Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Już mając te 12, 13 lat, wiedziałam, że świat jest wielki. W mojej wyobraźni był tak wielki i ekscytujący, że zapierał dech w piersiach. Mimo że jeszcze wtedy nie umiałam tego wyrazić, w sercu już wiedziałam, że moje miasto, dzielnica, ulica, dom, mój pokój, cztery ściany to za mało. Teraz wiem, że czułam się jak ptaszek w klatce. Wyobrażałam sobie ulice Paryża, myślałam o krajach arabskich i o tym, jak tam żyją ludzie, zdjęcia drapaczy chmur w Nowym Jorku onieśmielały mnie i zachwycały jednocześnie. Nie mogłam wyobrazić sobie, że miałabym przeżyć życie i nigdy tych miejsc nie zobaczyć. Dla mnie to było niemożliwe. Mijały miesiące i lata, a we mnie jedynie wzmacniało się przekonanie, że wyjadę. Gdziekolwiek, ale wyjadę.

W 1998 roku pojawiła się okazja wakacyjnej podróży do Londynu i pomimo tego, że spędziłam tam tylko 3 tygodnie, od razu poczułam się jak w domu. To był mój wstęp do tego wielkiego świata, o którym marzyłam.

2004 był idealnym momentem. Skończyłam studia, a granice zostały otwarte. Nawet nie czyniłam szczególnych starań, żeby znaleźć w Polsce „dobrą pracę”. Wyjazd był jedynie kwestią czasu. Tak jak wielu wtedy, spakowałam walizki.

Zarobek tak, ale moje powody były chyba dodatkowo trochę bardziej „romantyczne”. Szukałam swojego miejsca na ziemi. Ten moment w historii Polski mnie samej dał wolność wyboru i swobodę przemieszczania się. Nie wyjechałam „za chlebem”. Nie zależało mi, żeby zarobić i wracać. Nie szukałam sposobu, żeby na obczyźnie wydawać na życie jak najmniej. Nie chciałam oszczędzić każdego zarobionego funta czy euro. Nie należałam do grona tych, którzy wyjechali, bo w Polsce brakowało perspektyw zawodowych. Nie były zachwycające, ale główna przyczyna, dla której wyjechałam, była inna. Chciałam zacząć żyć w miejscu, które nie wydaje się za małe. Wiedziałam, że zawodowo też w końcu odnajdę swoją ścieżkę. Nawet jeśli zaczynałabym od pracy na przysłowiowym już w tej chwili zmywaku.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Pierwszy przystanek – Londyn. Początki były niełatwe, ale to przecież początki. Jakoś trzeba zacząć. Wyjechałam z otwartym umysłem, nie zakładając niczego, bo przecież może się nie udać. Ale miałam też otwarte serce, aby dać szansę temu, co nadejdzie, i samej sobie w zupełnie nowych okolicznościach. Ktoś patrzący z boku powiedziałby, że wyjechałam bez planu i pomysłu. Ale przecież wtedy wielu opuszczało kraj z podobną do mojej niepewnością.

Mieszkam poza krajem już ponad 11 lat. Przez ten czas udało mi się zwiedzić kawałek świata (choć wiem, że nadal to tylko kawałek). Wiele jeszcze chciałabym zobaczyć, a tej tęsknoty za czymś więcej nigdy nie uciszę. Nie można być w kilku miejscach jednocześnie, ale można czuć wolność wyboru, która dla mnie jest lekarstwem na tę tęsknotę.

Wyjechałam z Polski właśnie po to, aby tę wolność wyboru mieć. To zwykłe poczucie, że w teorii, jeśli tak zdecyduję, jutro mogę być w zupełnie innym miejscu niż dziś. Nikt nie zaprzeczy, że dobre zarobki w euro czy funtach dają takie możliwości.

Wielu tęskni za Polską. Ja nie. Lata mijają, a ja utwierdziłam się w przekonaniu, że do Polski na stałe nigdy nie wrócę. Nie wszyscy znajomi Polacy rozumieją moją postawę. Wielu Polaków wraca. Mówią, że ich dom jest w Polsce i że tam czują się u siebie, ze „swoimi”. Był taki czas, że nawet czułam się trochę winna za brak tego patriotyzmu, że nie czuję się bardziej związana z miejscem, z którego pochodzę. I choć szanuję mój kraj i nawet zdarza mi się określać go jako ojczyznę, to nie nazwę go nigdy „moim domem”. Nauczyłam się z tym żyć. Zrozumiałam, że może dom to nie miejsce, a poczucie przynależności i swobody, których szukać mogę gdziekolwiek na świecie. Może jednego, własnego miejsca na ziemi nigdy nie znajdę. Może dom wcale nie musi być jeden, zamknięty, znajomy, bezpieczny. Dla mnie dom jest wszędzie, gdzie czuję, że żyję, mam swobodę bycia i działania, a możliwości, jakie stoją przede mną, są potencjalnie nieograniczone. Tego właśnie nie czuję w Polsce. Wracam tam z sentymentem, ale tylko co jakiś czas i na krótko.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Co powiedziałabym sobie samej sprzed emigracji?

Nie mieszkam za granicą, bo nie mam wyboru. Mieszkam z wyboru. A mój dom jest tam, gdzie aktualnie jestem. Jutro może być już zupełnie gdzie indziej i tam też będzie mi dobrze. Ktoś nazwałby to ciągłym niespokojem. Dla mnie to idealna definicja spokoju, bo wiem, że nic mnie nie ogranicza.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.