Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

O Danii wiedziałam niewiele. Tyle co zobaczyłam w internecie: Duńczycy mają pieniądze, państwo opiekuńcze i mieszkają w designerskich mieszkaniach. Jako prezent pożegnalny dostaję grube, wełniane rękawiczki ("bo tam nam pewno będzie ci zimno") i wódkę ("na te długie, ciemne dni"). I tak jadę.

Będąc jeszcze w Polsce, jakimś cudem znajduję pokój w Kopenhadze, więc mam coś na start. Szybko okazuje się, że nie wszyscy Duńczycy mają mieszkania jak z katalogu. Niektórzy nawet, tak jak moi gospodarze, to miłośnicy życia w stylu hipisowskim. Uprzejmi i pomocni, ale dom tonie w śmieciach i intrygujących gościach. Wytrzymuję u nich 4 miesiące.

Orientuję się, że wełniane rękawiczki leżą w szafie nieużywane - zimy nie są aż tak mroźne, a na dodatek, jak się jedzie rowerem, to ręce w tej wełnie strasznie się pocą. Za to wódka - strzał w dziesiątkę. Wprawdzie nie do picia "w ciemne dni", które zresztą nie są aż takie ciemne, ale jako prezent dla Duńczyków spotyka się zawsze z dużym entuzjazmem.

Co do pracy, naiwnie liczę na to, że z wyższymi studiami z Polski, bardzo dobrym angielskim i kilkuletnim doświadczeniem zawodowym znajdę coś nieskomplikowanego od ręki. Bardzo szybko zdaję sobie sprawę, że bez języka duńskiego i znajomości będzie ciężko. W pierwszym tygodniu, pomimo zacinającego deszczu, rozwożę na rowerze 128 CV. Po barach, kafejkach, restauracjach i sklepach. Zero odzewu. W jednej sieciówce zostaję nawet poinformowana, że zatrudniają tylko Duńczyków. "No to pięknie" - myślę. Ale się nie poddaję. Po 3 tygodniach sukces, dostaję pracę! Wprawdzie w szatni w barze i tylko i wyłącznie dzięki jednemu Kanadyjczykowi, którego poznałam. Niedługo potem zaczynam równocześnie pracować jako prywatna niania do dzieci w dwujęzycznej rodzinie (to już z ogłoszenia). Całe dnie z dzieciakami, wieczory oraz nocki w weekendy w knajpie. Zarobiona, ale dumna - w końcu zaczynam zarabiać pieniądze.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Jako pracującej zaczyna przysługiwać mi darmowy kurs duńskiego dla obcokrajowców. Podchodzę do sprawy bardzo ambitnie. Nauka dzień w dzień i nadzieja, że już niedługo wyrwę się od dzieciaków i z szatni, no i znajdę "prawdziwą" pracę. Duński okazuje się trudniejszy, niż myślałam. Nie jestem jedyna - z 30- osobowej grupy na kolejny poziom przechodzi razem ze mną tylko 6, inni rezygnują lub postanawiają zrobić przerwę. Po pół roku zaczynam rozumieć piąte przez dziesiąte, po roku daję już radę "jakoś się dogadać". No ale "jakoś się dogadać", a być w stanie na poziomie obsługiwać klientów po duńsku to dwie różne rzeczy. Uczę się dalej.

W wolnym czasie nawiązuję znajomości. Duńscy znajomi są ciekawi, czy w Polsce mówi się po rosyjsku. Wielu z zaskoczeniem komplementuje mój angielski. Kilka razy ktoś z uprzejmości podsuwa mi ofertę pracy w sprzątaniu. Wszyscy dziwią się, gdy mówię, że jak do tej pory, pracując w Danii na "godziny", moja stopa życiowa nie jest dużo wyższa niż w Polsce, gdzie miałam całkiem dobrą pracę w biurze, na etat. Odnoszę wrażenie, że oni myślą, że każdy imigrant z Polski ucieka przed biedą i głodem.

Związek z Duńczykiem okazuje się bardzo pomocny w poznawaniu relacji społecznych. Odkrywam, ze Duńczycy w związkach są bardzo niezależni, lubią podróżować i imprezować bez partnerów. Mężczyźni są dobrzy w gotowaniu, zakupach i generalnie potrafią sami o siebie zadbać. Rodzice mojego chłopaka są mili i uprzejmi i prędko zaczynam dostawać zaproszenia na wszystkie uroczystości rodzinne. Uczę się, że to jednak nie staropolska gościnność i trzeba być zawsze gotowym, by partycypować w kosztach. Za to nikt nigdy nie pyta się "kiedy ślub".

Integruję się. Dostaję pracę w biurze, po duńsku. Dostrzegam plusy życia w Danii: większą tolerancję w stosunku do inności, łatwy dostęp do ekologicznej żywności, starsi ludzie długo pozostają w zdrowiu i dobrej kondycji. Chcę, by moje dzieci poszły do duńskiej szkoły, w której nie uczy się "na pamięć". Równocześnie martwię się o moich rodziców, którzy mieszkają w Polsce i stopniowo stają się mniej sprawni, fizycznie i intelektualnie. Wiem, że w życiu nie przekonam ich do przeprowadzki do mnie, do Danii.

Tak sobie myślę, że moje życie tu to nie bajka, ale w Polsce też nigdy bajką nie było. Nie wiem, gdzie będę za 10 lat. Ale postanawiam, że tak jak mawiają Duńczycy - "muszę stawić czoła temu, co przyjdzie".

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.