Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Rozstania dla mnie zwykle wiążą się z wyjazdem. Zakończenie związku to nieodparta pokusa, by zostawić za sobą to życie, miasto przesiąknięte wspomnieniami tej osoby, by wyruszyć ku nowemu, ku nieznanemu, które pochłonie całą uwagę, zajmie myśli, odciągnie od powracania, analizowania przeszłości.

Zaplanowałam więc krótki wyjazd. Chciałam nabrać dystansu, na chwilę odetchnąć, zająć serce czymś innym, odurzyć się nowymi doświadczeniami. Przekonać siebie, że niektóre związki nie mają racji bytu, że nie powinno się zbyt wiele wybaczać, gdyż nieraz dwoje ludzi darzy się nawzajem uczuciem, a jednak nie potrafią być razem. Tak było w naszym przypadku. Ja i K. byliśmy dobrymi przyjaciółmi, lecz zbyt różnymi od siebie, by budować wspólną rzeczywistość. Nie przestawaliśmy się ranić.

Podjęłam szybką decyzję: "Jadę na Filipiny. Sama". Od dawna marzyłam, by odnaleźć w górach Kalinga, plemię Łowców Głów, i poprosić o tatuaż słynną 90-letnią Fang Od. Ból oczyszcza. Jest to mój sposób na naznaczenie kolejnego etapu w życiu. To Fang Od wybrała wzór mojego tatuażu. Paproć - kojarząca mi się z Nową Zelandią - w jej plemieniu to święta roślina i symbol płodności, rodziny. Życie jest pełne niespodzianek - podczas tej podróży dane mi było się zakochać. Wszystko stało się bardzo szybko. Samolot powrotny uciekł, postanowiłam zostać w Azji. Ja i James (Nowa Zelandia) podróżowaliśmy razem, by potem osiąść na indonezyjskiej wyspie, z dala od wszystkiego, co znam.

Polki bez granic włączyły się w naszą akcję #JakZyc i nadesłały listy opisujące międzynarodowe rozstania. Jak wygląda zerwanie na obczyźnie? Czy zakończenie związku jest trudniejsze, kiedy mieszka się poza granicami kraju? A może jest łatwiej? Dziękujemy za wszystkie nadesłane odpowiedzi i zachęcamy do wysyłania listów o waszych emigracyjnych perypetiach. Nasz adres: polkibezgranic@agora.pl

Na Gili Meno jest nasz dom, tutaj życie płynie powoli. Tego dnia (jak co dzień) jechałam małym rowerkiem do sklepu po jajka, gdy nagle usłyszałam, że ktoś woła moje imię. Odwróciłam się. Zobaczyłam K., który stał przede mną cały zapłakany, wycieńczony podróżą, roztrzęsiony. Przeleciał pół świata, żeby porozmawiać...

Myślę sobie, że kiedyś ludzie mieszkali całe życie w jednym miejscu, chłopak, by porozmawiać, pukał w okienko dziewczyny z tej samej wioski. A dziś? Dziś można uciec na koniec świata, by zacząć od nowa, można też jechać za kimś na inny kontynent, by się jeszcze raz zobaczyć i pożegnać.

K. nie wiedział, gdzie mieszkam. Chodził po wyspie z moim zdjęciem i wypytywał. Na Gili Meno odnalezienie się nie było trudne. Nie zapomnę tego momentu, tego spotkania: to chyba ostatnia osoba, którą spodziewałam się zobaczyć. Nikt nigdy tak mnie nie wzruszył. Jednak dziś nie mamy ze sobą kontaktu - tak jest zdrowiej. Zablokowani w sieci nie zaglądamy w swoje życie.

Drogi Przyjacielu, mam nadzieję, że masz się dobrze. Wiem, że też wyjechałeś do innego kraju, innego miasta, na spotkanie innego siebie.

Powodzenia!

Ściskam gorąco z mojego świata.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.