Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kilka lat temu po raz pierwszy odwiedziłam Hiszpanię, w celach zupełnie wycieczkowych. Wracając do domu, obiecałam sobie, że wrócę tu na dłużej. Od pierwszych momentów poczułam się jak u siebie. Prawdziwe, lecz trzeba przyznać, trochę pozbawione podstaw to podejście, gdyż de facto nie potrafiłam nawiązać nawet prostej konwersacji z ludźmi mijającymi mnie na ulicy. W Walencji nie lada wyzwaniem było odnaleźć osoby ze znajomością języka angielskiego (pomijam oczywiście społeczność erasmusową). Chyba każdy, kto przeżył erasmusowy epizod, zgodzi się ze mną, że od czasu do czasu przechodzi przez głowę myśl: "Czy to wszystko naprawdę się zdarzyło?".

Nie mówimy w tym samym języku, lecz rozumiemy się doskonale.

Przyznaję: jak przyjechałam do Hiszpanii, potrafiłam się przedstawić i policzyć do dwudziestu (co i tak okazało się niezwykle przydatną umiejętnością). Z moimi skłonnościami do wielogodzinnych rozmów, dotyczących najróżniejszych dziedzin, często robiło mi się smutno, kiedy mając wiele do powiedzenia na określony temat, zwyczajnie nie wiedziałam, jak to zrobić - nic przyjemnego, nie polecam. Zapamiętałam jednak wietrzny dzień na walenckiej plaży, kiedy mój rozmówca nie potrafił sklecić zdania po angielsku, dokładnie jak ja w języku hiszpańskim, a podczas kilkugodzinnej konwersacji nie zapadła między nami cisza nawet na krótki moment. I to oczywiście bez żadnego całowania :) Obalam więc przy tej okazji tezę, że w komunikacji międzyludzkiej najważniejsze są umiejętności. Zdecydowanie potrzebny jest pewnego rodzaju "klik". Dużo łatwiej jest tłumaczyć swoje racje osobie, która nie jest odwrócona do ciebie plecami i chce cię zrozumieć, proste.

Tego roku Wigilia odbyła się w nieco innym stylu.

Pierwsza Wigilia w moim życiu spędzona poza domem, bez najbliższych mi osób. Była to moja zupełnie świadoma decyzja. Chciałam zobaczyć, sprawdzić i przekonać się, jak ten dzień wygląda tutaj. Grono przy wigilijnym stole było dość zróżnicowane - hiszpańsko-polsko-francuskie. Na stole znalazły się krewetki i francuski pasztet. Przed pójściem na kolację odbyłam "skajpową" konferencję z rodziną. Nawet nie przypuszczałam, że taki zwyczajny widok krzątających się po domu sióstr, mamy i Antonia prasującego koszulę będzie dla mnie tak ciężki. Łzy kapały jak grochy, wprost do sałatki, którą szykowałam na wieczór.

Zwykle święta były takie "normalne", jedynie w bardziej eleganckich strojach. Za tę normalność w tamtym momencie oddałabym dużo. Mimo wszystko nie żałuję, przeżyłam piękny czas w Walencji, z bardzo bliskimi mi osobami. Nigdy nie pomyślałabym, że ludzie mogą mieć tak otwarte, piękne serca. Nie pomyślałabym również nigdy, że takim zaufaniem zostanę przez nich obdarzona. Dopiero wtedy widzisz, że nie ma znaczenia, czy prezenty przynosi Mikołaj, czy wydala je uśmiechnięty pieniek (w Katalonii). Liczy się jedynie to, że masz blisko dobrych ludzi, którzy cię kochają i otaczają opieką. Cudowny wigilijny wieczór z blond kruszyną na kolanach i w naprawdę magicznej świątecznej atmosferze, którą zgotowała mi pewna piękna francusko-hiszpańska rodzina. Dziękuję.

W Walencji na zawsze zostawiłam kawał serca, stało się.

Bardzo ciężko było mi wyjeżdżać. Powiem prosto: chciałam zostać. Cudownie było zobaczyć rodzinę i wszystkie bliskie mi osoby po tak długiej rozłące. Coś jednak ciągnęło mnie z powrotem. I prędzej, niż nawet przypuszczałam, wróciłam na hiszpańskie ziemie. Tym razem padło na Barcelonę. Nie był to mój debiut w stolicy Katalonii, dlatego bez większego zawahania zdecydowałam się tu przenieść, gdy pojawiła się taka możliwość. Wiedziałam, na co się piszę. Oczywiście miejsce bardziej turystyczne i zatłoczone, lecz tym samym pełne wszystkiego. Wszystkiego, co lubię... Pełne kultury, sztuki, dobrej muzyki, mieszanki narodowościowej i osobowościowej, ludzi, którzy mają chęć działać i zmieniać swoje otoczenie na lepsze. Wszystko to oczywiście pod palmą i w przeciwsłonecznych okularach.. Chyba nie potrzeba już więcej tłumaczyć.

Barcelona do tej pory nie przestanie zadziwiać mnie różnorodnością.

Dzięki pobytowi tutaj rozwinęłam sieć swoich znajomości, przyjaźni, zahaczając o każdy kontynent. Świat stał się mniejszy, a życie chyba trochę prostsze. Widząc, jak różne ludzie obrali w swoim życiu kierunki, stwierdzasz, że nie ma jednej odpowiedniej drogi, jednego rozwiązania. Nabierasz dystansu. Nie chcę powiedzieć, że stajesz się mniej obowiązkowy. Mam na myśli jedynie, że wagę przywiązujesz do spraw dla ciebie priorytetowch, a fakt, że musisz poczekać 15 minut na ławce, bo twój znajomy się spóźnia, nie jest problemem. I nawet jeżeli czas opóźnienia wydłuża się do minut 30, nadal z uśmiechem witasz kolegę. Co zmieniłby stres dodany do owej sytuacji? No właśnie!

Dostrzegam tyle nadzwyczajności w zwyczajnych momentach.

Mijam te same uliczki, ta sama pani uśmiecha się zza sklepowej lady, ten sam pan zamiata ulice. Jadę sobie rowerem, wiatr robi jeszcze większe zamieszanie na mojej głowie, a w środku ogrzewa mnie myśl, że to, cholera, chyba jednak jest miejsce dla mnie, tak daleko od tego, w którym przyszło mi spędzić większą część mojego życia, a jednak moje.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Potem przychodzi totalnie zwyczajny wieczór na tarasie, w otoczeniu ludzi, z którymi trochę już tu przeżyliśmy, wspólne dni, wieczory, imprezy, wyjazdy, kolacje. Ale najlepsze jest to ciepłe, otulające w środku uczucie, które dopada cię wtedy, kiedy nawet nie robisz nic nadzwyczajnego... Jest naturalnie, bezproblemowo, zwyczajnie, miło. I myślę sobie wtedy, że naprawdę miałam kupę szczęścia, że trafiłam na tych ludzi, że to oni sprawiają, że Barcelona jest taka super. OK, Senior Domingo (królik jednej z moich koleżanek) dopełnił atmosferę, liżąc moje palce u stóp.

W całym tłumie, dziesiątkach, setkach poznanych tu osób nauczyłam się odróżniać i (jakkolwiek dziwnie to zabrzmi) wartościować poszczególne znajomości. Wiele razy usłyszałam, że jestem komuś bliska, jestem przyjaciółką, jestem ważna, wręcz niezbędna do życia. Czasem zdania takie wypowiadane były po dwóch dniach, a pod wpływem alkoholu nawet po dwóch godzinach znajomości. Tutaj nie jest to nic nadzwyczajnego. Ale teraz wiem lepiej, jak dostrzegać takie rzeczy. Uczę się nie tracić czasu na tych, którzy jedynie są z tobą, kiedy jest fajnie, kiedy jest słońce, muzyka i vermut. Doceniam tych, którzy po jedynym zdaniu: "jakoś tak mi smutno", w ciągu kilkunastu minut stają u progu twoich drzwi, w rękach trzymając żelki, gorącą czekoladę i piwo (bo istniało duże prawdopodobieństwo, że będę miała ochotę na wszystko naraz). Takie rzeczy po prosu się czuje, wcale nie trzeba o tym gadać.

Nie spędzam każdego dnia na plaży , wbrew temu, jak wydaje się wielu moim polskim znajomym. Dużo pracuję, chodzę po zakupy i jak wszyscy inni ludzie w Polsce czasem muszę też posprzątać. Jasne, żyje się innym rytmem, to oczywiste, ale trzeba żyć jak zawsze.

Naprawdę nie wszystko jest zawsze takie świecące , mimo że wymieniłam długą listę powodów, za które kocham to miejsce. Są rzeczy, których nie chcę akceptować i tego nie zrobię. Po pewnym czasie, kiedy mogłam się przyjrzeć dogłębnie specyfice życia tutaj, zaczęła wkurzać mnie jedna rzecz: że wszystko tu wolno, i mówię to jako osoba, która na życie, państwo i politykę patrzy z lewej perspektywy. Ludzie każdą swoją słabość tłumaczą tutaj faktem, iż żyją w wolnym kraju i tak naprawdę "przecież nic się takiego nie stało". Gówno prawda! W sklepach się kupuje, nie kradnie, kocha się swoje kobiety, a nie ich koleżanki jednej czy drugiej nocy, i nie planuje się przyszłości z osobą, którą ma się zamiar następnego dnia zostawić. Proste. Takich i jeszcze bardziej ekstremalnych przykładów mogłabym wymienić długą listę. Kiedyś nawet pojawił się pomysł, żeby spisać perypetie miłosne kobiet "na barcelońskim wygnaniu". Myślę, ze każda z moich koleżanek mogłaby dodać ciekawy rozdział, na przykład "O hiszpańskiej, maminej spódnicy" , "101 wewnętrznych dylematów José", "Po co biegać, skoro nikt cię nie goni?", "Mam w sobie tyle miłości, że jedna kobieta nie jest w stanie tego udźwignąć".

Dla jasności, nie winię ludzi za to, jacy są (no OK, może niektórych). Nawet powiedziałabym, że należą im się podziękowania. Dzięki pewnym osobom, które przyszło mi spotkać na swojej drodze, uświadomiłam sobie, jak ważne jest bronić swoich racji i przekonań, jak ważne jest zachować to, co wynieśliśmy z domu. Jasne, należy mieć otwartą głowę, serce na świat i ludzi, ale przez własne sito za każdym razem trzeba przesiać to, czego próbują cię "nauczyć" (czytaj: "narzucić").

Przypuszczam, że każdy mieszkający za granicą człowiek przyzna mi rację, iż początki życia "na wygnaniu" mają to do siebie, że w pierwszej chwili wszyscy są super, nawet gdy w rzeczywistości nie są. Z czasem podejście do nowo poznanych osób zostaje opatrzone zdrową dawką dystansu, a sposób dobierania przyjaciół, znajomych czy towarzystwa do wypicia jednej czy drugiej cervezy - bardziej selektywny. Kiedyś powiedziałabym: "żałuję że cię poznałam, że straciłam na ciebie czas". Dzisiaj powiem: "dzięki, cieszę się, że nigdy nie będę taka jak ty". Oczywiście podczas mojego tutaj bytowania w moim życiu i we mnie wiele się zmieniło. Proces ten nazywamy chyba dorastaniem czy rozwojem, jak kto lubi. Żyjąc w Polsce czy poza jej granicami, będzie on postępował. Zmieni się oczywiście jego natężenie oraz czynniki, jakie będą na niego oddziaływać. Trochę potrwało, zanim to sobie uświadomiłam, ale najważniejsze, że teraz już wiem.

Barcelona jest miastem, które wciąga.

Łączy nas specyficzna i trudna relacja, bo nawet jeśli czasem życie tutaj doświadcza mnie przykro, nie umiem jej zostawić... Mimo iż zdarzają się momenty, że chcę to wszystko rzucić, pęka mi serce na myśl o rozstaniu. Lecąc do Polski na którąś z rodzinnych uroczystości, poznałam kobietę, która na hiszpańskich ziemiach mieszka już ponad 15 lat. Zapytałam ją: "kiedy uświadomiłaś sobie, gdzie chcesz żyć?". Ona uśmiechnęła się, zaraz potem wbiła wzrok w szybę samolotu i odparła: "ja nadal tego nie wiem...".

To tak chyba właśnie zostanie, że już zawsze będę trochę "podzielona". O tyle mogę uważać się za szczęściarę, że oba miejsca uważam za swoje. Każe z nich uwielbiam, inaczej, to prawda, ale z całych sił. Nie wiem, gdzie wyląduję za jakiś czas. Przyzwyczaiłam się, że nie warto snuć dalekosiężnych planów. Ważne jest tu i teraz. Teraz jestem szczęśliwa tutaj, więc chcę być tam, gdzie jestem szczęśliwa. A jutro? Zobaczymy. Wszyscy mówili mi zawsze: "całe życie jeszcze przed tobą", ale ja chcę mieć je teraz!

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.