Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Najpierw była Finlandia. Mój pierwszy dom na obczyźnie. Chciałam tam zamieszkać na stałe. Już wiedziałam, gdzie kupić mieszkanie. Urządzałam je w myślach. Życie bywa jednak przewrotne - nagle znalazłam się w Szwajcarii.

Pokochałam Berno, chłonęłam je całą sobą. Moją wielką pasją są góry, a Alpy były na wyciągnięcie ręki. Czy można wyobrazić sobie coś lepszego? Wtedy nie mogłam.

Jednak znów los spłatał mi figla i znalazłam się w Hanowerze. W Niemczech było równie dobrze jak wcześniej.

Cóż, historia mogłaby potoczyć się dalej gładko. Mogłam zostać w porządnej pracy i robić karierę. Ale dało o sobie znać coś, co znaczyło dla mnie więcej. Chciałam zwiedzić cały świat: spakować swój dobytek do plecaka, pójść w nieznane bez planu i korzystać z tego, co przyniesie życie. Podróżować, pracować, gdzie popadnie. Chciałam ŻYĆ.

Postanowiłam to zrobić. Tu i teraz. To nie był czas na stabilizację, nie czas, by zostać w Niemczech. Błyskawicznie zmieniłam plany i zrezygnowałam ze spokojnej, pewnej perspektywy.

Po kilku tygodniach byłam już na drugim końcu świata w Tajlandii. W Sangkhlaburi, maleńkiej miejscowości, o której nikt nie ma pojęcia. Niedaleko do granicy z Birmą, daleko do cywilizacji. Stałam się częścią lokalnej społeczności. Zajadałam się tajskimi przysmakami, kąpałam w ubraniu w jeziorze, po podstawowe produkty typu ser musiałam jechać 220 km.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Cieszyłam się deszczem i słońcem. Żyłam z dnia na dzień. Czasem bywało ciężko. Jednak to właśnie w sercu tajskiej dżungli zrozumiałam, że moja decyzja była słuszna.

Po wyprowadzce z Sangkhlaburi dałam sobie czas na pożegnanie z Tajlandią. Zwiedziłam ją od południa do północy, w większości na skuterze. W każdym kolejnym miejscu odkrywałam ją od nowa i byłam coraz bardziej zachwycona.

Zamieszkałam w Wietnamie, w Ho Chi Minh City. Zatem z miejscowości, gdzie każdy każdego znał, przeniosłam się do metropolii. Azjatycka egzotyka miesza się tu z nowoczesnością Zachodu. Żyje się intensywne.

Gdy po zmroku spoglądam na miasto z wieżowca, mam wrażenie, że noc tak naprawdę nigdy nie zapada. Szalony ruch drogowy nie uspokaja się ani na moment, światła miasta nie gasną.

Czasem słyszę pytanie: "Kiedy wrócisz do normalnego świata?". Nie mogę wrócić do normalnego świata. Bo w nim żyję. Azja jest teraz moim domem, Sajgon moją przystanią. Nie na zawsze, bo kiedyś znowu przyjdzie czas...

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.