Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W maju 2013 roku podjęliśmy decyzję o wyjeździe z Polski do Australii. Mieliśmy wizy studenckie ważne zaledwie osiem miesięcy, ale to nie przeszkadzało nam jechać z przekonaniem, że to "na zawsze". Ach, ten beztroski sposób myślenia młodego człowieka...

Pamiętam skrajne emocje, jakie towarzyszyły decyzji o wyjeździe. Podekscytowanie, radość, nadzieja, strach, niepewność. Nie zamierzam marudzić. Nie było nam źle w Polsce, po prostu cholernie spodobała nam się perspektywa wyjazdu na drugi koniec globu.

Zaczęło się wyprzedawanie i oddawanie rzeczy. Wyobraźcie sobie wyjazd na wakacje, kiedy pakujecie się w dwie torby główne i dwie podręczne. Mieszkanie, które zostawiacie na tydzień, wygląda na nietknięte, a szafy nadal pękają w szwach. A teraz wyobraźcie sobie, że my mieliśmy się spakować w te dwie torby bez zostawiania niczego za sobą. Dwie torby były wszystkim, co mieliśmy. Po dwóch latach niewiele się zresztą zmieniło.

Wyprzedawanie zawartości trzypokojowego mieszkania, które wynajmowaliśmy w Szczecinie, zajęło mi trzy miesiące. Mieliśmy je oddać spółdzielni w stanie deweloperskim, czytaj: goluteńkie. Pokoje pustoszały, w miarę jak nieubłaganie zbliżał się dzień naszego wyjazdu. Pamiętam, że ostatniej nocy spaliśmy na podłodze, bo łóżko rozłożone na części leżało już na śmietniku.

Młodzi, zdolni, wykształceni, pełni nadziei

"Kiedy, jak nie teraz?" - myśleliśmy i zamknąwszy swoje polskie życie, siedzieliśmy na pokładzie samolotu do Melbourne.

Tyle słyszałam i czytałam o tym mieście. Nietuzinkowe, wspaniałe, bogate, przyszłościowe. Jedno z najlepszych miejsc do życia, przez pięć lat z rzędu wygrywało konkursy na najbardziej tętniące życiem miasto świata. Określane mianem "przyjaznego" i "dla ludzi". Ja na początku uważałam, że jest ładne, zadbane, nowoczesne, i to wszystko.

Dopóki nie zrozumiałam tego miejsca, ulice wydawały mi się przepełnione obcymi, zawsze zabieganymi ludźmi. Zgiełk, chaos, smród, wieczny pośpiech i kilkumilionowy tłum na ulicach. Potem moja perspektywa się zmieniła, mimo że na zewnątrz wszystko pozostało takie samo: ludzie, ulice. Zaczynałam naprawdę lubić to miasto.

Początki były trudne, nie będę nikogo oszukiwać

Dużo trudniejsze, niż sobie wyobrażałam. Przyjechałam tu w wieku 25 lat ze świeżo upieczonym mężem, który po angielsku umiał się co najwyżej przedstawić. Zdegradowano nas psychicznie i zawodowo o lata świetlne. Andrzej długo nade mną pracował, żebym odzyskała wiarę w siebie. Nie sądzę, że ponownie zdecydowałabym się na wyjazd z taką łatwością, wiedząc, jak będzie wyglądał nasz pierwszy rok w Australii.

Pomimo skończonych dwóch kierunków studiów i doświadczenia zawodowego, musiałam pogodzić się z pracą sprzątaczki w prywatnych domach. Nie było aż tak źle - nauczyłam się wręcz to lubić. Mój mąż chodził do szkoły i coraz lepiej radził sobie z językiem, choć nadal przytrafiały mu się śmieszne sytuacje. Pewnego razu w pracy, chcąc poprosić kucharza o klucze do magazynu, zamiast: Could you give me the keys? powiedział: Could you give me a kiss? Ach, te początki...

Emigracja w tę część świata najpiękniej wygląda na zdjęciach. Tylko że dla nas to nie były wakacje, ale życie, które próbowaliśmy sobie poukładać. Przez pierwsze miesiące mój portfel wypełniały bilety do metra z miejsc, o których już nie pamiętam; nieważne karty biblioteczne z miejsc, za którymi w najlepszym wypadku tęsknię; a żadnego adresu, nie nazywałam domem.

W Melbourne spędziliśmy nieco ponad rok, dokładnie 15 miesięcy

Nigdy tego nie zapomnę i mimo trudności, jakie napotkaliśmy, Australia zawsze będzie wzbudzała we mnie ciepłe skojarzenia. Bardzo się przywiązałam do Melbourne i chciałam tam zostać. Nasze wizy studenckie dobiegały, końca, a nie podobała nam się perspektywa wydawania małej fortuny na kolejne przedłużenie i studiowania "czegokolwiek", żeby tylko móc zostać. Musieliśmy się ewakuować. Jedyne, czego byliśmy pewni, to to, że nie wracamy do Polski. Emigracja wciągnęła nas całkowicie, prędzej bym umarła, niż wróciła do Polski "na tarczy".

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Płakałam całą drogę w autobusie na lotnisko. A potem przez pierwszą godzinę lotu. Przywiązałam się do tego cholernego Melbourne! W tamtym momencie byłam chyba jedyną osobą na świecie, która nie chciała lecieć do Nowej Zelandii. Zresztą nigdy nie marzyłam o tym kraju. Nowa Zelandia wydawała mi się tak daleka, że aż nierzeczywista. Może właśnie dlatego się tu znalazłam?

Jestem teraz dokładnie po przeciwnej stronie globu, a z domem rodzinnym zimą dzieli mnie różnica dziesięciu godzin, a latem - 12. Chyba po to, żeby zabić mnie emocjonalnie, mama wysłała niedawno zdjęcie widoku z kuchni na podwórko, na którym się wychowałam. Jeszcze nigdy nie byłam tak daleko od domu.

Ludzie mówią, że nam zazdroszczą i że świetnie układamy sobie życie

W Australii bywały miesiące niepewności, kiedy żadne z nas nie miało ani stałej pracy, ani nawet jakiejkolwiek pracy. Na początku pomieszkiwaliśmy u ludzi, których nazwiska nawet nie pamiętam. Czy naprawdę tylko na moje oko to nie miało nic wspólnego z układaniem sobie życia?

Z kolei do Auckland przylecieliśmy na wizie ważnej jedynie trzy miesiące, jak zawsze z perspektywą aplikowania na "coś lepszego". Ktoś, kto mieszka całe życie w Polsce, z polskim obywatelstwem, prawem do pracy i ubezpieczeniem, nie zrozumie, dlaczego przechodzą nas dreszcze po plecach na słowo "wiza".

Również tym razem sprawy wizowo-zawodowe i ogólnie pojęta organizacja życia ciągnęła się w nieskończoność, ale w końcu ruszyliśmy do przodu. Los zaczął nam sprzyjać. Mój mąż dostał ofertę pracy w jednej z większych firm geodezyjnych w Auckland, co dało nam obojgu zielone światło, żeby móc tu legalnie zostać. Nie wiem, ile lat musielibyśmy koczować, czekając na taką szansę w Australii. Czuliśmy się, jakbyśmy dostali gwiazdkę z nieba!

W naszej nowozelandzkiej "bańce mydlanej" żyjemy zaledwie kilka miesięcy i zdajemy sobie sprawę, że życie, jakie teraz mamy, to dopiero namiastka tego, jak może być dobrze w Kiwi.

Jesteśmy zgodni, że warto było zapłacić "frycowe" i przejść we dwoje przez bagno początku emigracji. Bardzo nas to do siebie zbliżyło i scementowało nasz związek.

Nadal zdarza mi się tęsknić za Melbourne, ale przyzwyczaiłam się do tej myśli, że żyjemy tu. Może tak właśnie miało być? Na razie Australia będzie celem wakacyjnych wypadów. A za kilka lat, kiedy uda nam się dorobić tutejszych paszportów, zawsze będziemy mogli tam legalnie wrócić.

Czy zdarza mi się tęsknić za Polską? Za samym krajem niekoniecznie, ale za ludźmi i jedzeniem bardziej. Na myśl o polskich pierogach - OK, o pierogach mojej mamy - mam błogostan na twarzy.

W Nowej Zelandii żyjemy powolutku. No stress, no rush. Ludzie są uśmiechnięci i życzliwi. Nie brakuje nam czasu ani pieniędzy. Coś mi się wydaje, że spędzimy tu kilka lat, a może nawet spory kawał życia.

Kiedy czasem mój brat z nadzieją pyta: "To kiedy wracacie?", zawsze zgodnie odpowiadamy: "Nigdy".

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.