dla mnie, wychowanej w mieście (pochodzę z Poznania), to ciągłe jeżdżenie jest niezwykle męczące. Kłopot sprawia mi także to, że kiedy gdzieś się wybieram, muszę zawsze liczyć, ile zajmie mi dojazd. Wszystko, co robię, planuję z wyprzedzeniem i „na zapas”, zawsze też zastanawiam się, co mogę załatwić po drodze.

W Schwarzwaldzie ludzie przemieszczają się samochodami, bo brakuje połączeń autobusowych i kolejowych. Na przystanek autobusowy muszę iść ponad cztery kilometry – czterdzieści pięć minut marszu po górach – a do stacji kolejowej mam dwadzieścia kilometrów. Autobusem dojeżdżam do nieco większej miejscowości niż moje miasteczko i dopiero stamtąd biorę pociąg do Freiburga. Cała podróż zajmuje mi około godziny, samochodem czterdzieści minut. Do Freiburga mam trzydzieści pięć kilometrów.

 

'Polki bez granic''Polki bez granic' Joanna, archiwum prywatne

 

Sporym utrudnieniem nie tylko w mojej wsi, ale w całym regionie w południowych Niemczech jest bardzo ograniczona liczba żłobków i przedszkoli. Problem jest tu jednak nieco bardziej skomplikowany, bo aby powstało więcej placówek, trzeba by było zmierzyć się z konserwatyzmem mieszkańców Schwarzwaldu. Uważają oni, że dzieciom najlepiej jest w domu, dlatego zwykle do trzeciego roku życia matki wychowują dzieci w domach. Zresztą nie tylko na prowincji brakuje przedszkoli. W takich miastach jak Freiburg, Stuttgart czy Karlsruhe wcale nie ma ich wiele. Matki podejmujące pracę na pełny etat w rok po porodzie są tutaj rzadkością (W Schwarzwaldzie chyba nikt nie słyszał o feminizmie). A jeśli nawet zadowolona matka, która chce wrócić do pracy, znajdzie miejsce w żłobku lub przedszkolu, to przyjdzie jej się spotkać z jego nietypowymi godzinami otwarcia. Tu, gdzie mieszkam, przedszkole czynne jest dwa dni w tygodniu od 07:30 do 13:30 i w trzy od 8:00 do 15:00 – o całym etacie można zapomnieć. Nie wspominając już o ich cenach.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Na przedmieściach Nowego Jorku: Do mojego domu niechętnie wpuszczam obcych

Czy życie na wsi to tylko ograniczenia? Poza uciążliwymi dojazdami nie odczuwam w zasadzie drastycznego spadku jakości życia. No, może poza brakiem zasięgu i słabym Internetem – czego Niemcy powinni się wstydzić, bo przecież uważają się za naród niezwykle nowoczesny. To, na co nie mogę narzekać, to wydarzenia kulturalne. W Niemczech w małych miejscowościach dzieje się naprawdę wiele. Jest mnóstwo koncertów – od klasyki po bluesa – wystaw i wszelkiego rodzaju imprez masowych. Wynika to z decentralizacji kraju, w którym dominują małe i średnie miejscowości oferujące mieszkańcom dobrą infrastrukturę i ciekawą ofertę kulturalną. Jeśli o mnie chodzi, to kiepski zasięg i problemy z komunikacją miejską wynikają raczej z położenia geograficznego niż z faktu, że mieszkam na prowincji.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Największym plusem mieszkania w schwarzwaldzkiej wiosce są oczywiście wspaniałe krajobrazy i to, że przy dobrej pogodzie mam niesamowity widok na Alpy. Olbrzymim atutem jest też położenie przygraniczne: do Szwajcarii mam niecałe sto kilometrów, do Francji jakieś siedemdziesiąt, do Mediolanu dojeżdżam w pięć, sześć godzin, a do Paryża, pociągiem z Freiburga, w trzy. W skali Europy mam więc wszędzie bardzo blisko. Zupełnie nie tak jak ta księżniczka, która mieszka w lesie, w górach.  

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.