Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Zaraz po maturze zaczęłam pracować dorywczo i całe zarobione pieniądze, oprócz na materiały na studia i podstawowe potrzeby, przeznaczałam na podróże. Dwutygodniowe wakacje za 100 euro? Proszę bardzo! "Mamo, jutro jedziemy. Stopem. Do Berlina. A dalej się zobaczy". Podróże bardzo mnie ośmieliły. Przekonałam się, że nie ma rzeczy niemożliwych, a przy okazji podszkoliłam angielski. Dlatego kiedy pojawiła się propozycja pracy wakacyjnej w Londynie, zbyt długo się nie wahałam.

Po powrocie z Anglii znalazłam ogłoszenie na uczelni oferujące stypendium w Niemczech. Pobiegłam do znajomych i zachęciłam ich, żebyśmy się zgłosili, było aż pięć miejsc. Każdy z nas miał rozmowę sam na sam z komisją. Po niemiecku nie udało mi się wydukać ani słowa, ale przekonałam ich, że sobie poradzę. O ile szukanie mieszkania poszło mi dosyć gładko dzięki koleżance, która potrafiła się porozumieć, o tyle pierwsze dwa tygodnie na uczelni były jak kubeł zimnej wody. "Jednak po angielsku nie będziemy z Panią rozmawiać, świetnie Pani idzie po niemiecku". "Genau" - na tyle było mnie stać po ośmiu latach nauki niemieckiego w szkole. A byłam piątkową uczennicą. Po dwóch tygodniach kryzys minął, a ja zaczęłam zachwycać się urokami nowego miasta, poznawać ludzi z różnych zakątków świata i cieszyć się "wolnością" od rodziców.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Gdy stypendium się skończyło, wróciłam do Polski. Ucieszyłam się, wreszcie znowu byłam bliżej chłopaka. Myślałam sobie wtedy, że skoro przetrwaliśmy te pół roku rozłąki i widzenia się raz na dwa tygodnie, to już wszystko przetrwamy. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że po paru miesiącach znów będę szukać szczęścia gdzieś z dala od domu. "Hej, pojedźmy na Erasmusa" - rzuciła pewnego dnia koleżanka. Zgodziłam się, ale się nie zakwalifikowałyśmy. Postanowiłyśmy, że nie poddamy się bez walki. Skontaktowałyśmy się z jedną z włoskich uczelni i okazało się, że była ona skłonna podpisać umowę z naszym Uniwersytetem, abyśmy mogły wyjechać. We Włoszech pojawiły się te same problemy - językowe, mieszkaniowe, ale jakby nasilone. Zdałam sobie jednak sprawę, że przyzwyczaiłam się do wpadania na głęboką wodę. Tylko, że z Włoch niechętnie wracałam do domu. Jakoś ciężko było mi wsiąść do auta i pojechać do Polski, mówiłam sobie, że jest za daleko. Chciałam skorzystać z okazji i jak najwięcej uczyć się włoskiego. Zawsze bardzo mi się podobał.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: To, czego się boję, to powrót na stałe

Wymiana się skończyła i znowu wróciłam do Polski. Mój sześcioletni związek jednak nie przetrwał kolejnej rozłąki. Skończyłam studia i przyszedł czas na stałą pracę. Wtedy na głowę dostałam kolejną porcję zimnej wody. "Możemy pani zaproponować trzy miesiące stażu. Bezpłatnego. Co pani na to? Po stażu być może panią zatrudnimy" - padło z ust właściciela firmy z oddziałami w Dubaju i Teheranie. "To ja się... zastanowię". Ostatecznie desperacja zaprowadziła mnie do korporacji. Praca była kompletnie niezwiązana z moim wykształceniem, ale zachwycili się moim niemieckim. Dali mi umowę o pracę, stabilizację, benefity, jak to w korporacjach. Żyć nie umierać. A ja po paru miesiącach czułam, że umieram. Nauczyłam się wszystkiego, czego mogłam się nauczyć, kompletnie nie interesowało mnie to, co robiłam, a najgorsze było to, że moje stanowisko nie przewidywało żadnej ścieżki rozwoju. Czułam, że muszę coś zmienić. Rok siedzenia w miejscu to było dla mnie zdecydowanie za dużo.

"Mamo, koleżanka proponuje mi pracę w Ekwadorze". Mojej mamy już chyba nic nie mogło zaskoczyć, więc gdy dowiedziała się, że jednak wybrałam Szwajcarię, poczuła ulgę. Złożyłam wypowiedzenie, na szybko kupiłam auto i w kilka godzin spakowałam cały mój dobytek, który zmieścił się w kilku walizkach. W końcu miałam rozpocząć pracę w zawodzie, wykorzystując znajomość niemieckiego i włoskiego. Znajomi na nowe wiadomości zareagowali różnie. "Marnowałaś się tutaj" - powiedziała mi koleżanka z pracy. "Ile będziesz zarabiać?" - wścibsko pytała inna. "Kuzyn koleżanki mojej ciotki też wyjechał do Szwajcarii" - przechwala się kolejna.

Planowałam wyjazd "tylko na kilka miesięcy", a jestem w Szwajcarii już dwa i pół roku. Po dwóch latach pobytu znowu zaczęło mnie "nosić". Teraz co weekend wsiadam w auto i jadę. Nie mogę już usiedzieć w miejscu, nałogowo przeglądam loty tanich linii. "Zostańmy tu parę miesięcy, poszukajmy pracy" - szepczę do mojego towarzysza podczas weekendowego wypadu do Barcelony. Jeśli jutro ktoś zaproponuje mi pracę w jakimś pięknym miejscu, spakuję się i natychmiast wyjadę. Czy już potrzebny mi odwyk?

Cała ta opowieść brzmi jak bułka z masłem, ale w rzeczywistości są to miesiące sukcesów i porażek oraz wypraw z górki i pod górkę. Co zmieniły moje wyjazdy? Wszystko! Oprócz oczywiście nauki języków obcych i nabycia umiejętności posługiwania się na migi stałam się bardziej odważna, otwarta i tolerancyjna na "inność". Nauczyłam się walczyć o swoje. Ale też bardziej się boję. Boję się rutyny, nudy. Boję się samotności. Boję się, że już nigdy się nie "ogarnę", nie ustatkuję, że nie usiedzę w jednym miejscu "na zawsze". To jest jak narkotyk, przeglądam loty, segreguję regularnie moje rzeczy, bo nie znam dnia ani godziny, kiedy po raz kolejny się będę pakować.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.