Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jezu, jaka ja byłam zakochana. Poznaliśmy się na wyjeździe. Daleko. Za oceanem. On - Amerykanin, ja - Polka. "Jaki on inny" - mówiłam przyjaciołom - "jaki rozmowny, jaki pewny siebie". A po cichutku, tylko do siebie: "czyli jednak można mnie kochać!".

Bo w Polsce randki z mężczyznami to była droga przez mękę. Wszyscy zajęci, a jak jakimś cudem wolni, to jacyś tacy... No właśnie: nijacy. Może nieśmiali? Nie wychodzili z inicjatywą spotkania, nie zagadywali, tylko czasami ktoś popatrzył ukradkiem i natychmiast spuszczał wzrok. Wtedy jeszcze nie było Tindera - żeby się umówić, trzeba było podejść, pogadać. Nie podchodzili, nie gadali. Jeśli już ktoś się przełamał, to po to tylko, żeby (nieudolnie) zaoferować seks. Jakby nieświadom, że obcesowość iskierki nie wznieci. Było źle. Przynajmniej tak czułam. Albo milczenie, albo obleśny komentarz. Zrezygnowałam z życia w parze.

A potem wyjechałam. Tajlandia na trzy miesiące. Wokół mnie masa żądnych przygód Europejczyków i Amerykanów. Palmy, gorąc, zapach kolendry w powietrzu i on. Rosły chłop z Kalifornii. Podszedł do mnie na plaży. "Jaki przystojny" - moja pierwsza myśl. Zagadał. "Jaki bystry" - druga myśl. I tak już zostaliśmy. Przez trzy miesiące. "Ale będzie na zawsze" - myśl towarzysząca mi nieustannie. Ja - wygłodniała męskiego zainteresowania. On - ...sama nie wiem.

W końcu wróciłam do Polski. Sama. On został wśród palm. Nie był turystą w Tajlandii - miał tam mieszkanie, pracę, przyjaciół. Wsiadając do samolotu, postanowiłam, że do niego wrócę. "W końcu kogoś znalazłam" - roiłam. Jednak najpierw musiałam pozamykać sprawy w Polsce.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Krok 1: skończyć studia. Został rok. "Za długo". Magisterium obroniłam w pięć miesięcy.

Krok 2: znaleźć powód do powrotu. "Przecież nie powiem, że wracam z miłości". Stypendium na studia podyplomowe dostałam jeszcze przed obronieniem pracy magisterskiej.

Krok 3: utrzymać kontakt. Rozmawialiśmy na Skypie parę razy w tygodniu. Wiadomości na Facebooku - codziennie rano i wieczorem.

Krok 4: pozbyć się rzeczy z mieszkania. Spakować.

Krok 5: pożyczyć kasę na bilet lotniczy.

Odliczaliśmy dni do mojego powrotu. Wspólnie. Mówił, że nie może się doczekać. Mówił, jak bardzo się cieszy. Mówił, że dogaduje się ze mną jak nigdy z nikim.

Po dziewięciu miesiącach wylądowałam z powrotem w Tajlandii. Na pierwszy miesiąc wprowadziłam się do niego. Ale potem on stwierdził, że to za szybko tak razem mieszkać. Przeniosłam się do znajomej. Widywaliśmy się parę razy w tygodniu. Zawsze u niego. Chodziliśmy do restauracji. Jego ulubionych. Oglądaliśmy filmy. Takie, które on wybrał. Jeździliśmy na wakacje. W miejsca, których on jeszcze nie widział.

Początkowo udawałam, że życie w Tajlandii ma sens. Udawałam przed sobą, że jestem tam nie ze względu na niego. Że studia podyplomowe są ekstra. Że to moje miejsce na ziemi. I - nade wszystko - że żyję w cudownym związku.

A tak było naprawdę: w Tajlandii było za gorąco. Szkoła - niski poziom. Nudziła mnie jak cholera. Znajomi - żadnych nie miałam, bo liczył się tylko on. On, który nie dbał, nie dzwonił, nie trzymał za rękę. On, który - jak się później okazało - zdradzał mnie z zastępami Francuzek, Tajek, Wietnamek, Japonek, Chinek. I z Amerykanką. Zaczął już w parę dni po moim pierwszym wyjeździe do Warszawy.

On, który po 10 miesiącach przyszedł do mnie do domu (po raz pierwszy chyba) i powiedział: "Kochanie, nigdy cię nie kochałem". I odszedł. Płakałam przez kolejnych 10 miesięcy. Ale nie chciałam wracać. Po pierwsze: udawałam, że to nie dla niego przejechałam pół świata. Po drugie: miałam nadzieję, że do mnie wróci. Tylko dam mu czas. Po 10 miesiącach spędzonych na łkaniu w swoim pokoju pomyślałam: dość. I wróciłam. Mam nadzieję, że mądrzejsza.

Dopiero tak ekstremalne doświadczenie pokazało mi, że życie nie musi się toczyć wokół mężczyzn: tego, czy oni są, czy ich nie ma. Przestało mnie to interesować. Paradoksalnie przekonałam się o swojej sile: w końcu kto jak nie ja skończył studia miesiące przed wyznaczonym terminem? Kto zdobył stypendium? Kto miał w sobie odwagę, żeby pojechać na koniec świata? To co, że przez faceta. Następnym razem będzie tylko przeze mnie i dla mnie.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.