Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Oto ja: żona, matka, Polka mieszkająca w Anglii, która lubi kraj, w którym żyje. Nie będę za to przepraszać. Od zawsze chciałam mieszkać w Anglii. Nie, nie w Londynie. Gdzieś w miłym miasteczku, w otoczeniu rodziny i przyjaciół. Tak teraz jest.

Nie rozpaczałam, kiedy mąż zakończył karierę sportową i postanowił wyjechać do Anglii. Kiedy przyszła kolej na mnie, co rusz słyszałam, że to "przemoczony kraj, otoczony wieczną mgłą, zamieszkiwany przez uśmiechniętych hipokrytów, którzy tylko czekają, żeby wyśmiać biednego Polaczka". A ja byłam wniebowzięta.

Jednak zamiast rzucić w cholerę studia magisterskie i - wraz z rocznym dzieckiem - wlec się za mężczyzną swojego życia, postanowiłam poczekać. Nie zrozumcie mnie źle, jesteśmy kochającą się rodziną, ale miałam swoje plany.

Z córeczką czekałyśmy dwa lata. Co kilka miesięcy wizyty. On tu, ja tam, razem gdzieś. Studia, praca, dziecko. Znajomi życzliwie mówili, że to urocze, że wierzę, że facet za granicą nie zdradza. Cholernie pocieszające. Mieli więcej rad. Jak to powinnam zaraz po przyjeździe zajść w drugą ciążę, korzystać z socjalu, ile wlezie.

Na szczęście jestem uparta, a rodzina dawała mi pełne wsparcie. Jako pani magister spakowałam walizki i w końcu wyjechałam. Do nowego domu.

Nie, nie byłam jedną z tych kobiet, które z tobołkami i dzieckiem pod pachą spały pokotem u znajomych. Nie, nie gnieździłam się w pokojach z obcymi ludźmi. Nie harowałam po nocach, nie składałam wniosków o zasiłki, nie płakałam, że chcę do Polski.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Było mi dobrze. Przyjechałam do ładnego, wynajmowanego mieszkania. Kolejne grzechy? Ambicja. Praca w biurze. Dziecko ma nianię. Jak tak można? Co ja sobie wyobrażam? Na domiar złego zdobyłam prawo jazdy, zmieniłam pracę na lepszą, kupiłam drugi samochód, a moja córka jest szczęśliwa.

Teraz powinno nastąpić nostalgiczne wyznanie, jak to zrozumiałam, że kocham Polskę, tęsknię za ojczyzną, że odkryłam w sobie patriotyzm. Rozczaruję was. Tęsknoty jak nie było, tak myślę, że już nie będzie. Polscy znajomi owszem są, ale to raczej wąskie grono przyjaciół.

Czy to wszystko czyni mnie zdrajczynią? Czy zasługuję na potępienie? Niektórzy twierdzą, że tak. Przecież powinnam narzekać, odkładać pieniądze na dom w Polsce, krzyczeć na polityków i za polityków.

Tylko po co? Lubię Anglię. Lubię tu mieszkać. Lubię to, że ludzie mówią "przepraszam" i "dziękuję". Lubię to, że nieznajomi uśmiechają się do siebie na ulicy, rzucając sympatyczne "hello". Lubię zieleń. Lubię to, że zimą nie zamarza mi tyłek, a latem nie topię się z gorąca. Lubię angielskie poczucie humoru. Lubię to, że moi angielscy pracodawcy szanują mnie i moją rodzinę.

Oczywiście, nie zawsze jest kolorowo. Nigdzie nie jest. Ale doceniam to, co mam. Podjęłam ryzyko wyjazdu i jestem zadowolona. Jakbym nie była, to wróciłabym. Żyję tak, jak chcę. Nie wiem, dlaczego jestem za to potępiana. Każdy ma przecież prawo wyboru. Jeśli nie lubisz tego, co robisz, jeśli nie podoba ci się, gdzie żyjesz, po prostu wyjedź. Mi nic do tego.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.