Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

"Wyjeżdżam, kiedyś może wrócę" - rzuciłam na odchodne w kwietniu 2012. W grudniu 2015 nadal tu jestem. Tu, czyli w Bilbao, ziemi Basków. Przygoda z nieznanym krajem zmieniła się w trzyipółletni pobyt, w trakcie którego większość rzeczy robiłam nie tak.

1) Nie zarabiam wystarczająco dużo

"No, ale przecież nie zarabiasz na tyle, żeby sobie odłożyć na mieszkanie" - mówią znajomi z Polski w kwietniu 2013, dekorując w myślach zakupione za rodzicielskie pieniądze lokum. Nie pamiętam, jak odpowiedziałam, chyba spiorunowałam ich wzrokiem. Nie mogłam przecież powiedzieć, że praca jest mało rozwijająca i bardzo męcząca.

2) Mam nieodpowiedni akcent

Przez osiem godzin dziennie komunikowałam się w obcym języku, którego zaczęłam się uczyć w wieku 23 lat. "Mówisz dobrze, ale masz problemy z pisaniem. Jeżeli będziesz robić błędy w Excelu, jaki będziemy miały z ciebie pożytek?" - syczała jedna z koleżanek. "Och, jaki ty masz uroczy akcencik" - mówi współlokatorka. "Dlaczego się tym martwisz, przecież to coś, co cię wyróżnia". Rzecz w tym, że nie chciałam się wyróżniać w ten sposób.

3) Nie umiem wyjaśnić, o co chodzi

"Postaw się w mojej sytuacji" - powiedziałam w lipcu 2013 byłej współlokatorce.

"Wyobraź sobie, że mówisz i myślisz po hiszpańsku i nagle odkrywasz z przerażeniem, że twoje błyskotliwe i dowcipne uwagi zamieniają się w okrągłe zdania z podręcznika na poziomie średniozaawnsowanym wyższym. Twoje żarty przestają być śmieszne, a błędy językowe niszczą nawet najbardziej przemyślane wypowiedzi. Czujesz się jak idiotka i po reakcjach rozmówców czasami wnioskujesz, że nie jesteś w tym poczuciu odosobniona.

Wstydzisz się, zaczynasz unikać. Często zdarza się, że nie wiesz, o czym w zasadzie miałabyś rozmawiać, bo nie widzieliście tych samych filmów, nie czytaliście tych samych książek i nie interesują was te same wydarzenia polityczne. Rozmówców niewątpliwie dużo bardziej ciekawiłoby twoje życie osobiste, ale na potrzeby eksperymentu myślowego załóżmy, że jesteś nieco introwertywna. Na rozmowy o pogodzie nie masz siły, bo mówienie w obcym języku w pracy męczy. W dodatku wszyscy dookoła myślą, że jesteś chorobliwie nieśmiała..."

- "Właśnie! Nie powinnaś być taka nieśmiała" przerywa V. A ja sobie myślę: może powinnam za to znaleźć kogoś, kto mnie wysłucha

4) Nie dość, że straciłam pracę, to jeszcze jestem smutna

"Zdecydowanie potrzebuję kogoś, kto mnie będzie słuchał" - powtarzam sobie rok później, w kwietniu 2014. Wtedy skończył mi się kontrakt, a zaczął zasiłek. Byłam podenerwowana. V miała na to garść cennych porad: "Potraktuj to jako drugą szansę. Musisz teraz wysyłać CV. Przecież dużo ludzi jest teraz bez pracy". Pomyślałam: "Serio?".

Patrzyłam na nią z ukosa. Byłam starsza i miałam dłuższy staż pracy. Pouczała mnie osoba mieszkająca z rodzicami, niepłacąca za rachunki i jedzenie.

Moi hiszpańscy rówieśnicy nie znają mrożonych krokietów, pierogów z Tesco za 5 złotych, 20 złotych do pierwszego, braku pieniędzy na "bywanie". To utrudnia nawiązanie porozumienia. Nie chcę, żeby się nade mną litowali, nie potrzebuję cennych rad i protekcjonalnego tonu. Ja mam rachunki do zapłacenia i chleb do kupienia.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

5) Zostałam Polaczkiem i nikt mnie nie lubił

Gdybym miała wskazać na jedną rzecz, która mnie denerwuje najbardziej, to protekcjonalizm byłby na pierwszym miejscu.

W tamtym roku nie lubiłam społeczeństwa przyjmującego. Było to uczucie krępujące. Na zajęciach z procesu akulturacji dowiedziałam się, że to taki drugi etap, który minie, jak w jakimś cyklu traumatycznym.

Ale o czym mowa? Fajne imigrantki, takie jak ja, nie potrzebują przecież żadnego procesu integracji. Przed wyjazdem czułam, że znaczna część moich polskich znajomych wierzyła, że na zachód od granicy Polski jest ciepły i bezpieczny świat z przyjaznymi urzędnikami i sympatycznymi ludźmi, którzy z radością przytulają do piersi spragnionych ciepła wybranych Polaków i Polki.

Gdybym zwierzyła się publicznie z tych uczuć, zostałabym Polaczkiem, takim co to się nie integruje, psuje opinię i ogólnie nikt go nie lubi. Co gorsza, żyłam z zasiłku. Zamknęłam konto na Facebooku i poczułam się trochę lepiej. Tym samym moje życie towarzyskie w kraju uległo pewnemu ograniczeniu, a za granicą również nie rozkwitło.

6) Nie zintegrowałam się ze społecznością lokalną.

Trudno nawiązywać przyjaźnie w kraju, gdzie dominuje cuadrilla (w skrócie oznacza krąg towarzyski, w którym obracasz się od dzieciństwa do śmierci. Z tymi ludźmi spędzasz weekendy i wakacje. Nie szukasz innych znajomych, bo nie ma takiej potrzeby).

Dołączenie do cuadrilli jest niedościgłym marzeniem wielu cudzoziemców, których nie do końca satysfakcjonuje picie w gronie anglojęzycznych ekspatów.

Staramy się być fajni, uczęszczamy na kursy tańca i wolontariaty, podejmujemy studia. Po jakimś czasie odkrywamy ze smutkiem, że nigdy nie będziemy tak atrakcyjni towarzysko jak cuadrilla . Cuadrilla, to nieodłączny temat naszych smętnych small talków.

Cudzoziemcy trafiają do takiego klubu na ogół za pośrednictwem partnera. Przychodzimy zatem na spotkanie, gdzie panowie siedzą po jednej, a panie po drugiej. My się plączemy niezdarnie w okolicy partnera, zastanawiając się, dlaczego wszyscy krzyczą, zamiast mówić. Jak w tym hałasie zabrać głos? Przerwać plotki o nieznanych znajomych uwagą o pogodzie?

"Czy rozumiesz po hiszpańsku?" przejawiają troskę dziewczyny i chłopaki. I to jest chyba najgorsze, że mają dobre chęci i nie przejawiają uprzedzeń. O Polsce na ogół wiedzą tyle, że zimno, wódka i turystyka. Mimo to trudno jest nam nawiązać kontakt wykraczający poza pijackie dialogi.

7) Nie odpowiedziałam na tytułowe pytanie.

Teraz, w grudniu 2015, mam dobrze płatną, absorbującą pracę. Wynajmuję uroczy pokoik, znalazłam ulubioną knajpę, kino, bibliotekę, basen. Od niedawna mam też partnera. Chyba się zasymilowałam, ale nie mogę nazwać tego integracją.

"Są, jacy są, ale przynajmniej nas zostawiają w spokoju i pozwalają nam żyć, jak chcemy" - stwierdził ostatnio współlokator z Chile. Faktycznie: nikt mnie nie pyta, ile zarabiam i dlaczego tak mało. Rzadko zarzuca się nam, że nadużywamy zasiłków. Nie muszę się nieustannie tłumaczyć. Żyję, jak chcę. Dlatego, pomimo narzekania, mieszkam tu dalej. Chyba ciągle wierzę, że będzie lepiej. Pewności jednak nie mam.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie.Czy poczułaś się zintegrowana z lokalną społecznością? Czy pełna asymilacja była dla Ciebie możliwa? Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.