Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jestem na emigracji już od kilku lat. Nie tęsknię, nie mam poczucia straty ani też wrażenia, że pobyt poza Polską jakoś szczególnie mnie zmienił. Jestem tą samą osobą co kilka, kilkanaście lat temu, z tym samym typem wrażliwości i podobnym systemem wartości. Emigracja to w moim przypadku wypadkowa pewnych uwarunkowań, a nie wynik rozczarowania czy sprzeciwu. To, że mieszkam poza granicami Polski, nie czyni mnie ani lepszym, ani gorszym człowiekiem. Mam głębokie poczucie, że to, co istotne, czyli tożsamość, nie zmienia się wcale.

Czy decyzja o wyjeździe była dramatyczna? I tak, i nie. Nie, ponieważ dobrze znałam język angielski i bywałam, a raczej pracowałam wcześniej w kilku innych krajach. Na początku lat 90., tuż po ukończeniu studiów, wyjechałam do Belgii. Po trzydziestce pracowałam w Stanach Zjednoczonych w ramach programu "Camp America". Później zaś w holenderskich magazynach marki Adidas. Jedne wakacje spędziłam też na Wyspach i pracowałam jako live-in career. Za każdym razem termin powrotu był ściśle określony, dlatego wszystkie wyjazdy były zarówno przygodą, jak i próbą zdobycia środków na życie.

Raz było jednak inaczej. Dokładnie po 15 latach pracy w zawodzie jako pedagog utraciłam etat w szkole. Trzy lata później ukończyłam szkołę medyczną. Tuż po odebraniu kolejnego dyplomu przeżyłam swoiste deja vu: dyplom jest, pracy nie ma. Kto zatrudnia 40-latkę bez żadnego doświadczenia zamiast redukować etaty? "Ma pani bardzo interesujące CV" - pochwaliła mnie przełożona pielęgniarek jednego z największych szpitali w regionie.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

Zaczepiam się więc w prywatnym domu opieki, gdzie podoba mi się absolutnie wszystko oprócz płacy. Któregoś ranka podejmuję decyzję o kolejnym wyjeździe.

Załatwienie formalności zajmuje niewiele ponad miesiąc. Jest grudzień, mam przy sobie plecak, dużą walizkę i bilet w jedną stronę. Ktoś w miejscowości Sommerset ma mnie odebrać z dworca autobusowego. Dojeżdżam więc do Brystolu. Jest ciemno i pada deszcz. Marzę jedynie o tym, by w końcu dojechać na miejsce, zrzucić z siebie plecak, wziąć prysznic, zasnąć i przestać myśleć. To marzenie spełnia się już kilka godzin później. Zasypiam, a moi nowi pracodawcy życzliwie pozwalają mi odpocząć. Mam 42 lata i zaczynam wszystko od początku.

Sommerset jest prześliczne. W czasie wolnym wędruję po okolicy. Znajduję tam pagórki, śliczne widoki oraz zwiedzam katedrę w Wells, którą się za każdym razem jednakowo zachwycam. Raz trafiłam na koncert muzyki poważnej w wykonaniu tamtejszej młodzieży. Często spotykam także śliczną kobietę, która jest tutejszym księdzem i ubiera się dokładnie tak, jak ubierają się nasi księża i biskupi. Czytam sporo i często, a książki są tu dostępne za półdarmo. Jakiś czas po przyjeździe kupiłam notebooka i od razu wystukałam wiadomość do rodziców: "Jestem, żyję, mam się dobrze".

Moje szkolenie i przygotowanie do nowej pracy dobiega końca akurat wtedy, gdy przyzwyczajam się do miejsca i tutejszych ludzi. Pakuję się, ponieważ o świcie pewne życzliwe starsze małżeństwo ma mnie zawieźć do południowo-zachodniej Walii. Jest to absolutny koniec świata, czyli mała wioska oddalona o jakieś dwie godziny drogi od najbliższego większego miasta. Po drodze moi towarzysze sporo wypytują mnie o Polskę, narzekają na obciążenia podatkowe tutejszej klasy średniej i na system dodatków i zasiłków, który rozleniwia i demobilizuje. Nie pierwszy i nieostatni raz to słyszę.

Wkrótce zaczynam prawie dwuletni okres pracy wyłącznie na nocnych dyżurach. Odkładam sporo pieniędzy. W języku polskim rozmawiam średnio raz w tygodniu, krótko, przez telefon. Nabieram doświadczenia. Mało sypiam, zwykle z czarną opaską na oczach. Postanawiam rozpocząć kurs języka francuskiego, mimo że tutejszy internet bezprzewodowy pozostawia wiele do życzenia. Chcę się uczyć online, ponieważ strasznie podoba mi się ten język. Znów przydają mi się buty trekkingowe, bo swój pierwszy dwutygodniowy urlop spędzam na wędrowaniu ścieżkami wzdłuż wybrzeża. Białe klify, mewy, często deszcz i oczywiście morze... Przestrzeń, przypadkowi ludzie, którzy zwykle przystają, zagadują. Krótka wymiana zdań na temat pogody, wymiana uśmiechów, smak zielonego Jacobsa z termosu albo tamtejszej filter coffee. W pracy zaprzyjaźniam się z pewną panią z Portugalii, a ta uczy mnie w czasie wspólnych zakupów (gdzie docieramy moim "nowym" kilkuletnim Nissanem), jakie ryby i wino warto kupić, jak przygotować ryby, jak nazywają się niektóre warzywa i owoce, których wcześniej nie próbowałam, oraz tego, że sok pomarańczowy z kartonu jest rubbish, bo takowy otrzymuje się wyłącznie ze świeżo wyciśniętych pomarańczy.

Z Walii przenoszę się znacznie bliżej metropolii, gdzie jest nas, czyli emigrantów, znacznie więcej. Występuje tu nieprawdopodobny koloryt i różnorodność, jeśli brać pod uwagę nie tylko wygląd, ale też sposób bycia oraz systemy wartości. Co ciekawe, konfrontacja z tą "innością" nie zmienia moich postaw, mojej tożsamości, a raczej utwierdza poczucie odrębności. Podziwiam śliczne, coraz to inne wzory chust noszonych przez moje koleżanki muzułmanki. Niezmiennie jestem pod wrażeniem uprzejmości Brytyjczyków, bawi mnie obserwowanie różnic w sposobie bycia ludzi z Ameryki Południowej oraz tych tutejszych. Ci pierwsi, kiedy są naprawdę szczęśliwi, potrafią podejść i przytulić człowieka, tych drugich zaś takie gesty wprawiają w zażenowanie.

Emigracja nie zmieniła mnie wcale. Nie żyję też na jakimś wysokim poziomie, nawet gdybym mogła, to chybabym nie potrafiła. Jedyną istotną różnicą jest to, że tutaj jestem i czuję się potrzebna, a ogromne poczucie bezpieczeństwa daje mi stała, pewna praca.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.