Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W Kanadzie mieszkam zaledwie od dwóch miesięcy, ale ten krótki czas zmienił diametralnie moje spojrzenie na ten kraj. Stereotypy o Kanadzie mówią, że tubylcy kochają hokej, jedzą na potęgę masło orzechowe i syrop klonowy, są mili aż do przesady i za wszystko przepraszają. Teoretycznie się zgadza. Ale niestety uprzejmość jest bardzo powierzchowna, a dodatkowo poważnym problemem jest rasizmem i wyzysk pracowników. Tak, z tymi problemami boryka się ta wspaniała, otwarta i wolna Kanada. Co gorsza, wyzysk i rasizm są tu legalne.

Do Kanady pojechałam na obóz dla żydowskich dzieci organizowany w prowincji Quebec. Pracowałam tam również jako pomoc kuchenna. Sama zapłaciłam za lot do Montrealu i pokryłam koszty narzucone przez firmę pośredniczącą. Na wyjazd zdecydowałam się dosyć późno, więc opłaty były wysokie, prawie tak wysokie jak moje honorarium za wyjazd. Ale to nie pieniądze były dla mnie ważne – chciałam poznać nowych ludzi, poćwiczyć angielski, zobaczyć inny świat, przeżyć ostatnią, szaloną przygodę, zanim znajdę stałą pracę (byłam wtedy niespełna rok po studiach anglistycznych).

CZYTAJ RÓWNIEŻ: To już moja czwarta "zagranica"

Problemy zaczęły się zaraz po przylocie. W Montrealu mnie i kilkunastu innych osób nie wypuszczono z biura imigracyjnego, bo któremuś urzędnikowi nie spodobały się nasze dokumenty. Nie dostaliśmy wizy pracowniczej, zabrano nam paszporty, kazano czekać. Ja czekałam 8 godzin, inni znacznie dłużej. W tym czasie żyliśmy w wielkim stresie, bo co chwila któreś z nas było przywoływane przez urzędnika i wracało do grupy „z wyrokiem”: w najlepszym wypadku było to pozwolenie na tygodniowy pobyt (akurat tyle czasu, aby obejrzeć miasto, kupić pamiątki i bilet powrotny do domu), w najgorszym – byli deportowani od razu, tzn. dostawali informację, że za godzinę czy dwie odlatuje ich samolot do domu. Nie mogliśmy opuścić pomieszczenia i np. odebrać walizki. Skończyło się na tym, że przysłano osobę z firmy i ta zaczęła pertraktacje z urzędnikami. W końcu wszyscy dostaliśmy pozwolenie na 48-godzinny pobyt. Za dwa dni mieliśmy się stawić na lotnisku (z bagażami) i dowiedzieć się, co z nami będzie. Jeśli ktoś ośmieliłby się przekroczyć dane 48 godzin, to od razu byłby "wanted by the police". Na szczęście po dwóch dniach wszyscy stawili się na lotnisku i otrzymali wizy pracownicze.

Na obozie pracowałam jako "charity worker", czyli wolontariuszka. Moja pensja za godzinę wynosiła nieco ponad połowę pensji minimalnej obowiązującej w Kanadzie (najczęściej jest to około 8 dolarów za godzinę). Według umowy mieliśmy pracować maksymalnie 10 godzin dziennie, jednak było to zwykle minimum, a jeden dzień wolnego w tygodniu przeznaczaliśmy głównie na odpoczynek i odespanie 6-dniowej harówki. Pieniądze, które dostawałam za pracę, były nazywane "stipend", czyli była to raczej rekompensata za poniesione koszta życia na obozie niż konkretna wypłata. Mieliśmy zapewnione jedzenie i dach nad głową, jednak warunki były nieciekawe – pokoje obskurne i ciasne, w ciągu dnia koszmarnie duszne, a w nocy wychłodzone. Łóżka skrzypiały przy każdym ruchu, a ściany były tak cienkie, że z łatwością można było przysłuchiwać się konwersacji w drugim pokoju.

Oprócz mnie, Polki, w kuchni pracowali Węgrzy i Meksykanie. Większość z nas nie była profesjonalnymi kucharzami, czasami dochodziło więc do incydentów – drobnych oparzeń, skaleczeń nożem. Sama osobiście ucięłam sobie opuszek palca na mandolinie i zemdlałam 5 razy w drodze do pielęgniarki, która miała poważny problem z zatamowaniem krwi i zastanawiała się, czy odzyskam prawidłowe czucie w koniuszku palca. Odesłała mnie z wielkim bandażem z powrotem do pracy po 15 minutach. Kolega w poprzednich latach od dźwigania ciężarów dostał przepukliny i musiał mieć operację. Dziewczyny przygotowujące kawę i sałatki musiały dźwigać skrzynki ważące po 20 kilogramów, często umieszczone gdzieś na wyższych półkach w załadowanej do granic możliwości lodówce. Nie było czasu prosić panów o pomoc. Czasem nawet nie było czasu odpowiedzieć na pytanie wygłodniałej zbłąkanej duszyczce, która przyszła do stołówki zapytać nas, czy dostanie przed obiadem jakieś jabłko albo kanapkę z masłem orzechowym.

Swoją drogą, tych duszyczek było ponad 300 i często pytały nas one o absurdalne rzeczy, np. majonez do słodkich muffinek. Nie zważały one na to, że właśnie biegnę obładowana jedzeniem, aby wydać obiad pozostałym głodnym dzieciakom. Często udawały, że nie rozumieją mojego dziwnego akcentu, gdy zwracałam im uwagę, że dzieci nie mogą pić kawy, lub gdy prosiłam ich o zaniesienie brudnych talerzy do odpowiedniego okienka. Z opiekunami mogłam co najwyżej porozmawiać o diecie bezglutenowej i rodzajach bezlaktozowego mleka – w ten sposób ziściło się moje marzenie o szlifowaniu angielskiego z native speakerami. Z dwoma kolegami z kuchni (Meksykanami) musiałam się porozumiewać na migi, bo ich angielski praktycznie nie istniał.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: To, czego się boję, to powrót na stałe

Na wyjeździe nie udało mi się zobaczyć słynnego symbolu Kanady, czyli łosia, za to nasz ganek notorycznie odwiedzały szopy. Przewracały kosze na śmieci i wybierały to, co najlepsze. Jeśli zapomniano zamknąć na noc stołówkę, następnego dnia czekało na mnie pobojowisko, które musiałam uprzątnąć. Wszędzie były widoczne ślady małych łapek.

Kanadyjczycy mają obsesję na punkcie poprawności politycznej. Kuchnia na obozie miała być koszerna, stąd mieliśmy zabronione łączenie mleka z mięsem w wydawanych daniach. Gdy po kolacji i zmyciu podłóg usiedliśmy coś przekąsić, postanowiłam skusić się na pizzę z serem (zamiast, tak jak reszta grupy z kuchni, zjeść kurczaka). Szefowa powiedziała mi, że muszę zjeść ją oddzielona od reszty osób, bo ser spożywany koło kurczaka wygląda źle i któreś z dzieci lub opiekunów może się zgorszyć. Gdy chcieliśmy wieczorem obejrzeć przedstawienie zorganizowane przez najstarsze dzieci (a w którym gościnnie wystąpiła moja koleżanka), padło pytanie, czy w ogóle możemy tam pójść (integrowanie się pomocy kuchennej z dziećmi było niemile widziane), i skończyło się na tym, że usiedliśmy z tyłu, na szarym końcu, aby nikomu nie przeszkadzać. Wszędzie dawano nam odczuć, że jesteśmy „gorszym sortem”.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Dotarło do mnie, że coś, co miało być dla mnie przygodą, okazało się upokarzającym przeżyciem. Szefowa zatrudniła nas, ludzi z Europy Środkowo-Wschodniej i Meksyku, nie dla ubogacenia kulturowego, tylko dla kasy. Byliśmy dla niej dwa razy tańsi niż jej rodacy. I nie protestowaliśmy, gdy coś było nie w porządku, bo nie chcieliśmy być wyrzuceni i stracić pieniędzy, które zainwestowaliśmy w przyjazd. Byliśmy z Meksyku lub z jakichś krajów „koło Czechosłowacji”, jak mawiała moja szefowa, więc mogliśmy się parać najgorszą robotą, niszczyć sobie swoje zdrowie i nerwy pracą ponad nasze siły.

Po zakończeniu obozu podróżowałam sama, bo pozostałe osoby odebrały wynagrodzenie i od razu wróciły do domu. Byłam w pięknym Toronto, widziałam zachwycające wodospady Niagara, oglądałam wieczorne przedstawienie multimedialne na ścianach parlamentu w Ottawie – i miałam to wszystko za nic. Tęskniłam za domem, wszystko mnie przytłaczało, a po dwóch miesiącach niewolniczej pracy chciałam tylko leżeć i gapić się w sufit. Denerwowało mnie to powierzchowne: "Hi, how are you?" Kanadyjczyków, na które istniała tylko pozytywna odpowiedź: "Good, how are you?", podczas gdy ja czułam, że wpadam w czarne odmęty depresji.

Wszędzie w Kanadzie mówi się o wielokulturowości i wolności, jednak ja zobaczyłam, że to tylko piękny mit, nieistniejąca utopia. Ci sami politycy, którzy mówią, że są otwarci na wszystkich, ustalają prawo, które pozwala na wyzysk. Prawdopodobnie ich przodkowie wypędzili mnóstwo rdzennych Amerykanów, by przejąć ich ziemię, ale to się przemilcza. Nie jest to część zachodnioeuropejskiej historii, więc mało kogo to interesuje. Dla przykładu – ręka do góry ten, kto słyszał na lekcji historii o Szlaku Łez w USA.

Po powrocie do domu jeszcze długo leczyłam się z depresji i innych problemów ze zdrowiem (przez długotrwały stres „wysiadła” mi tarczyca), jednak jest jakiś pozytywny aspekt mojego wyjazdu – zwiększyła się moja wrażliwość na drugiego człowieka. Gdy po raz pierwszy doświadczasz rasizmu na własnej skórze, patrzysz na inne rasy i narody ze zmienionej perspektywy i przestaje cię obchodzić, czy człowiek w potrzebie jest z Polski, czy z ogarniętej wojną Syrii. W końcu dystans i kolor skóry nie mają znaczenia, bo każdy człowiek na ziemi ma te same potrzeby i emocje.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.