Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pamiętam tę rozmowę. Zadzwonił ojciec. Powiedział, że mama leży w szpitalu. Od tygodnia. Nie informowali wcześniej. Nie chcieli mnie martwić.

Potem było gorzej: rozstanie z chłopakiem, problemy w pracy. Całe dnie leżałam w łóżku. Leżałam i gapiłam się w ścianę. Mama też leżała. W szpitalu, za oceanem. Dzwoniłam do niej co parę godzin. Na komórkę. W szpitalu nie miała możliwości skorzystać ze Skype'a. Koszt połączenia: 2 zł za minutę. Koszt biletu do Polski - 2 tys. zł.

Coraz trudniej było wyjść z pokoju. Praca? Chłopcy? Studia? - wszystko nieważne. Nie mówiąc już o makijażu, wyjściu do baru czy kawiarni, zjedzeniu obiadu. Zapadałam się w emocjonalnej brei. I każdego dnia grzęzłam w niej coraz bardziej.

Operacja mamy. Ich dzień, tam w szpitalu w Polsce, to moja noc. I znowu: łóżko - wpatrywanie się w ścianę - telefony do taty. W końcu usłyszałam: "wszystko dobrze, guz nie jest złośliwy". Ale w dalszym ciągu nie mogłam zasnąć. I następnej nocy również.

Po dwóch miesiącach współlokatorka powiedziała, że ma tego dosyć. Siłą zaciągnęła mnie do jakiegoś psychologa. Niestety, psycholog nie mówił najlepiej po angielsku, a ja nie czułam się komfortowo, rozmawiając o swoich problemach w innym języku niż angielski (nie oczekiwałam od nikogo znajomości polskiego). Zarekomendował drugiego psychologa. Drugi trzeciego, trzeci czwartego. Ten czwarty stwierdził całkiem wprost, że powinnam wracać do Polski. Tylko że ja nie mogłam. Bo praca, bo studia, bo stypendium. Wszystko było tu, tylko ja znajdowałam się gdzie indziej. Gdzie wtedy byłam? Dziś już sama nie wiem. Wtedy zresztą też nie wiedziałam.

W końcu trafiłam do kliniki psychiatrycznej. Depresja - taką postawili mi diagnozę. Ktoś poklepał na odchodne po plecach, jakby miało to w czymś pomóc. Żadnej grupy wsparcia, żadnej terapii.

No, chyba że po "ichniemu", a mój "ichni" kulał. Czułam, że nie byłabym w stanie wyrazić siebie w tym języku. To był kompletnie inny wymiar: nieadekwatne słowa, dziwne zdania, przemyślenia jakby nie moje. Przed wizytami u psychiatry - wertowanie słownika. Jak poprawnie powiedzieć "czuję pustkę"? Albo: "ogarnia mnie czasem taki lęk, że drętwieją mi nogi"?

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Nie wspomniałam o tym rodzicom. Oni i tak mieli masę problemów. Na Skypie: uśmiechy, żarciki, planowanie odwiedzin. Po wyłączeniu komputera: płacz przez wiele godzin. Raz łkałam tak głośno, że przyszła sąsiadka. Myślała, że ktoś umarł. A to tylko ja umierałam, chociaż nikt tego w ten sposób nie widział.

Leki, które dostałam, zaburzały poczucie równowagi. Raz upadłam po nich na chodnik. Nie byłam w stanie normalnie pracować - co rusz musiałam siadać, kucać, łapać równowagę przy ścianie.

W klinice powiedzieli mi, że takie to skutki uboczne antydepresantów i że muszę je brać, albo... No właśnie - albo co? Tego już nie wyjaśnili.

Nie potrafiłam im zaufać - nie rozumiałam do końca, o czym do mnie mówią. Dlaczego te leki tak na mnie działały? Czy mam wybór? Zadzwoniłam na infolinię do Polski. Opowiedziałam, że nie mam siły wstać z łóżka, że przestałam widzieć sens w życiu. I tak przez trzy godziny. Pani z infolinii słuchała cierpliwie. Słuchała MOICH słów, tych wypowiedzianych po polsku, tych, nad którymi nie musiałam się zastanawiać, tych, które przychodziły mi do głowy ot, tak. Pomogło, ale wiedziałam, że takich rozmów będę potrzebowała więcej.

Zapytałam o leki, ale niestety nikt nie mógł udzielić mi porady medycznej przez telefon. Podobno nie można.

Postanowiłam, że praca pracą, ale muszę wracać. Chociaż na chwilę, żeby stanąć na nogi. W Warszawie wszystko zaczęło się układać. Po paru miesiącach byłam gotowa, żeby wracać. Chociaż TAM był mój nowy dom, to tylko TU, w Polsce, mogłam zbudować dla niego fundamenty.

List pochodzi z akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ). Niektóre sytuacje dotykają nas bardziej, gdy jesteśmy daleko od Polski. Choroby, rozstania, święta spędzane setki kilometrów od rodzinnego domu. Jeśli czujesz potrzebę opowiedzenia o trudnej sytuacji związanej z wyjazdem za granicę, jeśli masz sugestie i porady dla przyszłych emigrantek, jeśli chcesz powiedzieć im coś, co wolałabyś wiedzieć przed podjęciem decyzji o wyjeździe, zapraszamy do wzięcia udziału w naszej akcji. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.