Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Na stole w kuchni leżą kolorowe kartki adresowane do moich współlokatorek, przysłane przez ich przyjaciół i donoszące o kontrolowanych szaleństwach wakacyjnych w różnych zakątach świata. Wszystkie zaczynają się i kończą frazami, które pamiętam z podręcznika do języka niemieckiego z piątej klasy, z lekcji o pisaniu korespondencji listowej.

W tej samej kuchni pod stołem prowadzimy segregację śmieci; szkło dodatkowo sortuje się na kolory; a na lodówce dokładny rejestr rzeczy zakupionych do użytku wszystkich członków komuny.

Z popołudniowej drzemki budzi mnie znów harmider powodowany przez polska ekipę budowlaną pod oknem. Mojej prośbie, po polsku, o mniej krzyków, nie poświęcają zbyt dużo uwagi, reagując na nią jedynie lekkim zdziwieniem. Dziś wieczór idę na proszoną prywatkę.

Tuż przed przystankiem tramwajowym mija mnie rowerzystka, codziennie ta sama. Ubrana stylowo, ze szkolnym plecakiem, z dużym tatuażem na przedramieniu i wełnianą czapką na głowie pomimo lipcowych temperatur. Jej dwukołowa holenderka dopełnia obrazek nonszalanckiej wielkomiejskości.

Władze kraju związkowego Nadrenii Północnej-Westfalii na każdym kroku skrupulatnie informują o karach pieniężnych za wszelkie przewinienia mogące zakłócać spokój społeczny. W samym tramwaju, obok przekreślonych znaków ilustrujących butelkę z alkoholem i stopy pasażera na przeciwległym siedzeniu, jest jeszcze jeden, z dużymi słuchawkami i odchodzącymi od nich w obie strony grubymi "dźwiękami", przypominającymi promienie słońca rysowane przez dzieci kredą na chodnikach. Nie ma wariantu informacji o wysokości kary za brak biletu ani instrukcji jego kupna w automacie w języku polskim. Nie ma działów z polską żywnością w supermarketach ani wieczorów z polskim kinem. Polska flaga widnieje za to u każdego operatora tanich kart do telefonowania za granicę na stacjonarne.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Mieszkanie w modniej dzielnicy. Przybyli goście siedzą za okrągłym stołem, każdy trzymając w garści butelkę z piwem. Tanecznym krokiem wchodzi koleżanka Hiszpanka, już od wejścia znacząc swoją obecność na germańskich włościach krzepkim "hola" i bijącym brakiem skrępowania objęcia na powitanie obecnych, wprawiając ich tym w widoczne zakłopotanie. Rozpoczyna najświeższe donosy o przygodach i rozczarowaniach mężczyznami w różnym wieku. Po chwili poprawia szminkę na ustach i szepcze mi na stronie "ale nuda, wychodzimy". W towarzystwie znajduje się jeszcze jedna Polka. Rozmowa o urlopach, ona mówi, że w Polsce nie była już od lat, "u nas nie ma nic ciekawego".

Wspominam ostatnie wakacje w Chorwacji i mój rodzaj podziwu wobec Chorwatów wiodących swój los powoli, bez imperatywu udowadniania, zdobycia odznaki Europejczyka, gwiżdżących na europejski lifestyle. Dorastałam w dziewiczych zakątkach mazurskiej flory, o których być może do dziś nikt nie usłyszał. Jako najpiękniejsze miejsce w Poznaniu zapamiętałam dziedziniec szkoły baletowej, w Warszawie zawsze wjeżdżam na ostatnie piętro jednego z wieżowców za Żelazną Bramą dla widoku, jaki rozpościera się z osiedla. Oferta dla turystów zwiedzających okrojona jest o tę opcję. Warszawa, zdaje się, autoironię opanowała do perfekcji i nie robi sobie nic z kolejnych sukienek, w które chcą ją przyoblec. Nazywana - w swojej przedwojennej odsłonie - Paryżem Europy Wschodniej, Italią Wschodu, okrzykiwana jest dziś nowym Berlinem.

Myślę o braku dialogu wśród polskiej młodzieży i robi się jeszcze bardziej melancholijnie. Modna młodzież stawia tęczę, młodzież barbarzyńska ją pali, nic nie rozumiejąc. Pośrodku przepaść. Znajomi z liceum nazywają mnie artystką, tylko dlatego że lubię pójść do muzeum. Nie widzą tego jako jednej z form spędzania wolnego czasu i nie wiedzą, z czym to połączyć.

Wychodzimy, a po drodze kupujemy jeszcze lokalny browar w tureckim kiosku na rogu. Butelkę można otworzyć dyndającym na klamce otwieraczem, aby bezpośrednio rozpocząć przyjemność picia. Na ulicy Niemcy są głośni, często nieprzyzwoici, ale teraz, po godzinach pracy, w weekend, tak właśnie można i należy.

Gapię się w witryny najbardziej międzynarodowej ulicy w Kolonii. Plat du jour i insalata mista jadłospisów arabskich, hinduskich, afrykańskich i argentyńskich. Po drugiej stronie ulicy solarium California Sun i salon optyczny z szyldem całkowicie po turecku. Z kamienicy obok wychodzi kobieta ubrana w pełną burkę. Mijając, rzuca pogardliwe spojrzenie moim krótkim szortom w zestawieniu z kowbojskimi butami.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.