Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Mój partner i ja mieliśmy poukładane życie. Wynajmowaliśmy skromne mieszkanko. On całkiem nieźle zarabiał, ale mieliśmy apetyt na więcej, na lepszy standard życia. Zostawiliśmy w Polsce absurdy. Mieliśmy dosyć tego, że żywność za droga, że praca na czarno bardziej się opłaca, że na przyjemności nie ma funduszy, że mieszkanie zimne mimo kosztownego ogrzewania.

Jednym słowem: wszystko to, z czym codziennie przeciętny Polak walczy, bo musi. Otóż ja nie chciałam "musieć". Zaraz po studiach filologicznych zaczęłam szukać zajęcia. Niestety, rynek pracy nie miał dla mnie dobrych wiadomości.

Ja, osoba zdrowa i zdolna do pracy, ambitna, utalentowana, miałam pracować za minimalne wynagrodzenie. Najlepiej, żebym zgodziła się na przekręty w umowie, dzięki którym pracodawca będzie mógł za mnie płacić mniejsze składki.

Byłam o krok podjęcia takiej pracy. Na szczęście, dzięki radom znajomych, poszłam po rozum do głowy. Nie skorzystałam z oferty.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Mieszkając w Polsce, dzień w dzień czułam dyskomfort - jakbym była oszukiwana przez własną ojczyznę. Zdawało mi się, że wszyscy wokół próbują mnie wykorzystać i wydrzeć ze mnie każdy grosz. Mówię o sprzedawcach w sklepie, lekarzach, policjantach. W moich oczach każdy był złodziejem, a ja - ofiarą. Komfort materialny był dla mnie istotny. Wybierając się do Niemiec, cel był oczywisty: oboje będziemy pracować i zarabiać na tyle dobrze, by w niedalekiej przyszłości móc pochwalić się, że mamy coś swojego.

Po pół roku w Niemczech nasz komfort życiowy spadł o ponad połowę. Pierwszy raz poznałam, co oznacza ciężka praca.

Musiałam z niej zrezygnować ze względu na pogarszający się stan zdrowia. Dziś już wiem, że żadne pieniądze nie były tego warte.

Przeżyliśmy wszystkie stany emocjonalne emigranta: od ekscytacji do rozczarowania. Kontakty z krajem urwały się. Znajomi nie chcą się z nami komunikować, bo czują, że niebawem wrócimy.

Za granicą bardziej czujemy zapach świeżych, polskich warzyw, a smak ogórków kiszonych wydaje się intensywniejszy.

To coś więcej niż tęsknota. To pielęgnowanie wspomnień o Polsce.

Czar prysł. Światła zgasły. Kraj, w którym próbujemy się zadomowić, okazał się atrapą idylli. Ludzie, język, otoczenie przestają się podobać. Nie odnalazłam tu tego, czego szukałam.

Gdzie jest absurd? Czuję, że osiągnęłam sukces, wyjeżdżając z Polski. Ta lekcja była mi niezbędna do ukształtowania osobowości, sprawdzenia siebie. Do jakich granic mogę się posunąć, żeby osiągnąć swój cel?

Czy chcę wrócić? Tak. Ale na własnych warunkach.

Chcę, by Polska dała mi to, na co zasługuję. Albo chociaż oddała to, co mi zabrała - pewność siebie i poczucie bezpieczeństwa.

Na razie jesteśmy jeszcze w Niemczech, ale oczy kierujemy ku Polsce.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.