Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Nie zliczę, ile razy słyszałam pytanie: "Ale dlaczego Bukareszt?" Pół żartem, pół serio odpowiadałam zawsze, że to nie ja wybrałam Rumunię, to Rumunia wybrała mnie. Rzeczywiście trochę tak to było. I prawdę mówiąc, jestem jej za to bardzo wdzięczna

W Bukareszcie mieszkam od października 2014 roku. Przyjechałam tutaj na Wolontariat Europejski. Miesiąc wcześniej obroniłam pracę licencjacką i jakoś nie spieszyło mi się do kontynuowania edukacji. Postanowiłam zrobić sobie "gap year" i wyjechać na wolontariat. Od wiosny szukałam ciekawych projektów i wysyłałam aplikacje. Pod koniec września trafiłam na projekt TRY- Together for Romanian Youth w Bukareszcie. Nieco już zmęczona ciągłym szukaniem czegoś dla siebie, wysłałam maila z aplikacją, powtarzając sobie, że jeśli tam się nie dostanę, to zaczynam szukać pracy w Krakowie, jak normalny człowiek po studiach.

Dostałam się

1 października otrzymałam maila "Gratulujemy, widzimy się za dwa tygodnie w Rumunii". Miałam 12 dni, żeby ogarnąć swoje 22-letnie życie, spakować je w walizkę i się wyprowadzić.

Do Rumunii dojechałam po 24-godzinnej podróży autokarem i pociągiem. Przez najbliższe dziewięć miesięcy miałam mieszkać tu z piątką innych wolontariuszy w mieszkaniu przy Strada Viitorului. To znaczy ulica Przyszłości. Uznałam to za wymowne zrządzenie losu.

I tak zaczęła się moja przygoda w Rumunii. Dzień po dniu prowadziliśmy lekcje w jednej z podstawówek w Bukareszcie. Angielski, hiszpański i zajęcia z edukacji pozaformalnej, czyli nauka poprzez zabawę. Oprócz tego średnio co trzy tygodnie przygotowywaliśmy dla dzieci jakieś wydarzenie kulturalno-artystyczne w Bibliotece Narodowej. Na wiosnę udało nam się też popracować trochę w przedszkolu.

Nauczyłam się tam, że dzieci wszędzie są takie same. Zwłaszcza te młodsze, które jeszcze nie wsiąkły za mocno w system edukacji. Tak samo się bawią, żądają uwagi, chcą zaimponować. Te, które uczyliśmy, były zafascynowane możliwością obcowania z ludźmi, z którymi nie do końca mogą się porozumieć z braku wspólnego języka. Choć przyznaję, że nieraz byłam zadziwiona wysokim poziomem angielskiego czy hiszpańskiego u tutejszych dziesięcio- i jedenastolatków.

Tu znajdziesz wszystkie listy emigrantek z akcji "Polki bez granic"

W wolnym czasie zaczęliśmy odkrywać Bukareszt

Bukareszt to miasto, w którym mieszka ponad dwa miliony ludzi, nie odzwierciedla więc rzeczywistego charakteru reszty kraju. Ale ma swój niepowtarzalny charakter.

Nie jest to jedna z tych stolic europejskich, które koniecznie trzeba odwiedzić, bo są pełne ślicznej architektury i historii. Niejednokrotnie plułam sobie w brodę, że zgodziłam się zamieszkać w tej paskudnej metropolii. Większość Bukaresztu to klocowate, szare, socjalistyczne bloki przytłaczające człowieka z każdej strony. Niektóre dzielnice to nic, tylko rozpadające się domki i śmieciowiska na ulicach. Centrum to mieszanka historii (ale niezbyt dawnej) i nowoczesnych szklanych budynków. I, oczywiście, gigantyczna bryła parlamentu, która, nawiasem mówiąc, jest jednocześnie najpiękniejszym i najbrzydszym budynkiem w mieście (według mieszkańców, sprawdzono to badaniami opinii publicznej).

Starówka wcale nie jest taka stara. I jest malutka. W ciągu godziny można obejść niemal wszystkie uliczki i nauczyć się ich na pamięć. Ludzi jest zdecydowanie za dużo wszędzie - w metrze, w autobusach, na ulicach. Kierowcy jeżdżą jak szaleni; pisk opon i wściekłe trąbienie klaksonów to najczęściej słyszane odgłosy we wszystkich dzielnicach Bukaresztu.

A jednak

Nigdzie nie widziałam tylu pięknych parków, ile w Bukareszcie. Są takie malutkie i nowe, z ledwo zasadzonymi drzewkami, są też ogromne i zielone, pełne kwiatów, szerokich alejek, placów zabaw dla dzieci. Można w nich wypożyczyć rowery, kupić watę cukrową albo smażonego ziemniaka na patyku. W Herastrau, w północnej części miasta, jest jezioro i można tam pływać łódkami. W Tineretului na południu jest skatepark i wesołe miasteczko. Można siedzieć na trawie na kocyku, są wydarzenia kulturalne i inne atrakcje. Gdy tylko pogoda dopisuje, cały Bukareszt wysypuje się z domów do parków.

Język rumuński jest obłędny

Brzmi jak hiszpański z rosyjskim akcentem. Pochodzi od łaciny, ale rozwijał się na terenie otoczonym przez języki słowiańskie i wpływ tychże jest ogromny. Również wieloletnie sąsiedztwo imperium otomańskiego zrobiło swoje i widać też naleciałości z tureckiego. Im dłużej uczę się tego języka, tym bardziej go lubię. Tym wyraźniej słyszę jego melodyjność i niesamowite brzmienie. Pomijając fakt, że czasem zwyczajnie mam ubaw, na przykład ze zwrotów typu "trup si suflet", czyli "ciało i dusza". Z każdym dniem rozumiem więcej i więcej umiem powiedzieć, a rumuńscy znajomi cieszą się z tego ogromnie, bo mało ludzi chce się uczyć ich języka.

Wiele zwyczajów i cech ludzi przypomina mi Polskę. To wynika z podobnej historii, przynajmniej ostatnich 60 lat. Na lekcjach języka Anca, nasza nauczycielka, dużo nam opowiadała o tym, jak to było w komunizmie. Wtedy ja kiwałam energicznie głową, bo znałam to przynajmniej z opowieści rodziców. Hiszpańscy wolontariusze z kolei zgoła nie mogli w pewne historie uwierzyć.

Jedzenie też jest bardzo podobne do naszego

Za najbardziej rumuńskie danie uznaje się sarmale. Czyli gołąbki, tyle że nieco mniejsze niż nasze. Standardowy obiad natomiast to zupa i drugie danie, czyli kawał mięcha, ziemniaki i surówka. Je się tu mnóstwo wieprzowiny, ale i poczciwym kotletem z kurczaka nikt nie pogardzi. Również specjałów, znanych u mnie w domu jako "kwasioły" nie brakuje - w każdym sklepie jest szeroki wybór ogórków kiszonych, kiszonej papryki, cebulki, marynowanych pieczarek, a nawet arbuza w zalewie. I jak Rumunia długa i szeroka, nikt tu nie wyrzuca słoików, "bo a nuż się przydadzą". Brzmi znajomo?

Natomiast coś, czego u nas nie ma, a co niezmiennie mnie zachwyca, to wszechobecne piekarnie. W kilku różnych odmianach. Są patiserie, oferujące ciastka; covrigarie, oferujące obwarzanki, czyli covrigi; gogoserie, oferujące coś w rodzaju pączków, czyli gogosi; są też gogoserie-patiserie-covrigarie oferujące wszystko to naraz. Często przybytki te otwarte są do 20 czy nawet 21. Bułki i placki z serem słodkim lub słonym, pączki z czekoladą, wanilią lub dżemem, wypieki w przeróżnych kształtach, rozmiarach i z różną zawartością Zastanawiam się, czy kiedyś mi się to znudzi.

Jedno z moich ulubionych miejsc na zakupy spożywcze to Obor

Ogromny plac targowy, nazwa słusznie kojarzy się z krowim domem, gdyż pierwotnie handlowano tam głównie żywym inwentarzem. Obecnie jest to chyba największe targowisko w mieście. Można tu znaleźć owoce i warzywa, mięso, domowe wino, ale też szklanki, słoiki, elementy drobnego wyposażenia kuchni, domowe papucie i tradycyjną ceramikę. Są też stoiska wielobranżowe oferujące podstawowe produkty od cukru po papier toaletowy. Natomiast moimi ulubionymi są stoiska z nabiałem. Nigdy nie widziałam tylu rodzajów białego sera - owcze, kozie, krowie i mieszane. Twarogi, bundze i bryndze. I inne, które nawet nie wiem, do czego porównać. Wszystkie w ogromnych blokach, z których sprzedawcy na ogół chętnie odkroją kawałek, żeby dać do spróbowania. Można tam też kupić domowy kefir, śmietanę na wagę i jajka kurze lub przepiórcze.

A pomiędzy wszystkimi tymi sklepikami są bary, gdzie od rana smażą się kiełbaski, a panowie w rozpiętych do połowy koszulach raczą się zimnym browarem.

Czas mijał, a my odkrywaliśmy coraz to nowe rzeczy w Bukareszcie

Co jakiś czas przypominałam sobie słowa moich przyjaciół, gdy mówiłam im, gdzie wyjeżdżam: "Jak to do Rumunii? A nie boisz się? Cyganów? Że cię okradną?" I tak dalej...

Jeśli chodzi o to, czy ktoś mi tu coś ukradł, to pewien mężczyzna skradł moje serce. Andreiu. Mój projekt wolontariatu skończył się 30 czerwca. Moi polsko-hiszpańscy przyjaciele wolontariusze rozjechali się do domów. Ja jednak podjęłam decyzję - zostaję. Znalazłam tu pracę, wynajęłam mieszkanie i kontynuuję rumuńską przygodę. Na razie chcę popracować tu trochę, nauczyć się jak najwięcej języka i wrócić do Polski na studia magisterskie w przyszłym roku. Ale nauczyłam się już, że plany czasem mogą się zmienić i nigdy nie wiadomo, jakie nowe możliwości czekają za rogiem.

Dojrzałam tutaj

Po raz pierwszy w życiu jestem tu zupełnie na swoim, i to zupełnie moje okazało się 1300 km od domu. Nagle okazało się, że do dorosłości nie ma rozbiegówki, że po prostu się w nią wchodzi. Dla mnie zarówno wolontariat, jak i obecna praca były i są szkołą życia, choć z mojej perspektywy nieco w wersji light. Rozwijam swoją kreatywność, wytrzymałość, otwartość na wszystko, co nowe. Wiem, że tego nie zapewniłyby mi najlepiej wybrane studia magisterskie. I gratuluję sobie z przeszłości podjęcia decyzji o wyjeździe i upartego dążenia do spełnienia tego marzenia.

Polubiłam jeżdżenie tutaj metrem i nocne uliczki na zmianę jaskrawo rozświetlone i pogrążone w totalnej ciemności. Polubiłam oświetlony nocą parlament (przez dwie godziny, ze względu na oszczędności). Choć po rumuńsku mówię wciąż słabo, lubię, gdy zagadują mnie staruszki w Kauflandzie, skarżąc się, że imbir podrożał. Złamałam całe swoje myślenie o Rumunii i wszelkie stereotypy. Mój obecny stosunek do Bukaresztu opisałabym jako zachwyt podszyty lekką fascynacją brzydotą tego miasta.

Gdy znajomi i nieznajomi pytają, co warto zobaczyć w Rumunii, wymieniam Brasov, Sibiu, Sighisoarę, wychwalam góry, morze i Deltę Dunaju. Zawsze jednak podkreślam, że na sam Bukareszt spokojnie wystarczą dwa dni. I to prawda. Wystarczą dwa dni, by go zwiedzić. Ale po 11 miesiącach tutaj z czystym sumieniem mówię, że jeszcze nie zdążyłam tego miasta w pełni odkryć i zrozumieć.

List pochodzi z naszej akcji "Polki bez granic" (więcej przeczytaj na www.wysokieobcasy.pl/polkibezgranic ). Jeśli mieszkasz lub mieszkałaś za granicą, opisz nam, jak Cię zmieniło to doświadczenie. Na listy czekamy pod adresem: polkibezgranic@agora.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.