Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Zaczęło się od wyjazdu pod Amsterdam. Po trzech miesiącach wróciłam, ale życie na obczyźnie zostało już zaszczepione w mojej głowie. Zobaczyłam, że można pracować lżej za więcej. Że to nie przestępstwo być godnie wynagradzanym za swoje umiejętności...

I ci ludzie! Holendrzy są przemili, machają na ulicy do obcych, uśmiechają się. W Polsce za uśmiech do obcej osoby na ulicy można oberwać: "Masz jakiś problem? Ze mnie się podśmiewasz?!".

Nigdy nie zapomnę, jak stojąc przed przejściem dla pieszych na czerwonym świetle, zostałam zagadana przez Holenderkę w średnim wieku. Chciała po prostu ze mną porozmawiać, bo po co marnować te dwie minuty oczekiwania na zielone światło?

A później wróciłam do szarej Polski... Przez kolejne kilka lat miotałam się w tej swojej ojczyźnie, często klnąc, że wypruwam sobie żyły za przysłowiową miskę ryżu.

Pracowałam na stanowisku menedżerskim w restauracji jakich wiele. Pamiętam ogrom obowiązków, odpowiedzialność za wszystko i wieczne niezadowolenie przełożonych, choćbyśmy wraz z innymi menedżerami stawali na rzęsach, by im dogodzić.

Mieszkałam z chłopakiem w wynajmowanym mieszkaniu, na które wydawaliśmy całą jedną wypłatę. A jeszcze rachunki, bilety miesięczne, telefony, internet. Kupowaliśmy najtańsze jedzenie.

Z miesiąca na miesiąc coraz brutalniej docierało do nas, że nic tam po nas. Że nie osiągniemy niczego, bo ciężko nam odłożyć choćby kilkaset złotych na krótkie wakacje. Już w sierpniu planowałam zakup butów zimowych. Żeby zdążyć zaoszczędzić.

O kredycie na mieszkanie mogliśmy pomarzyć, choć co miesiąc ładowaliśmy tysiąc złotych odstępnego do kieszeni właścicielki naszego mieszkania - rata pewnie nie byłaby wyższa.

Kiedy wypadł jakiś wyższy rachunek lub trzeba było kupić lekarstwa, zbawienny okazywał się limit debetowy na koncie. Po pewnym czasie debet był co miesiąc.

W końcu postanowiliśmy wyjechać do Anglii.

Pracę znaleźliśmy po tygodniu, razem w tym samym miejscu. Wynajęliśmy pokój u Polaka, którego zostawiła żona, zamieszkaliśmy w pokoju jego córki ze ścianą w myszki Miki i Minnie. Niestety wkrótce okazało się, że nasz landlord lubi sobie wypić, a żeby mieć za co, sam zamieszkał w salonie, a drugą sypialnię wynajął dwóm chłopakom, którzy pracowali przez kilka dni, żeby mieć na narkotyki.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Po dwóch miesiącach wiecznej imprezy za ścianą przeprowadziliśmy się do pary z dwójką dzieci. Tam mieszkaliśmy przez pół roku i wspominamy to dobrze. Nie wchodziliśmy sobie nawzajem w drogę. W końcu wynajęliśmy dom. Cały dla nas.

Pracujemy lekko, nikt nas nie pogania, nie wykorzystuje nas, nie zmusza do nadgodzin. Większe "obozy pracy" (jak nazywają niektórzy firmy w Anglii, w których pracują imigranci) spotykałam w Polsce.

Ile razy z trudem powstrzymywałam się przed powiedzeniem szefowej kilku słów prawdy, nie mając innej perspektywy, niż dalej dawać się wykorzystywać. Ile razy spotykałam na swojej drodze kobiety o postawie "daję ci 5 złotych na godzinę, więc całuj mnie po stopach, a jak nie, to na twoje miejsce mam 10 innych"...

Teraz mam szefa Brytyjczyka, który mnie szanuje i docenia. Oboje z mężem pracujemy trzy dni w tygodniu, a pozostałe cztery spędzamy po prostu ze sobą. Mamy dla siebie mnóstwo czasu i chętnie go wykorzystujemy.

Jesteśmy zadowoleni ze służby zdrowia, z zarobków, z ilości wolnego czasu. W Polsce pracowałam (czy raczej zapieprzałam) nieraz po 200 godzin miesięcznie. Tutaj - 140.

Częste narzekanie zastąpił uśmiech. Patrzenie w przyszłość ze strachem - nadzieja, a w niektórych kwestiach wręcz pewność.

Ciągle jednak spotykam na swojej drodze rodaków, którzy nie wyzbyli się swojego narzekania. Którym niezmiennie źle i niedobrze. Którym wiecznie mało. Spędzają wolne dni w drugiej pracy lub na nadgodzinach, narzekają, że są zmęczeni, że im źle. Ja swój wolny czas przeznaczam na siebie i swoich bliskich. Pieniądze to nie wszystko...

Z dwóch, niewiele wyższych od minimalnej stawki wypłat jesteśmy w stanie spokojnie przeżyć i odłożyć na kolejny wyjazd czy na wkład własny do hipoteki.

Tak. Jesteśmy w Anglii półtora roku. Zorganizowaliśmy sobie ślub, pierwszy raz w ciągu czteroletniego związku pojechaliśmy na wakacje. Kupiliśmy samochód. Dostaliśmy stałe kontrakty w pracy - cały czas tej samej - i zaczęliśmy odkładać na wkład własny do kredytu na dom. Mamy niewielkie grono znajomych, które w zupełności nam wystarcza. Mamy siebie.

W końcu stać mnie na to, żeby kupić sobie kilka książek bez zastanawiania się, czy wystarczy mi na chleb pod koniec miesiąca. W końcu po latach zapieprzania - pracuję. Po latach oglądania każdej złotówki po kilka razy - mogę i pożyć, i odłożyć.

Nie gonię za pieniądzem. Nie mam ciśnienia, żeby kupić dom w ciągu pół roku, nie mając w tygodniu dnia wolnego i jedząc w kółko chleb z pasztetem. Mogę odkładać na ten dom dwa lata, w międzyczasie podróżując i smakując życie. Nie marnując go.

Jest mi dobrze. Nie tęsknię za Polską.

Przyjaciele już nawet nie pytają, czy wrócimy. Coraz częściej za to pytają, czy im też może się udać, jeśli wyjadą. Odpowiadam z niemal stuprocentową pewnością: uda się. Nie ma czego się bać.

Tak naprawdę jedynymi ludźmi, którzy za granicą mogą zrobić ci krzywdę, są Polacy. A tego i tak doświadczasz na co dzień w Polsce.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.