Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Mija trzeci rok od wyjazdu z Polski i brak planów, żeby coś się miało zmienić w tym temacie.

Pewnie emigracja gdzieś, gdzie granice są dla nas otwarte, wyglądałaby inaczej, może nawet zaryzykuję stwierdzenie, że trochę łatwiej, bo odchodzą drobne szczegóły - masz prawo do pracy i prawo do pobytu w kraju.

Nikt, kto żyje w Polsce, mając obywatelstwo, opiekę medyczną (nawet taką kulejącą jak NFZ), prawo jazdy, prawo pobytu w kraju, ubezpieczenie zdrowotne, prawo do głosowania, paszport, prawo do legalnej pracy bez limitów godzinowych, konto w banku (bo z tym też były problemy), nie zrozumie, jak ciężko jest zaczynać gdzieś bez tego. Jak również nie zrozumie, dlaczego przechodzą mnie dreszcze na słowo "wiza". Brrr!

Emigrując, ludzie myślą, że jakoś to będzie, że jakoś się ułoży. Tylko co, kiedy mija rok, a "jakoś" się nie układa, lub kiedy mija kolejny i "jakoś" już nie wystarcza? Brnie się dalej oczywiście, bo ciężko poświęcić dwa lata życia i w zamian mieć powrót do kraju, z którego się zdecydowało wyjechać.

Przez pierwszy rok rodzina nawija w kółko jak zepsuta płyta - wracajcie, wracajcie, wracajcie.

Jest to ostatnia rzecz, jaką chcesz słyszeć. Trochę ciężko wrócić tak szybko i na dodatek wbrew sobie po wyprowadzce 17 000 km. Melbourne to nie Manchester, gdzie za kilka funtów z Ryanairem mogę ruszyć rano, a po południu jeść z wami obiad.

Drugi rok - pamiętajcie, że zawsze macie dokąd wrócić.

Trzeci rok - cisza w tym temacie, bo już chyba wiedzą, że my po prostu nie chcemy wracać.

Emigracja bardzo dużo mi dała, tak samo jak dużo zabrała - codziennie zabiera. Rozpieprzyła całą wyhodowaną w Polsce stabilizację (powiedzmy na własne życzenie) i poczucie wartości (już niekoniecznie na własne życzenie).

Oczywistość, która nadal boli - omija nas życie codzienne bliskich i ich ważne wydarzenia - śluby, rozwody, urodziny, narodziny, chrzciny. Urodziny naszej chrześnicy tak samo jak i ją samą znamy z 40-sekundowego filmiku z Facebooka lub zdjęć na Viberze.

Ominęły mnie dwa pogrzeby i nie będąc tam na miejscu, nie uczestnicząc w ceremoniach, nie widząc tego na własne oczy, do tej pory ciężko mi uwierzyć, że moi dziadkowie naprawdę nie żyją. W moich snach zawsze mają się dobrze.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Podsumowując, jakby jakiś rodak mi teraz powiedział, że emigruje do Australii/Nowej Zelandii, to tak w skrócie życzę mu krzyż na drogę.

Teraz tylko, czemu nie chcemy wracać, skoro emigracja to nie tylko palmy, tańczące dookoła ciebie misie koala i słońce 9 miesięcy w roku? Skoro nie jest lekko, a paszport i fura pieniędzy nie spadają z nieba od razu po wyjściu z lotniska i trzeba zacząć od harówki dużo poniżej swoich kwalifikacji?

Jest wiele powodów

Emigracja dała mi wolność i nauczyła mnie cierpliwości, nieprzejmowania się pierdołami na zapas i niewściekania się na byle co. W końcu!

Mogę czekać na Tonga 30 minut na (pierwszą) kawę i jestem ponad to.

Musisz opuścić kraj, bo grozi ci deportacja? Zapytam: to dokąd lecisz?

Urząd imigracyjny zgubił ostatnio nasz akt ślubu - aha. Jak można to teraz rozwiązać?

Nie ma co wypruwać sobie flaków. Pieniądze znaczą tyle co liczby. Jak liczba idzie w górę, jest okej. Jak idzie w dół, też jest okej. Przez liczbę na minusie świat wcale się nie wali. Domy, samochody, rzeczy - nie znaczą nic, bo dzisiaj są, a jutro ich nie ma. Tak samo jak ludzie, którzy pojawiają się przelotnie w twoim życiu i znikają.

Mieszkamy na strzeżonym osiedlu na 100 mieszkań z jedną dużą kuchnią i częściami wspólnymi (zielone tereny dookoła, mniejsze kuchnie na piętrach, sala kinowa, pomieszczenia gospodarcze: pralnie, suszarnie, jadalnia z kominkiem). Brak Polaków, dzieci i zwierząt. Wygląda to trochę jak ośrodek wczasowy i nazywa się "motel style accommodation" - innymi słowy od roku mieszkam w motelu.

Mieszkania bez kuchni w Auckland to standard, bo ludzie i tak jedzą na mieście. Ja i część mieszkańców nie chcemy jeść na mieście trzy razy dziennie, więc często gotujemy wszyscy razem - Bamarowie, muzułmanie, Arabowie, Anglicy, Tajowie, Australijczycy, Nowozelandczycy, Ukraińcy, Chilijczycy, Indonezyjczycy, Tongijczycy, Hindusi, Filipińczycy, Chińczycy, Wenezuelczycy, Koreańczycy, Rosjanie, Wietnamczycy, Kolumbijczycy, Włosi, Fidżyjczycy, Hiszpanie, Malezyjczycy, Peruwiańczycy, Francuzi, Japończycy, Samoańczycy. Uff, ciekawe kogo pominęłam?

To jest dopiero zabawa i mieszanina zapachów, różnic kulturowych, barier językowych - pojęcie porządku i organizacji dla każdego znaczy coś innego. Wiem, że dla wielu osób życie tutaj to byłby koszmar.

Już mnie nic nie dziwi - Hindusi jedzą i gotują 24 na dobę, jakby ich egzystencja tylko na tym polegała, a kiedy ktoś spoza Indii wchodzi do kuchni, od wejścia kicha (curry, curry, curry).

Chińczycy przed jedzeniem jabłek szorują je gąbką z dużą ilością płynu do naczyń, a potem moczą je w misce pełnej piany. Smacznego!

Ukraińcy myją naczynia cifem (zaczęłam się zastanawiać, czy to normalne, ale nie, jednak nie. Cifem myję zlew i prysznic).

Filipinki pięknie śpiewają, gotując. Hinduski też próbują, ale już nie wychodzi im to tak ładnie.

Autorka tekstu prowadzi bloga: notaboringlife.com

Co jeszcze dała mi emigracja? Nie boję się odmienności, wiem i rozumiem więcej. Mam dużo wiary w ludzi i doświadczenia życiowego, którego nie miałabym dziś, zostając za biurkiem w Szczecinie. Codziennie zostawiam drzwi do mieszkania otwarte, znikam coś ugotować i nawet do głowy by mi nie przyszło, że ktoś mógłby to wykorzystać.

Poznałam zbyt dużo dobrych ludzi, żeby myśleć inaczej.

Ostatnim razem jakiegoś Polaka spotkałam w grudniu 2015 (w Auckland jest podobno duża Polonia, ale ja jej po prostu nie szukam). Przyjechałam tu, mówiąc dobrze po angielsku. Teraz mówię, myślę i śnię po angielsku, który jest bardzo różny od tego, którego nauczyłam się na filologii.

Widziałam kawał świata i to nie tylko jako "turystka", ale też "od kuchni". Teraz bardziej niż kiedykolwiek jestem pewna, że świat jest na tyle mały, że powinno mi się udać zwiedzić każdy jego kraj, bo przecież nie ma rzeczy niemożliwych.

Pracowałam dla przeróżnych ludzi - dla Azerów (Azerbejdżan), Izraelitów (bardziej i mniej ortodoksyjnych), Syryjczyków, Rosjan.

Pamiętam historie z ich przeszłości i emigracji do Australii, kiedy mnie jeszcze nie było na świecie. Opowiadali mi o wielu miesiącach koczowania w obozach dla uchodźców rozsianych po całym świecie, brania ślubów i rodzenia tam dzieci. Dzisiaj doceniam każdą drobnostkę dnia codziennego, każdego szanuję, nikogo nie oceniam, nie zazdroszczę i nie porównuje się - po co, skoro każdy przeszedł co innego.

Paradoksalnie, rozbijając mnie kiedyś na pół ostatecznie, emigracja dała mi dużo siły, wolności i spokoju. Bardzo poszerzyła moje horyzonty i postrzeganie ludzi, świata, kultur innych od polskiej.

Jak zawodzi plan B, czas na C, D, E, F i tak czasami do końca alfabetu, bo zgodnie z moim powiedzeniem - "if there's a will, there's a way" - wystarczy chcieć, żeby znaleźć rozwiązanie.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.