Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Nie wyjechałam za chlebem, oficjalnym powodem było stypendium naukowe na Uniwersytecie Katolickim w Leuven. Kierunek - politologia. Jednak w rzeczywistości wyjechałam za wolnością.

To była ucieczka poza kontekst, w którym zostałam wychowana, pozwolenie sobie na ''bycie od początku''. Wyobraź sobie, że pewnego dnia uderza cię pewna myśl: prawdopodobnie wszystko, co wiesz i wszystko, co o sobie myślisz, nie jest prawdą.

Duchy w duszy

Gdyby w człowieku mogły mieszkać duchy, to miałabym ich w sobie kilka. Oprócz analitycznego umysłu, potrzeba fizycznej ekspresji. Jeszcze w Polsce, w trakcie studiów politologicznych, zrobiłam certyfikat instruktorki sportu. Przestrzeń w Belgii (brak społecznych oczekiwań, presji na bycie ''normalnym'' ) otworzyła we mnie coś jednak zupełnie nowego.

Właściciel klubu sportowego, w którym prowadziłam zajęcia fitness, zapytał mnie, czy nie zechciałabym poprowadzić zajęć tanecznych. Według reguły ''nie ma granicy, dopóki jej nie dotknę'' - zgodziłam się, mimo że nie miałam w tej dziedzinie doświadczenia. Układanie choreografii i nauka tańca przyszły mi naturalnie, wylały się ze mnie, były sposobem komunikacji.

Dziś, 7 lat i ponad 1000 układów tanecznych później, w lustrze widzę dyrektorkę marki fitnessowo-tanecznej. Pomysł się rozwija, trafiliśmy na okładki największych czasopism w Belgii, zaczynamy działać w Kanadzie.

A przecież nic takiego nie planowałam. Odkryłam w sobie siły, o które się nie podejrzewałam. Nie wiem, co z tego będzie, ale jednego nauczyło mnie to na pewno: dziś, kiedy słyszę, jak ktoś mówi: ''chciałbym/łabym, ale to nie leży w mojej naturze'', automatycznie odpowiadam: ''nie masz pojęcia, co leży w twojej naturze''. Idź i tańcz.

Na gruzach stereotypów

Drugi duch chciał jednak równocześnie robić coś innego. Poznanie ludzi z wielu kultur i otworzenie się na nich zmieniło moje spojrzenie na otaczający świat. Większość stereotypów, które zabrałam ze sobą z Polski, legła (na szczęście) w gruzach. W Leuven zaprzyjaźniłam się z imigrantami i uchodźcami z Iranu, Afganistanu, Iraku, Syrii, Libanu. Stali się nieodzowną częścią mojego codziennego życia.

Zmotywowało mnie to do pracy w zarządzie organizacji pozarządowej na rzecz dialogu międzykulturowego z Bliskim Wschodem. Interesujące, uczące i otwierające oczy relacje z ludźmi, którzy mieli być tak inni niż ja, a okazali się tak zaskakująco ze mną tożsami, zmotywowały mnie do odwiedzenia Iranu, Libanu, Tunezji.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Kolejną lekcją było zrozumienie, że fizyczne podróżowanie jest mniej ważne niż relacje z drugim człowiekiem. Wizyta w Iranie czy Libanie była tylko formalnością, wszystko, co najważniejsze o kraju, obyczaju czy kulturze poznałam w interakcji z bliskimi mi osobami, które zaufały mi na tyle, aby się na mnie otworzyć.

''Duży lew w za małej klatce''

Powrót do domu (Polski) nie nastąpił jeszcze fizycznie, ale mentalnie już tak. Zastanawiam się, jak będę się tam czuła. Jak skonfrontować się z czymś, o czym kiedyś myślałam, że mnie ogranicza? Dziś już wiem, że jedynym ograniczeniem byłam ja sama.

"Duży lew w za małej klatce" - tak napisałam kiedyś na kartce papieru i przykleiłam do szafy. Niedługo po tym, jak przyjechałam z Polski do Belgii, tak właśnie się czułam: zamknięta w klatce. Dziś jednak rozumiem, że to sformułowanie było nietrafne. Tej klatki nie ma i nie było. Ja nie jestem i nie muszę być lwem.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.