Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Emigracja nauczyła mnie wybaczać i doceniać. Praca i życie w tak kosmopolitycznym mieście jak Bruksela pozwoliły mi zrozumieć zachowania innych ludzi - patrzę na nie przez pryzmat indywidualnych doświadczeń życiowych. Gdyby nie wyjazd, nie miałabym pewnie o tym pojęcia.

Zrozumiałam, że warto postawić się w sytuacji drugiej osoby, spojrzeć na świat z czyjegoś punktu widzenia. Dziś wiem, że życie jest zbyt krótkie, żeby otaczać się nienawiścią i złością. Dobrze jest wyjść naprzeciw światu z życzliwością.

W Belgii nie da się żyć bez tolerancji. Nietolerancyjni nie znajdą szczęścia w tym wielokulturowym kraju.

Słyszałam wielokrotnie, że w Brukseli nie ma podziału na gorszych i lepszych, że wszyscy są równi. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że to prawda.

Podróżując po świecie, widziałam dyskryminację, złe spojrzenia kierowane w stronę "obcych". A w Brukseli nic i nikt nikogo nie dziwi. Tutaj ważna jest wzajemna akceptacja.

To, co w Polsce byłoby uznane za absurd, tu jest codziennością. Jeśli hydraulik kończy pracę w piątek o 16, to o 14 powie, że nie jest w stanie pomóc. Nieważne, że nadciąga długi weekend, że jest zima, a ty zostaniesz bez ciepłej wody. Pan już skończył pracę, a ty jesteś na lodzie (albo z lodem). Poczta jest czynna do 17, ale o 16.45 już nie wejdziesz. Ludzie muszą się w końcu przygotować do wyjścia z pracy.

Mimo wszystko emigracja nie jest łatwa. Nawet jeśli pracujesz na wysokim stanowisku. Niesie ze sobą mnóstwo wyrzeczeń i poświęceń.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Ale emigracja to też doświadczenia i przeżycia, których nie zaznasz w swoim kraju.

Oczy i umysł otwierają się na to, co inne: życie, ludzi, kultury. Albo cię to zmęczy i wrócisz, albo zaakceptujesz i zostaniesz.

Mimo że od granicy z Polską dzieli cię tylko 1000 kilometrów, nie zawsze możesz przyjechać. Ominą cię urodziny, chrzciny, pogrzeby, radość i smutek bliskich. Sam musisz się zmierzyć z własnymi emocjami. I tymi pozytywnymi, i tymi negatywnymi. Nikt nie przytuli cię przez Skype'a, nikt nie uściśnie twojej dłoni, żeby pogratulować. Chociaż może za kilka lat doczekamy się teleportów...

Na emigracji miałam okazję się przekonać, ile radości i uśmiechu niosą ze sobą małe rzeczy. Wielokrotnie widziałam, jak wielkie znaczenie ma respekt do innych ludzi, ilu problemów dałoby się uniknąć, gdybyśmy się wszyscy szanowali.

Można czytać o tym książki, felietony, uczęszczać na szkolenia, ale kiedy doświadczasz szacunku tak naprawdę, zaczynasz patrzeć na życie inaczej.

Za granicą doceniasz również Polskę. Zamiast narzekać, zaczynasz chwalić i dostrzegać jej plusy. Nauczyłam się piec i gotować polskie dania, by choć przez chwilę poczuć domowe zapachy. Nigdy wcześniej nie przyszłoby mi do głowy, by upiec chleb czy zrobić gołąbki. Niemożliwe stało się możliwym.

Wyjazd nauczył mnie, że szczęście zależy tylko ode mnie. Bo można albo cieszyć się z każdego dnia, albo zadręczać błahostkami. Bruksela pokazała mi, że warto wybrać pierwszą opcję.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.