Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pamiętam dzień, gdy razem z moją przyjaciółką Emmą pędziłyśmy przez Londyn w jej mini cooperze, jednocześnie płacząc i śmiejąc się do rozpuku. Właśnie rozstałam się z chłopakiem po pięciu latach.

Kilka chwil wcześniej otworzyłam szafę pełną ubrań i pamiątek - przypomniały mi o związku, który zakończył się bardzo dramatycznie zaledwie dwa dni wcześniej. Spojrzałam na Emmę ze łzami w oczach, nie musiałam nic mówić. Ona wyciągnęła worek na śmieci i powiedziała: "Pozbądź się tego!". W koszu wylądowały wspomnienia: zdjęcia, koszulki z wakacji, prezenty urodzinowe, książki, płyty. Wszystko, co wiązało się z Nim i co przypominało mi o śnie, z którego próbowałam się obudzić przez długi czas.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Kiedy wychodziłyśmy z mieszkania, zobaczyłam dużą butelkę ginu, którą mój były trzymał na specjalną okazję. Złapałam za nią z zamiarem wylania zawartości do zlewu, ale Emma powstrzymała mnie: "Nawet się nie waż. Bierzemy ją ze sobą! Za te wszystkie lata i wylane łzy". Od razu poczułam się lepiej. Wsiadłyśmy do samochodu wypełnionego moim pięcioletnim dobytkiem, włączyłyśmy muzykę i zaczęłyśmy śpiewać na całe gardło, nie oglądając się za siebie ani razu.

Nie chcę pisać o rozstaniu. Chcę napisać o przyjaźni, która nie zna granic ani barier. Mam cztery bliskie przyjaciółki. Każda z nas pochodzi z innego kraju, ma inny kolor skóry, wyznaje inną religię lub nie wyznaje żadnej. W Londynie trudno jest spotykać się codziennie ze względu na dystans, na brak czasu. Bywa, że widzimy się raz na dwa miesiące. Jednak dobrze jest wiedzieć, że nawet jeśli pojawię się u którejś z nich, choćby o 2 nad ranem, zawsze zostanę przyjęta z otwartymi ramionami.

Będąc daleko od domu, trudniej podjąć decyzję o rozstaniu. Czy dam radę sama się utrzymać? Co powie rodzina? Na pewno będzie się zamartwiać, jak sobie poradzę. Nie chodzi tylko o wsparcie finansowe drugiej osoby, ale przede wszystkim o wsparcie emocjonalne.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

W domu zawsze była mama, której mogłam powiedzieć o wszystkim, w której ramię mogłam się wypłakać. Po ośmiu latach na emigracji człowiek staje się silniejszy, jak gdyby urosła mu druga skóra. Słyszy wewnętrzny głos, który mówi: jesteś silna, jesteś niezależna, dasz radę! Przypominają się rozmowy z bliskimi, porady i wartości, których rodzice uczyli przez wiele lat. Dawniej ich nie doceniałam, uważałam, że to ja mam zawsze rację, że to ja wiem najlepiej, co dla mnie dobre. Parę potyczek i jeden burzliwy związek później myślę, że nie poradziłabym sobie bez tych rad wpajanych mi od dzieciństwa. Kiedy tydzień po rozstaniu siedziałam godzinami w toalecie, rozpaczając, mama pocieszała mnie na Skypie. Ale to przyjaciółki były dla mnie największym wsparciem - zamiast oceniać moje wybory, po prostu mnie słuchały i były dostępne zawsze wtedy, gdy pojawiał się kryzys, a kryzysów było wiele.

Mimo że nie są to przyjaźnie, które pielęgnujemy od dzieciństwa, są to przyjaźnie równie prawdziwe i często bardzo głębokie. Są to przyjaźnie szczere i zawiązane bardzo świadomie. Okazuje się, że podchodząc do ludzi z otwartym sercem i czystymi intencjami, można znaleźć oddanych przyjaciół nawet daleko od domu.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.