Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

"Emigracja" - w Polsce to słowo brzmi źle. Do głowy przychodzi: "skazani na emigrację", "emigracja zarobkowa". A emigracja wcale nie musi być przymusowa ani smutna. Na przykład ja cieszę się życiem, które mam.

Nic nie zapowiadało, że będę żyłą za granicą. Kończyłam trzeci rok studiów dziennikarskich, pracowałam na etacie w cukierni za najniższą krajową, dorabiałam, ucząc ludzi jazdy konnej i opiekując się końmi. I cały czas czułam, jakby czegoś mi brakowało. Rodzina nie widziała problemu, miałam przecież ten wymarzony przez nich etat, miałam ZUS.

Znałam świetnie język angielski, miałam zagranicznych przyjaciół, którzy dużo podróżowali, chwalili się swoimi zdjęciami z pięknych miejsc. Też tak chciałam, ale brakowało mi odwagi, wiary w siebie. W końcu straciłam pracę i był to dla mnie sygnał do zmian. W ciągu tygodnia znalazłam pierwszą zagraniczną posadę.

Chciałam połączyć swoje pasje - podróżowanie i konie. Zostałam show groomem w Danii. Moim zadaniem była całościowa opieka nad końmi jednego z najlepszych młodych zawodników duńskich. W ten sposób zwiedziłam sporą część Europy: Norwegia, Dania, kraje Beneluksu, Włochy.

Wraz z niezłym zarobkiem, szybko przyszły pierwsze doświadczenia w podróżowaniu. Później jeszcze dwa razy wyjeżdżałam do Niemiec. Najpierw na północ, później do Bawarii.

W pewnym momencie zdarzył mi się wypadek i musiałam zrezygnować z pracy. Trudno zajmować się końmi z połamanymi palcami.

Wróciłam do kraju. Nie mogłam się tu odnaleźć. Nikt nie uśmiechał się na chodniku, brakowało mi międzynarodowego towarzystwa i fajnej atmosfery w pracy.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Zrządzeniem losu wpadłam na mieście na koleżanki. Jedna z nich była przewodnikiem wycieczek w Turcji. Zaproponowała mi pracę. To był ten drugi znak od losu. Zaczęłam czytać o Turcji, uczyć się nowego zawodu. Ale nic nie przygotowało mnie na to, co zastałam już na miejscu. Zaciekawienie przerodziło się w fasynację i pasję. Znalazłam swoje miejsce na ziemi. Pokochałam nową pracę i czuję się szczęśliwa. Yabanci (komuś spoza Turcji, obcemu) trudno się tu osiedlić i dostać pracę. Jednak w głębi duszy liczę, że uda mi się zostać na stałe.

Niestety, każda decyzja ma swoje konsekwencje. Z powodu moich życiowych wyborów odsunęło się ode mnie kilku znajomych. W końcu jestem "wielbicielką Arabusów", cokolwiek to znaczy. Taka typowa polska ksenofobia, a przecież Turcy to nawet nie Arabowie! Ludzka ignorancja i wrogość bez podstaw spotykała mnie wielokrotnie. W Polsce często, gdy tylko powiedziałam, co robię i gdzie pracuję.

Uwielbiam Turcję, ale nie jestem ślepa na jej wady. Abstrakcyjną biurokrację, ogromną barierę językową (poza kurortami mało kto mówi tam po angielsku), czasem ciężkie do akceptacji z mojego punktu widzenia zwyczaje.

Czy wrócę kiedyś do kraju na stałe? Możliwe. Jednak na pewno nie teraz. Za bardzo lubię to swoje życie na emigracji. Wolność, jaką dają podróże, i możliwość spełniania się w swojej pasji. Trochę też jestem zła na siebie, że pozwoliłam sobie tak długo odkładać spełnianie marzeń.

Dlatego apeluję do wszystkich Czytelniczek: nie bójcie się i podążajcie za marzeniami. Może zabrzmi to trywialnie, ale życie na prawdę jest za krótkie, by zastanawiać się nad realizacją marzeń!

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.