Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Na Wyspy Brytyjskie przyjechałam na długo przed zniesieniem granic. A granice były żelazne. Szansa na ich przekroczenie: fifty-fifty. Żyj lub umieraj!

Plan był następujący: przedostać się najtańszym wschodnim autobanem do Frankfurtu nad Menem, a stamtąd już samolotem na Heathrow Airport. Koszt transportu: dwa razy droższy niż teraz. Oszczędzałam rok, ale przynajmniej uniknęłam trzydziestogodzinnej tułaczki Orbisem w oparach gotowanego jaja, kiełbasy zwyczajnej i wysokoprocentowych oddechów współpasażerów.

Wtedy, a było to dawno temu, liczyłam, że urzędnicy na granicy spojrzą na mnie życzliwszym okiem. Skrupulatnie przygotowałam plan działania. Był mniej więcej taki:

1) Kupić bilet powrotny do ukochanej ojczyzny. Sprawdzili? A jakże!

2) Przygotować 300 funtów na tygodniową londyńską balangę. Liczyli? A jakże!

3) Zarezerwować pokój w porządnym hotelu, uiścić 10 proc. całej kwoty za tygodniowy pobyt. Dzwonili, żeby potwierdzić nocleg? A jakże!

4) Poza tym: aparat fotograficzny na szyję, okulary przeciwsłoneczne na nos, słownik angielsko-polski pod pachę. Turystka? A jakże!

W ten sposób legalnie przekroczyłam granicę. Nie wiedziałam, że przyjdzie mi ją przekraczać wielokrotnie.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Od tamtego momentu minęło 15 lat. I kiedy zdarza mi się sentymentalna podróż w czasie, pukam się w głowę i myślę: Jak do cholery jasnej sobie poradziłaś? I wciąż nie mam pojęcia.

Młodość jednak rządzi się własnymi prawami, a ja wówczas byłam młoda, ciekawa świata i żadne granice mi straszne nie były. Harówa była od świtu do nocy. Na czarno, rzecz jasna.

To była wieloletnia walka z poczuciem wyobcowania. Próbowałam zrozumieć inną kulturę, inny język. Walczyłam. Walczyłam ze słabościami. Walczyłam z uprzedzeniami: swoimi i innych. Ale było warto.

Jeśli zapytacie - Gdzie jest twój dom? - odpowiem: TU. Na wyspie mieszka moje serce.

Nie. Nie mam męża. Dzieci też nie mam i razem z moją ukochaną raczej ich nie planujemy. To właśnie TU, poza granicami własnego kraju, czuję się jak u siebie. To TU nikogo nie dziwi, ze całuję ją na ulicy albo przedstawiam jako swoją narzeczoną. To TU nikt mi nie suszy głowy macierzyństwem, zamążpójściem. Nikt nie chce ode mnie "prawdziwej kobiecości". To TU czuję się bezpiecznie - czego nie można powiedzieć o homofobicznej Polsce, gdzie mogę zostać opluta, zwyzywana, skopana za miłość.TREŚĆ

Czy tęsknię? Jasne, że tak! Ale to tęsknota upleciona z sennych pejzaży: tęsknota za złotą polską jesienią i grzybobraniem, za odgłosem śniegu skrzypiącego pod butami i malunkami na szybach autorstwa Dziadka Mroza, tęsknota za zapachem wiosny i letnimi dusznymi wieczorami z serenadą świerszczy w tle. Tak. Czasami tęsknię. Ale po tygodniowym pobycie na rodzimej ziemi biorę głęboki oddech w płuca i mówię: wystarczy. Wracam do domu.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.