Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Melbourne to miasto, w którym mieszka się najgorzej. Niedawno ankieta "The Economist" powiadomiła cały świat, że Melbourne jest miastem, w którym żyje się najlepiej. Szósty raz z rzędu, biorąc pod uwagę zagrożenie terroryzmem, transport, edukację i stabilność ekonomiczną, będzie nosił koronę urbanistycznej utopii.

Najpierw w tym mieście trafiłam na zimę i to tuz po Polskiej, potem zaraziłam się pasożytem, potem się pasożyta pozbyłam. Żeby wyjść z tego dołka, a może się bardziej dobić, na koniec postanowiłam odbyć oczyszczającą dietę warzywną

Magia tej diety polega na tym, że nieważne, ile zjesz, i tak się nie najesz. Człowiek bez tłuszczów, cukrów i chlebów jest non stop głodny. Po paru dniach zaczyna trawić swoje własne jelito. Ludzie jedzący obiad stali się moimi wrogami. W każdym kącie czyhały na mnie kawiarnie, mamiąc diabolicznym zapachem świeżej kawy i ciasteczek. Jadąc na rowerze, pedałowałam ile sił w nogach, żeby tego nie czuć. Będąc tak spragnioną tych codziennych rozkoszy, czułam jeszcze mocniej złą sytuację finansową. Jak prawdziwa imigrantka, która jest na dobrej drodze do nurkowania w śmietnikach.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Straciłam pracę w sklepie z płaszczami za 500 dolarów. Dostałam nieprzyjemny, ale bardzo uprzejmy telefon - szukają osoby z większym doświadczeniem. Oczywiście, nie dziwi mnie to, bo pasowałam w tym sklepie jak kwiatek do kożucha. Moje szmateksy z secondhandu koło stuprocentowej wyczesanej włoskiej wełny niedobrze wyglądały w rzęsistym świetle butiku.

Telefon o swoim zwolnieniu odebrałam głodna już od wielu dni. Poszłam się po nim położyć, bo zaczęło mi się kręcić w głowie. Koleżanka namówiła mnie na pójście do pubu. Nie mogłam nadal niczego jeść ani pić z menu, więc dwie polskie dziewczyny spędziły cały wieczór, upijając się wodą. Jakiś brodaty koleżka z Nashville szarpał struny bandżo i śpiewał głosem niosącym się po wysokich górach. To akurat jest w Melbourne za darmo, kojąca duszę muzyka. Zapewne zostało to uwzględnione w punktacji "Economista".

Następnego dnia, przepita kranową wodą, obudziłam się w humorze amazonki. Wysłałam swoje CV do wszystkich domów produkcyjnych w Melbourne. I ponieważ wierzę w dobre moce zaustralizowanych Polaków, postanowiłam się spotkać z Tedem Matkowskim, osobistością znaną tutejszej Polonii. Ten pan jest dziennikarzem, fotografem, ma własną firmę produkcyjną, organizuje festiwal polskich filmów i co roku daje nagrodę Złotego Kangura na festiwalu w Gdyni.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Przemiły głos Teda w słuchawce umówił się ze mną na lunch w Elsternwick, żydowskiej dzielnicy. Potem przewiózł mnie po okolicy, potem pokazał swój dom, potem biuro. Opowiadał swoje niesamowite życie, a ja słuchałam z burczącym brzuchem. Poznał Elisabeth Taylor, zrobił zdjęcie Kadafiemu, uścisnął rękę Ronalda Reagana i uratował życie Jerzemu Stuhrowi. W żydowskiej cukierni gestem szerokim jak jego droga życiowa kupił mi wielkie czekoladowe ciasto. Trzymałam to ciasto w drodze powrotnej trochę za mocno w drżących rękach. Udało mi się je dowieźć do domu nienaruszone, gdzie zmumifikone folią spożywczą wpierniczyłam do zamrażalnika, żeby poczekało na koniec diety.

Mimo iż Ted obiecał pomóc w niedalekiej przyszłości, poszłam ze swoim kelnerskim CV na job hunting. Udało mi się dostać "interview", a po nim próbną zmianę. Odbyła się w szykownym bistro wypełnionym dobrym winem. Trzeba tam usługiwać nieco sztywniacko, trzymając butelkę w najbardziej niewygodny sposób z możliwych. W trakcie pierwszej godziny udało mi się wypier***ć cały talerz jedzenia na jakąś niewinną dziewczynę. Wróciłam do domu i się poryczałam.

Wyciągnęłam ciasto z zamrażalnika i popatrzyłam na nie. Miałam jeszcze dwa dni do końca diety. Zaczynałam powoli mieć dosyć tych tortur. To miasto, w którym żyje się najlepiej na świecie, po prostu mnie nie chce. Ile można działać, starać się, prosić, tacę nosić? Odwinęłam kawałek folii. Początki są trudne. Mija czwarty miesiąc dopiero. To, że nie jestem w stanie już znieść pracy w gastronomii, to tylko mój problem, bo ludzie w Melbourne nie narzekają. Podają kawę, potem idą na piwo do pubu, a potem grają na basie do rana. "No worries". Dla mnie to już nie działa. Mam 29 lat i już nie chcę.

Zawinęłam ciasto z powrotem i wsadziłam do zamrażalnika. Wytrwałość i dyscyplina musi się w moim życiu zacząć pojawiać, nawet w takich małych gestach jak dotrwanie do końca diety. Dotrwanie do końca zimy. Dotrwanie do momentu, kiedy ktoś mi da szansę na pokazanie swoich talentów. Nie można się poddawać. Nagroda czeka gdzieś, zamrożona. Może lato ją odtaje.

Autorka wpisu prowadzi bloga: australita.wordpress.com

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.